O mnie

Moje zdjęcie
ja, baba z baby, czyli matrioszka. słucham jazzu. dla animuszu. wchłaniam literaturę. wziewnie. piszę. oraz fotografuję. subtelno-zachłannie. na przemian, albo przemiał. projekt FOTOszeptów dojrzewał w mojej głowie bardzo długo. powstał o czasie koloru turkusowego, kiedy zrozumiałam, że słowa piętrzące się we mnie są równie ważne jak obrazy wokół.

piątek, 31 grudnia 2010

hał du ju du lalalalalalalala?

Roxette we stolicy.
Za jedyne 150 tys. euro.
Za godzinne lub krótsze granie.

Tak tak, pewnie przez to Polska musi opodatkować książki. Lud wszak domaga się rozrywki!

A to moje nowe nabytki. Zdaje się, że mimo ekonomicznych zagrywek, nikt nie wyleczy mnie z tego nałogu :)



Do Siego!

wtorek, 28 grudnia 2010

kultur bakterii w jogurcie też nie widać.

Ха̀йку (на японски: 俳句) или хо̀кку (発句) е литературен жанр на традиционната японска лирическа поезия, навлязъл от 1960-те години и в повечето западни национални поезии.


S postupující gramotností japonské populace v 16. století se odlehčená varianta řazené básně (jap. haikai no renga) s důrazem na obrazotvornost stala oblíbeným druhem společenské zábavy. Zpočátku se s její pomocí básníci snažili vzbudit úsměv užitím narážek, vtipu, parodie, slangových výrazů a vulgárních témat.


தமிழக ஐக்கூ கவிஞர் ஓவியர் அமுதபாரதி ஐக்கூவிற்கு ஒரு விளக்கம் அளித்திருகிறார். ஐ + கூ = ஐக்கூ (ககர ஒற்று மிகுந்துள்ளது) ஐ என்றால் கடுகு. கூ என்றால் பூமி.


Ce haïku est celui que l'on présente le plus lorsqu'il s'agit d'expliquer ce qu'est un haïku. C'est surtout le troisième vers qui pose problème. De nombreux haijin (poètes pratiquant l'art du haïku) préfèrent « le bruit de l'eau », plus proche du sens littéral, à «un ploc dans l'eau».


Ôi những hạt sương ( sự kiện hiện tại)
Trân châu từng hạt (ý nghĩ thứ 1)
Hiện hình cố hương (ý nghĩ thứ 2)


Il pruno bianco
ritorna secco.
Notte di luna.


اما از لحاظ زبان‌شناسی، هجا و مورا دو مفهوم متفاوت هستند و یک واکه بلند می‌تواند از دو مورا تشکیل شود. وزن شعر هایکو بر پایه شمارش موراها تعیین می‌شود. معمول هایکوها دارای کی‌گُ و (kigo) یا فصل‌واژه‌ها و کیره‌جی (kireji) یا برش‌واژه‌ها هستند.


Że nie po polsku?


Przeca każdy pisze blog dla siebie.


Z dedykacją dla tych dwóch setek stałych gości, którzy codziennie, jakgdybynigdynic, zczytują literatkowe życie, szukając w nim taniej sensacji i drogiej inspiracji. 
Jak się Wam składa życzenia, to wypadałoby przynajmniej za nie podziękować. Tylko tyle. A może aż tyle.


Obwieszczenie obwieściła Państwu Pani Dulska.
Właścicielka kamienicy.
We Lwowie.


 

czwartek, 23 grudnia 2010

przedwigilijny groch z kapustą.

Krzysia Ka. widziałam na scenie z rzadka, bowiem w pracy byłam standardowo. Za to okazało się, że jedna z jego chórzystek to moja znajoma z czasów licealnych. Niegdyś razem pląsałyśmy na studniówce, gdzie ja funkcjonowałam jako osoba towarzysząca popularnego dziś piosenkarzo-aktora, ona zaś była jego koleżanką z klasy. Pamiętam, że na tejże gali tańczyłam poloneza w dru-giej parze, nie uczestnicząc uprzednio w żadnych próbach! Wielka improwizacja, szczególnie widoczna na kasecie video ;)

Ostatnie dnie zeszły mi na wypełnianiu stosów papierów o tematyce pedagogicznej. Karty obserwacji uczniów chodzących na moje zajęcia. Jedna karta = jeden miesiąc. A miesięcy 12 x 2, bo zajęcia mam w dwóch szkołach! Wrrrr. Rezultaty miękkie, rezultaty twarde. Głupoty takie powypisywałam, że oby ci z unii nie wgłębiali się zanadto w zdania typu: Uczniowie coraz bardziej otwierają się muzycznie. Chętnie biorą udział w spontanicznych sesjach zdjęciowych, gdzie dają upust swojej ekspresji kulturalnej. Widać w nich zapał i ciekawość.

Ahahaha!

Oraz obcuję na przemian z Mrożkiem i Kowalską. Powiem tylko tyle, że jestem pod wrażeniem obu kardynalnie innych stylów w identycznej prozie, jaką jest dziennik. Mrożek to niewątpliwie erudyta, Kowalska to prostolinijność. Każda z tych lektur to świetne lekcje życia. Tak...

piątek, 17 grudnia 2010

"zatańczysz ze mną jeszcze raz, ostatni raz, nim skończy się ten baaal"...

Tak między Bogiem a prawdą, zastanawiam się, co dało mi zostanie w domu minionego weekendu, kiedy to atak grypy rozłożył mnie na łopatki. Otóż, dało mi kilka nieobecności na listach studenckich i co za tym idzie, perspektywy konsultacji face to face z wybiórczym ciałem uniwersyteckim w nowym roku 2011. Chyba tylko tyle. Mija bowiem tydzień, a ja nafaszerowana tabcinami, fervexami, coldrexami i aspirynami (kolejność nieprzypadkowa) wyglądam, jakbym to dziś dopiero zaczynała proces chorobowy. Poważnie. Rano wstaję mokra, idę do pracy, przychodzę z pracy, kładę się do łóżka, rano wstaję mokra, idę do pracy... takie jakby dnie świstaka, albo świra.


Wracając do wizyty lekarskiej, to pan dochtór przyjmował mnie w iście romantycznej scenerii, bo przy świecach. Akuratnie, gdy przyszłam, fazy brakło i w połowie przychodni zapanowała ciemność. Spotkanie toteż było szybkie i treściwe. Za kilka dni prześwietlą mi skronie.


Dziś słucham Ździchy Sośnickiej, jutro słuchać będę Krzycha Krawczyka.


Z tą różnicą, że jutro na żywo w sakramencko mroźnym plenerze.


Byle było tak, że człowiek bardzo chceeee, 
byle było tak, że się nie powie nieeee, 
byle było tak - sam jeszcze nieee wiem, jak, 
że chce się bardzo śmiać, po prostu taaaak.


Kto mi zazdrości, niechaj się przyzna ;P


 

poniedziałek, 13 grudnia 2010

od stanu wojennego do samotności., czyli od Jaruzelskiego do Wiśniewskiego.

Nie mnie osądzać czy stan wojenny był ostatecznością czy też nie był, ale po mojemu to pikietowanie pod domem zniedołężniałego generała jest małym nieporozumieniem. Tak sądzę, po ludzku.


A dziś ludzka jestem, bo chora. I idę do doktora. Gdzie prawdopodobnie przeistoczę się w wydrę, co to wziętemu panu laryngologowi do słuchu powiii. Prawdopodobnie. Bo a nuż wzięty pan laryngolog przyjmie mnie z uśmiechem, w co szczerze wątpię, bowiem to gbur straszny jest. Rzecz w tym, że zgubiłam skierownie na badanie, idę więc po drugie. Zdarza się, tak? Ale to nie powód, by na mnie warczeć. Wrrrr... ależ się wkręcam. Coś mi mówi, że chyba przyatakuję pierwsza. Dla wprowadzenia równowagi na cienkiej linii: pacjent - dochtór.


Wczoraj mamusia zaordynowała sobie "Samotność w sieci". Ile bluzgów poleciałooooo. Na brak akcji, na nudę, na flaki z olejem. A uprzedzałam, że w tym filmie tylko muzyka jest warta uwagi. I to w odpowiednich dawkach.

niedziela, 12 grudnia 2010

piątek, 10 grudnia 2010

wszyscy mają, mam i ja.

Kontynuując zimowy niż, w jakim egzystuję od tygodnia, obecnie rozpoczynam solidne przeziębienie. Na tę chwilę lekko pokapuje mi z nosa, mam obrzęk gardła i chyba gorączkę, bo się trzęsę.


Jutro, bez względu na okoliczności przyrody, muszę wstać o godzinie czwartej czydzieści, by o piontej czydzieści sterczeć na przystanku bez wiaty. Prawdopodobnie spóźni się autobus, albo wysiądzie ogrzewanie, albo usiądzie obok mnie jakiś sapiący tłuścioch, albo w ogóle będę stała, gibiąc się w dowolnym kierunku.


Potem cały dzień na wykłado-ćwiczeniach.


Siły, bożeee, miękkich chusteczek.


I tabcinu.

wtorek, 7 grudnia 2010

literatka - wersja domowa.

Od dwóch dni wegetuję w domu. Bluza z polaru, powycierane dżinsy, grube skarpety, twarz zszarzała, włos o strukturze wczesnego dreda. Kiedy boli głowa, jest źle. Bardzo źle. Pokornieję, łzawię, nawołuję wszystkich świętych. Kiedy nie boli, wyrywam z dnia konstruktywne włókna. Czytam, piszę, internetowo szukam prezentów.
Najłatwiej znaleźć coś sobie.
Najtrudniej znaleźć coś (w) sobie.
Egoistyczny popęd tkwiący w każdym z nas. Nieumiarkowanie w jedzeniu i w piciu. Nieumiarkowanie w życiu.


 

piątek, 3 grudnia 2010

środa, 1 grudnia 2010

1.12.1935. Woody Allen.

Cenię i szanuję. Choćby za takie kwiatki:

"Uważają mnie za intelektualistę, ponieważ noszę okulary, a moje filmy za wartościowe, bo... trzeba do nich dopłacać."

"Gdyby tylko Bóg dał mi jakiś jasny znak! Na przykład złożył solidny depozyt w szwajcarskim banku na moje nazwisko."

"Skąd do cholery mogę wiedzieć skąd wzięli się naziści? Ja nawet nie wiem jak działa otwieracz do konserw!"

"Moje życie jest żałosne. Ostatni raz byłem w kobiecie zwiedzając Statuę Wolności."

I ta jego mądrość w wyjątkowo gapowatym wyrazie twarzy:





niedziela, 28 listopada 2010

ale za to niedziela, ale za to niedziela, niedziela będzie dla nas.

Przedwczoraj byłam na koncercie kapeli Gang Olsena. Blues z mocnym brzmieniem sekcji dętej. Można (a nawet należy) kiwać się w dowolnym kierunku.

Wczoraj byłam na Przeglądzie Polskiej Piosenki. "Pamiętasz była jesień", "Powrócisz tu", "Tańczące Eurydyki".

Płyną gwiazdy jak stulecia,
noc kotary mgły rozwiesza.
Na tańczące Eurydyki
koronkowy rzuca szal.
Rzeka śpiewa pod mostami,
tańczy krzywy cień latarni,
o rozwarte drzwi kawiarni
grzbiet ociera czarny kot.


Dziś jestem w wersji domowej. Słucham starych, łagodnych fraz z sentymentalnymi tekstami. Niczego szybszego niż andante.
Dziś widzę siebie tu:


czwartek, 25 listopada 2010

odlot Złotych Kaczek.

W pierwszych słowach mego listu donoszę, iż przez kolejne cztery lata będę córcią mamusi polityczki ;) Zważywszy, że to już trzecia aktywna kadencja, to nocnowyborcze oczekiwanie na przecieki weszło całemu domostwu w krew i wszyscy ze spokojem pili herbatę z cytryną.

Herbatę z cytryną trzeba pić, bowiem zima idzie, a nawet przyszła.

Poza tym to trochU mi wstyd. Przegapiłam mianowicie rozdanie Złotych Kaczek! Należy mi się żółta, a może i czerwona kartka, gdyż akurat Kaczkami (bez politycznych wycieczek mi tu!) żyję bardziej niźli Oscarami i w ogóle jestem jakoś lepiej rozeznana w polskim kinie. O wynikach przeczytałam w najszybszym dostawcy informacji wszelakich, we Internecie mianowicie. "Dom zły" zwycięzcą. No niech im będzie. Nie widziałam wszystkich nominacji, nie będę się wymądrzać. Film coby nie mówić, to kawał naprawdę mocnej produkcji. I zdjęcia, i temat, i gra.

Weekend spędziłam w cudnych okolicznościach wrocławskiej przyrody, mając widok z okna na więzienie oraz na szpital dla nerwowo i psychicznie chorych.

wtorek, 16 listopada 2010

(wy/z) łuszczona lekcja asertywności.

We wrocławskich Arkadach, w których po prawdzie snobizm straszny panuje, ale odwiedzam z uwagi na sklep green point, napadła mnie pani z morskimi kosmetykami. Nim zdążyłam zaprotestować, pani myła mi rączki w miseczce. Złuszczała z pietyzmem, masowała, nacierała, wklepywała. Kosmetyki z mórz niebelejakich, jeno czukockich, martwych i wielu innych. Z tak wypielęgnowaną dłonią chciałam odejść, ale pani nie zezwoliła. Jęła mi wciskać rozmaite pudełeczka z kremikami, dokładając do zestawu kolejne smarowidła, bo dziś promocja i można sie obkupić za jedyne 499 zł, czyniąc tym samym zapas kremów dla trzech pokoleń do przodu. Kiedy już niemal galerię przesłonił mi stos naręczny, nie wytrzymałam i huknęłam, iż dziękuję! Pani nie dawała za wygraną i jakby głucha, trajkotała dalej. Że zdrowe, że hypoalergiczne, że antystarzeniowe, że wszystkie te lancomy, loreale i cliniki to pic na wodę fotomontaż. Tracąc siły, odparłam, że w takim razie ja się jeszcze przejdę, zastanowię i najwyżej wrócę. TOSIENIEMANADCZYMZASTANAWIAĆpszzzpani!!! - wyrecytowała na wydechu. To pani pięć minut! To inwestycja! To co, pakujemy?


Uciekłam.


Ale myślę, że wrócę.


- Dzień dobry, proszę pani, pani nauczy mnie tych technik? Do życia mi potrzebne. Na już!

czwartek, 11 listopada 2010

"spiskowcy rozkoszy" czyli "spiklenci slasti".

Luuudzie, jaki ja film zaordynowałam sobie wieczoru minionego.
"Spiskowcy rozkoszy" w reżyserii Jana Svankamajera (nad v ma być ptaszek taki) ;)


Luuudzie. Nie dość, że po czesku, to jeszcze film niemy. Półtora ha bez dialogu, ale z jakim obrazem.


Luuudzie. Jak się otrząsnę, to napiszę więcej. Perwersja, wyuzdanie, psychologia. Zabity kogut, stuknięta listonoszka, cierpiąca lektorka, sprzedawca gazet, fascynat kiziu-miziu. To tak w skrócie.


A w tematyce Narodowego Święta Niepodległości, to ja wczoraj biernie uczestniczyłam w przedstawieniu szkolnym oraz występowałam w charakterze jurorki w Festiwalu Pieśni Patriotycznej.


O mój rozmaryyyyynie rozwijaj sieeeeeeee.

piątek, 5 listopada 2010

rozwód po polsku.

Człowiek raz na ruski rok zabłyśnie polotem, prawda, i wiedzą filmową, wysmaruje recenzje, to mu wytkną paluchem, że za mądre ;P


To dziś będzie tu jak zwykle! Acz religijnie. Jakieś 2 tygodnie temu całkiem nieprzymusowo poszłam ja sobie do kościoła. Dom Boży znany mi z czasów licealnych, stąd sentyment. Wdepnęłam w sam środek różańca. Wszyscy zamodleni, obok mnie starszy pan, ja wzrokiem po freskach i innych łukach. Więc ów pan dał mi kilka koralików złączonych krzyżykiem (co, jak się później dowiedziałam, było koronką). Jakoże nie bardzo umiałam sie tym posługiwać, speszona postanowiłam opuścić ów przybytek, oddając panu koraliki. Pan odmówił przyjęcia, podarowując mi je na zawsze. Że niby rzadki egzemplarz, że ważny, yyyyy zdębiałam. Ale wzięłam. Jest w aucie. Jakby co.


Założyłam sobie pewną stronkę, ale zapomniałam do niej hasła. Tak tak Pierwsza, to ta co myślisz ;)


Ponadto od kilku dni strasznie u mnie wieje. U was też? Ciepły ten wicherek, jednak nazbyt porywisty. Koki mi burzy w drodze do pracy. Moja prababcia miała na to teorię. To znak, że ktoś we wsi się powiesił. Huuuuuuu. Po tak trzeźwym zdaniu, miałam pół nocki z głowy. Z głową pod pierzyną. A umysł pracował. Tworzył i wizualizował. Że to pewnie stary Ferenc dynda w swojej stodole lub nieco przygłupawy syn Kędzierskich w szopie. Zawsze uśmiercałam wiejskich chłopów. Nigdy baby, dziwne.


A skąd tytuł wpisu? - ktoś prychnie. Ano z poniższego komentarza cwanego pana prawnika, któren to uprzejmym był ospamować mi Graciarnię swą reklamą. Nie usunęłam, bo a nuż się komuś linki przydadzą, czego, rzecz jasna, i sobie i Państwu nie życzę ;)

sobota, 30 października 2010

homo homini lupus - "Zagadka Kaspara Hausera".

Dawno temu znalazłam się na "Kasparze" w teatrze. Raczej z przypadku niż z wyboru. Nie wiedząc nic o sztuce czułam chwilowy dyskomfort. Szybko jednak wyśmienita rola głownego bohatera, surowa scenografia i dynamika akcji pokazały, o czym dzieło traktuje. O nauce mówienia w konfiguracji: jeden dorosły człowiek poznający język i trzech nauczycieli wtłaczających mu do głowy pełne propagandy zdania wielokrotnie złożone.

Wyszłam z mieszanymi uczuciami, co opisałam TU.

Gdy przeczytałam już o wszystkim o genezie sztuki, o tle historycznym, o życiu Kaspara, to do tej pory nie wiem, co autor, czyli pani Wysocka miała na myśli. Sprofanowane, poszatkowane i niewierne. Głośne, agresywne i zbyt współczesne.

Dopiero film pokazał mi prawdziwego Kaspara Hausera. Realna postać swoich czasów. Czasów, które bestialsko pograły z jego emocjami.

W dziele pobrzmiewają echa poglądów Freuda.

Kaspar jako dorosły człowiek stoi przed niezapisaną tablicą. Dostaje kredę i zwiotczałą ręką tworzy swoje życie od nowa. Dzień po dniu. Początkowo z perspektywy rozumu ciekawskiego, naiwnego, wrażliwego dziecka. Jedno pomagą mu w tym, inni traktują jak społeczne kuriozum. Okazuje się jednak, że im więcej umie powiedzieć, zaobserwować, wywnioskować, tym staje sie bardziej nieszczęśliwy. Za dużo dylematów i pytań... Do tego sny, których nie umie oddzielić od rzeczywistości. Mieszają mu się więc postaci, wydarzenia, scenerie. Są symboliczne (jak w teorii Freuda).

I mniej ludzi ma do bohatera dostęp, tym on czuje sie bardziej komfortowo. Gdy ktoś zakłóca jego terytorium, włącza mechanizmy obronne. Celowo, (a może wcale niecelowo), izoluje się, ucieka do swej samotni. Tam pisze, gra na pianinie, robi na drutach, "uprawia swój ogródek" niczym Kandyd. Męczą go tłumy gapiów przed teatrem obwoźnym, "wrzeszczący" w koścele ludzie, wyższe sfery na przyjęciach.

- Niechże nam pan opowie, jak było w więzieniu, w tym ponurym lochu? - zapyta wyfiokowana burmistrzowa
- Lepiej niż na zewnątrz - odpowie bezpardonowo, acz szczerze Kaspar.

Kiedy indziej mówi: Jestem zmęczony. Dla mnie ludzie to wilki.

Nasuwa się zatem pytanie, czy to nie kultura i jej twórcz, człowiek, zabiły go? Mimo iż, zdaniem Freuda: "Człowiek nie może istnieć bez kultury, a jego przeznaczeniem jest istnieć jako członek grupy społecznej".

Życie w piwnicy o chlebie i wodzie z drewnianym koniem na sznurku z pewnością było odarte z wrażeń, za to proste i kompletnie bezmyślne. Znaczenia nabrało w zetknięciu z nowym światem. Tym trudniejsze do ogarnięcia, bo bez fundamentów.

Kaspar padł ofiarą czasów, w jakich przyszło mu się narodzić oraz ofiarą społeczeństwa, w którym przyszło mu żyć. Miał dostarczać ludziom rozrywki lub materiałów do badań, statystyk, liczb, protokołów... Nawet po śmierci...

"ZAPROTOKOŁOWAĆ"!


wtorek, 26 października 2010

recenzencyjnie.

Wczoraj na zajęciach muzycznych wyartykułowałam takie oto zdanie: Jak czujesz, że schodzisz w dół, wsłuchaj się w muzykę. Ona Ci wskaże tor.


Czy ja już mogę wydać Złote Myśli Literatki? ;>


Brodka ta najnowsza bardzo ciekawa. Bogata aranżacyjnie i teksty jakieś niegłupie. A że trąci Peszkówną? To źle? Lepsze takie wzorce niźli inne.


Mrożka zanabyłam drogą kupna w trafficu arkadowym. Łypie na mnie z okładki trochę do Cejrowskiego podobny.

piątek, 1 października 2010

kolejność dowolna - LUBIĘ...


  • czytać książki falowo. Jest okres, gdy czytam jedną za drugą, potem przychodzi tzw. posucha intelektualna i przez miesiąc nie czytam niczego.

  • zapach opium. Oraz z łagodniejszych to lawendę. W ogóle już samo słowo lawenda ma w sobie aromat. Miękki, fioletowy, miły.

  • podparta na łokciach gapić się przez okno. Bez celu.

  • wieczory. Im dłuższe, tym lepsze. Bardziej leniwe, niespieszne.

  • notować. Moje, rzadziej cudze zapiski są wszędzie. Na małych karteluchach. Skrawkach z gazet. Paragonach. W kilku folderach laptopki. Przykład treściowy?


Trafikanci ciemności odpływają na dywanach w nabazgrane ołówkami sine dale.


Taaa ;]



  • wsuwać dłonie między fasole, obierać pieczarki, jeść pomidory

  • swoje włosy. Akceptuję je praktycznie zawsze, z wyjątkiem procesu rozczesywania.

  • trudne filmy i łatwe teatry

  • grać w scrabble

  • pracę z dziećmi. Nigdy nie sądziłam, że coś takiego powiem, ale wbrew wszystkiemu lubię. Ich niesforność, szczerość, naiwność, prostolinijność.


I 3 pkt karne za niewywiązanie się z terminów ;)



  • stwarzać sobie "sztuczne" problemy. Im więcej się nawarstwi, tym szybciej sobie z nimi poradzę. Zanim to jednak nastąpi lubię tkwić w nich, wymyślać, hiperbolizować, przesadzać, dramatyzować, drzeć szaty, itp. aktorskie zapędy.

  • reklamy Plusa. Z Mumio śmieszą mnie absolutnie wszystkie. No kolega tego pastuszka hahah

  • głos Amy Winehouse


Dziękuję za uwagę.
Zwłaszcza lepszej, bo pierwszej oraz ciepłolubnej, co się zwolniła i tyle.








poniedziałek, 27 września 2010

po raz drugi.

Po raz drugi w życiu zdawałam egzamin z filozofii.
Po raz drugi w życiu trafiłam na Heraklita, który bądź co bądź też miał nie po kolei w głowie jak cała reszta presokrateska (Szanuję go jednak za ponadczasowe pantha rei).
Po raz drugi w życiu trafiłam na Kanta, którego przewrót kopernikański do mnie nie przemawia, stąd twórczość tego pana jakoś pomijam na swej naukowej niwie.
Po raz drugi w życiu osoba egzaminująca zachwyciła się moją pamięcią do cytatów oraz załamała się chaosem mojej wiedzy.
Po raz drugi w życiu dostałam z egzaminu czyipół.


Nie popuszczę. Studiując kolejny fakultet, zamierzam osiągnąć te cholerne pięć, rzekłam!


We Wrocławiu byłam krótko, ale ten czas wystarczył, by nałykać się pozytywizmu. Te kilka godzin, a literatka impetu nabrała. Gęba uśmiechnięta. Ciepłe kapcie na stópkach. Laptop na kolankach. W oczekiwaniu na teatr TV. Dziś "Głośna sprawa". Nie widziałam, a już chichotam :)


We Wrocławiu dostałam w ramach promocji podpaskę naturella. Wkrótce pewnie otrzymam tampon, następnie prezerwatywę o smaku botwinki.


Skoro tak o teatrze, to muszę wybrać się na "Smycz". Koleżanka ze studiów zachwala, a jej akurat ufam w tej materii.


Skoro tak o studiach, to mam jeszcze jeden egzamin w tak zwane plecy. Okazuje się, że 70% roku ma. Nosimy się toteż z zamiarem wystosowania pisma do dziekana z prośbą o zbiorowy rabat na warunek. Zważywszy, iż ten sam dziekan wyraził niegdyś zgodę na przedłużenie sesji z powodu mundialu, żywimy nadzieję, że da się to załatwić ;)

poniedziałek, 20 września 2010

lubię 1.

Skoro Wy wszyscy na m jak miuość siedzicie, to ja sobie tutaj w ciszy ponarzekam.


Po pierwsze primo na pogodę. Bo ja rozumiem, że jest końcówka września, ale żeby już w botkach chodzić? W swetrach? W chustach wokół szyi?


Po drugie primo na to, iż mam kampanię wrześniową i uczyć się muszę. Zgubiłam ostatni listek ginkofaru, który dostałam w prezencie od mamusi i tym samym trudno mi utrzymać koncentrację na dłużej niż piętnaście minut.


Po trzecie primo na brak atrakcyjnych ofert mieszkaniowych w zagłębiu mym bezrobotnych ludzi i urzekających krajobrazów. Lokale naprawdę godne uwagi są za drogie, te z zaszczanymi kamienicami za tanie.


Coraz częściej kołacze mi się po głowie (oprócz migreny) słowo sława. Nie Sława Przybylska, a rozgłos, renoma, wooow. Wie ktoś, kiedy jest następna edycja big brothera? 
Tylko, żeby zaistnieć, będę chyba musiała posunąć się o krok dalej niźli Frytka ;>


______________________________


Lubię śpiewać. Głośno, cicho. Na dużej scenie, na małej scenie. Dla siebie, dla ludzi. W samochodzie, pod prysznicem. Blokadę mam tylko w ... kościele.

czwartek, 16 września 2010

sennie

Sezon dekoltów zamknęłam na rzecz ciepłych golfów.


W weekend znów pracuję, słuchając muzyki biesiadnej, toteż nie pojawię się prawopodobnie na ostatecznym terminie egzaminu.


Czy na pierwszym roku można mieć warunek?
Dawniej najnormalniej w świecie się wylatywało.


P.S. O tym, co lubię, napiszę wkrótce. Tymczasem na zasadzie 'kopiuj - wklej' od pierwszej oznajmiam, co następuje:


Lubię: spać, sypiać, zasypiać, nocny spokój i przedsenne zmęczenie. A także poranne przebudzenie. Byleby nie trzeba było wcześnie wstawać.


O taaaaaa.

poniedziałek, 13 września 2010

barka i inna łódka bols.

Ostatnio tak rzadko tu bywam, że nie ogarniam o czym już pisałam, a o czym nie.


Na przykład byłam na weselu. Pierwszy raz grał didżej, pierwszy raz się nie popłakałam, pierwszy raz śpiewałam w kościele solówkę. A nawet w refrenach tworzyłam duet. Z organistą. Pijanym.


Poważnie! Ponieważ dzieliliśmy wspólnie jeden mikrofon na kablu, pan nieco mnie obchuchał złotym kłosem czy inną żytnią. Niezapomniane wspomnienie, jak boga kocham ;)


O Paaaanie to ty na mnie spojrzałeeeś, twoje ustaaaa dziś wyrzekły me imieeeeee.


Jest wrzesień i co za tym idzie, zaczął się rok szkolny. Albo inaczej. Zaczął się rok szkolny i co za tym idzie jest wrzesień. Oprócz tego, że znów będę umuzyczniać nieletnią młodzież, to mam przed sobą 2 egzaminy, w tym jeden ze plastyki i ja nie wiem, jak ja się tego wyuczę.


Ale jak już opanuję te wszystkie zawiłe arkana technik malarskich, rodzaje płócien oraz skomplikowane życiorysy flamandzkich artystów, to chyba ostanę panią przewodnik.


Najlepiej w Pradze. Bo Pragę kocham miłością prawdziwą. I prawdopodobnie nieodwzajemnioną.


A podczas urodzin chora byłam i do pracy nie poszłam, więc praca przyszła do mnie z tortem, z petardą, z rzewnym 100 lat i z cudnym kalendarzem ręcznej roboty z literatką w roli głównej.


W takich momentach czuje się mocno sens istnienia...


 

niedziela, 29 sierpnia 2010

kwintesencja małżeństwa? ;)

Jakby się kto pytał, co aktualnie robią moi rodzice, to oni leżą w łóżku i oglądają "Białą Masajkę".


A w górach już jesień...


 

czwartek, 19 sierpnia 2010

poszukiwany przepis na ogórki.

Aj bo w ogóle to ja się ostatnio obracam we wielkim świecie. Świecie mody na przykład.
Pierwszy raz w życiu byłam na pokazie. Takim prawdziwym. Z modelkami mina a'la Karolina Malinowska i z ciuchami a'la Zień Arkadiusz chyba. Nie wliczając sukien ślubnych, których ciekawa byłam niepomiernie, bo przeca juszzzz mi nioooosom suknie z weloneeem... ;] No i tych sukien było sztuk pięć. Powtarzam p-i-ę-ć. Cztery bombko-bezy i jedna grecka, w której gdyby poobrywać kilka cekinów, to by się uwentualnie nadawała. Sobie myślę, że po prostu Donatella Versace nie zdążyła dolecieć. Ani Amanda Wakeley. Stąd tak ubogo było.

Po pokazie zamieniłam słów kilka z projektantem fatałaszków, z czego jeden sobie zaklepałam, jeno do przymiarki muszę jechać, bo w te 36 to mogę się nie wbić, zważywszy na codziennie spożywanie czipsów oraz milki karmelowej.

No i w pracy siedzę. Na spotkania służbowe latam. Garsonka. Szpilki. Kok w banan ;) Nienienie. Tak nie muszę na szczęście. Mogę w spódnicy bojówce, sukience indyjskiej, t-shircie ze żyrafom.

A t-shirt ze żyrafom wygląda tak: (wersja z przodu i z tyłu)


Tymczasem idę kisić ogórki. Mam ich całe wiadro. Oraz koper w wiązce, czosnek w ząbkach, chrzan w lasce i sól w kamieniu. Mamusia nad morzem , a córuś w garach.

Serio serio.

sobota, 14 sierpnia 2010

"żono moja, serce moje..." na czy-czte-ry!

Byłam (bo musiałam) na koncercie Piaska z domu Piasecznego. Matko, co za smęty.


W odwecie słucham teraz Tomka Stańki. Trąbka koi i każe zapomnieć o tym, żem sama w domu. Jakożem sama, zaordynowałam sobie sobotnią akcję posesja. W ruch poszły szafki, szafy i komody ciuchów pełne. Po renamencie mi wyszło trzydzieści dziewięć sztuk ubrań, w których praktycznie nie chadzam, co pozwala wyciągnąć wnioski, że są mi zbędne.


Noszę się toteż z zamiarem otworzenie lumpeksu. Coś pięknego i niedrogo - go nazwę. Albo cuda-wianki. Albo groch z kapustą. Jeszcze zobaczę.


Przy okazji puściłam też 2 prania ciemne. Do prania jasnego nie doszło, ponieważ mam tylko pół pralki odzieży i mama zabrania prać tak śladowych ilości ciuchów, bo bęben pójdzie czy inne zawiasy. Chyba przebiegnę sie po sąsiadach celem zbiórki drugiej połowy tych jasnych. Innego wyjścia nie widzę.


Oraz byłam (bo musiałam) na koncercie tego chłopaka, co śpiewa "Żono mojaaaa, serce mojeee, nie ma takich jak my dwojeee". Ludzie! Wokalista plus trzy wijące się dziumdzie plus ryczący wraz z nim tłum całego wyżej wymienionego utworu. Całego! Ze zwrotkami i ze refrenami. Młodzi, starzy, dzieci. Wszyscy na jednopolskonute: Żono mojaaa.


Toć to fenomen jaki. Społeczny :]


Oraz babcia przyniosła mi babkę.


PiaskowOM.


 


 

czwartek, 5 sierpnia 2010

48 lat temu.

Leżącą na łóżku, z bezwładnie zwisającą głową i słuchawką telefoniczną w ręku, nagą Marilyn znalazł jej osobisty psychiatra - dr Ralph Greenson. Wokół ciała 36-latki, ubranej jak co noc "wyłącznie w zapach perfum" walały się puste opakowania po środkach nasennych i lekach antydepresyjnych...


poniedziałek, 26 lipca 2010

tak po krótce.

Wróciłam. Rumiana, cała, z nieco zszarganymi nerwami, czego zasadniczo można było się spodziewać. O tym gdziem była i co robiła, opowiem jutro. W każdem bądź razie jako nie_matka_polka z całą odpowiedzialnością mogę rzec, iż "wypoczynek z dziećmi" to jakiś absurdalny oksymoron. To nie wypoczynek, to orka na ugorze ;) I doprawdy nieważne czy dzieci są własne, czy też cudze. Nienienie.


A jedna kolonistka miała na imię Liwia. Jak margaryna czy wymyślam?


A jeden chłopczyk wieczór w wieczór płakał za mamą.


A dzieci z pewnego pokoju przez cały pobyt podmywały się w misce, bo myślały, że prysznic nie działa.


A jak budzik dzwonił o siódmej, to warczałam wraz z nim.


 

niedziela, 18 lipca 2010

rewelacja na Bałtyku, lody lody na patyku.

A już za dwie ha wyjadę w następną turę wakacjo-pracy. Kierunek Świnoujście.


Ja, PMS i autokar rozbestwionych dzieciaków.


Tym razem nie życzcie mi słonka, życzcie mi wytrwałości ;)


_______________


I jeszcze dialog tel. z Chałup mnie się przypomniał:
- Eee, zawiedzione jesteśmy, bo było mało golasów.
- Czego nie było? Gulaszu?


Taaa.

sobota, 17 lipca 2010

o plaży nudystów i innych atrakcjach oczyma ryczących trzydziestek :]

Byłaś nad morzeeem? A coś słabo opalona.

No ja za takie puenty to dziękuję bardzo serdecznie!
Człowiek topił się w 40. stopniach. Pot ciekł po dupie. Brak tchu. Poparzenia 1 stopnia. Piekący dekolt. Wysyp piegów. Wszystko w imię morskiej, mahoniowej opalenizny! :)

Wróciłam. Zdrowa, wypoczęta i gotowa na kolejny urlop.

Powiedzmy sobie szczerze, że Chałupy to straszna dziura za to z ogromną plażą. 3 smażalnie, 1 bankomat (2 dni nieczynny), żadnego pubu, reszta zamykana o 23. A tak je rozsławił Wodecki!

A propos golasów. Byłyśmy. Widziałyśmy. Pię-ciu. Para mieszana, para męska oraz obleśny stary dziad, który w drodze powrotnej wyrósł nam na skraju lasku niczym spleśniały grzyb. W całej swej obrzydliwej okazałości. Ble. Adze, która trawiła właśnie poziomkę wyraźnie zrobiło się niedobrze ;]

Krótki to wyjazd był, ale wyjątkowy. Babskie głupawki, nierozgarnięte dialogi, polowania na owady, pobudka skrzeczących wróbli o 5 nad ranem, trąbiący tuż za oknem pociąg, regionalny remus. Entuzjazm pobierającej lekcje kitesurfingu Ku. bezcenny.



To tylko mój cień chodzi po plaży.

piątek, 9 lipca 2010

Chałupy welcome to :)

Tak na szybkiego wieści, gdyż jak w tytule.


Sesję egzaminacyjną położyłam, uniknąwszy co prawda niedostatecznych ocen w indeksie, tym niemniej kampania wrześniowa czeka na mnie radośnie, witając chlebem i solOM. Czemuż tak się stało, pominę, ponieważ nie mam czasu. Obecnie. Bom w pracy. A już za kilka godzin, za godzin parę wezmę plecak swój i gitaaarę ;)


Nad morze polskie bałtyckie zimne brudne, acz nasze jadę.


Wczoraj zrobiłam pranie rzeczy ciemnych. Suszą się. Nie kupiłam stroju, bo żaden mnie się nie podobał. Trudno. Wystąpię w tym sprzed komunii św. Najwyżej dziewczyny wstydzić się za mnie będą i wygnają na inny kocyk.


Boszzz. Dopiero to do mnie dotarło. Cztery znające się jak łyse klacze baby w jednym pokoju, w jednym miejscu, na jednej plaży. A każda z czterech inna. Trzy leniwce i jedna sportowa aktywistka. Trzy brunetki i jedna blondynka. Wszystkie z poważnym uszczerbkiem psychicznym, co przekłada się na ich życia tak zwane osobiste :)


Nie jestem spakowana. Nie mam torby. Mam zarośnięte brwi oraz dezodorant antyperspiracyjny marki lady speed stick o podnazwie cool girl.


Z takim bagażem musi być dobrze. No musi :)

piątek, 2 lipca 2010

muzułmanizm. między wierszami.

W tematyce studiów mam jedną wątpliwość egzystencjalną:
Po co mi to kur** było? Mianowicie.

A mogłam wracać w piątek w pracy i rozkoszować się wolnym weekendem.
A mogłam jeździć do Wrocławia li i tylko w celach towarzyskich.
A mogłam po kryjomu w pracy drukować najnowsze kroje sukni ślubnych, a nie no-tat-ki.

A mogłam!

Tymczasem marzy mi się czytanie literatury pięknej na tarasie nadbałtyckiego hotelu, co ollllinkluzif serwuje malibu z mlekiem łaciatym oraz tonik choćby bez dżinu.

Tymczasem poza światem żyję realnym, nie wiem co u moich znajomych na nk, nie wiem, jak starcia prezydenckie, nie wiem kto wyleciał z mundialu. Nic nie wiem normalnie!

Za to w meczecie byłam. Takim prawdziwym, muzułmańskim. A nawet ukradkiem zdjęcia poczyniłam. Oto i one.



poniedziałek, 28 czerwca 2010

dziś...

nie jestem szczeniacko-zadziorna.


pan doktor prostacko przepłukiwał mi ucho.


chcę spokoju, stabilizacji, stokrotek.

czwartek, 24 czerwca 2010

nienienie.

Nienienie, to nie tak, że ja już straciłam serce do bloga mega kochanego.


Nienienie. Ja po prostu znów jestem w fazie pracy po uszy i sesji po... no niech będzie czubek głowy. A że nie należę do osób szczególnie zorganizowanych, co to działają wedle porannych postanowień, grafików i kalendarzyków, to mam zaległości jak stąd do Wolanowa. Gdziekolwiek by to Wolanowo tudzież Wolanów leżał.


Wczoraj tatuś dostawszy ode mnie 100 zł. wyznał, że żałuje braku posiadania większej ilości dzieci, bo by więcej dostał z okazji swego święta :)


A, na wyborach byliście? Ja byłam, ale mój kandydat uplasował się na 3 pozycji, co zasadniczo było do przewidzenia. Drugą turę chyba zbojkotuję, albo wybiorę mniejsze zło :) Albo rzucę monetą.


I imprezę dla ludu mieliśmy. My - organizatorzy kontra cały świat. Ludzi się zjechało z całej Polszy. Nawet z Pruszcza Gdańskiego. Na deskorolkach. Między innymi.


Jutro mam egzamin z filozofii. Stan wiedzy dość obfity do św. Anzelma z Canterbury - reszta w talku, co chyba źle wróży zarówno mojej ocenie, jak i samoocenie. Potem mam jeszcze trzy, w tym z plastyki. I tu dopiero dziać się będzie, bowiem ja z plastyki to rozróżniam barwy podstawowe oraz pochodne, natomiast niekoniecznie znam się na stylach, datach, metodach trzymania pędzla, metodach nakładania pędzlem, metodach maczania pędzla. Jakby kto chciał pomóc, to mam w syllabusie 100 obrazków rozmaitych, które trzeba dość wnikliwie opracować. Autor, kiedy i w jakich latach popełnił, albo choć w jakim wieku, jaka technika, szczegóły i symptomy odzwierciedlające dana epoką. Phi. Bagatelka. Mam jeszcze inne , ale na to pozwolę spuścić sobie zasłonę milczenia.


A Wy gdzie na wakacje jedziecie? :)


 

poniedziałek, 31 maja 2010

i jeszcze jedna refleksja.

Podczas, gdy na wrocławskim Kozanowie przerwało wały, ja słuchałam muzyki poważnej.


Z jednej strony wycie syren i megafony, z drugiej "Małgorzata przy kołowrotku" Schuberta.


Takie studia.


Takie życie.

piątek, 28 maja 2010

trochu grochu. i zasmażka.

Dzień dobry.


Podczas, gdy mnie tu nie było, była powódź we Wrocławiu i ja też tam byłam.
Edukacja, zakupy, przyjaciółki i co za tym idzie szczerość. Dużo szczerości. Puenta oto: jestem mistrzynią w marnowaniu czasu. Podczas gdy energiczna A. jedziła po mnie jak dwutonowy walec, równie leniwa O. brała w obronę. W efekcie stanęło na tym, że mam dokończyć natychmiastowo to, co co zaczęłam.
A zaczęłam sporo. Bo i książki, bo i firma, bo i mieszkanie.


Nic to, jak mawiają starożytni Chińczycy, trza się wziąć w garść lub przynajmniej złapać kilka wróbli ;)


Poza tem moja mamunia w wieku 55 lat zrobiła sobie tipsy!
Na wesele.
Nie moje.


Matko :)


 

środa, 19 maja 2010

ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.

Wiosny jak nie było, tak nie ma.


Kilka bocianów ubitych.


Ściga mnie greenpeace, związek ornitologów polskich, liga ochrony przyrody oraz kobiety ciężarne.

piątek, 14 maja 2010

warunek.

Albo jutro oficjalnie przyjdzie wiosna, albo ja zacznę oficjalnie strzelać do bocianów!


Z procy.


Albo z dwururki.

czwartek, 6 maja 2010

co niedzieleee o jedynastejjjj oglądam ciebje w discorelaksieee.

Mimo iż nie wygrałam tych cholernych milionów, co to je pyknął ktoś z Elbląga, postanowiłam bawić się dalej. Majówkowo tym razem, aktywnie uczestnicząc we koncercie królowej disco polo.


Shazza jej było.


Z pseudonimu :)


 

środa, 21 kwietnia 2010

ambiwalencje polsko-żałobne.

Miałam już odpuścić. Zamilknąć. Nie drążyć, (jako zrobiła Jaga). No ale jednak wyrywny charakter mi nie pozwala :)


Najoględniej mówiąc, zażenowanam tym, co się dzieje w ostatnich dniach w telewizji, w prasie, w Internecie i innych propagatorach zbiorowej żałoby narodowej. Podziały społecznościowe, biznes kokardkowy, na allegro zegary ścienne z czarno-białym zdjęciem Pary Prezydenckiej, znicz on-line za jedyne 9,90 zł., wywiady z nikomu nieznanymi aktorami, pisarzami, fotografami, straganiarzami, co o nieobecnych mówią li i tylko ciepło, czule, pieszczotliwie. Wszystko w hołdzie tym, co zginęli. Wszystko przy wtórach przeszywających marszy. Wszystko chyba jednak nie do końca szczere.


Mną ta tragedia wstrząsnęła. Wstrząsnęła bardziej po ludzku niż po obywatelsku. W moim odczuciu zginęli ludzie, nie elita, jakże modne ostatnie słowo. Ludzie, którzy nie zdążyli się pożegnać, którzy osierocili dzieci, którzy zostawili masę niedokończonych misji. Pewnie dlatego ilekroć widzę rząd trumien na lotnisku, szpaler wymusztrowanych mundurowych i mniej lub bardziej liczne rodziny cierpiące z powodu utraty bliskich, to płaczę.


Ale wstydzę się, kiedy widzę bandę oflagowanych protestantów przeciw Wawelowi. Irytuję, kiedy tvn24 nagle wygrzebuje archiwalne zdjęcia uśmiechniętego Lecha Kaczyńskiego i kreuje go na sympatycznego, jowialnego szpakowatego pana. Prycham nad spekulacjami czy brat bliźniak ma kandydować czy może jednak wycofać się z polityki i zacząć uprawiać przydomowy ogródek.


Tyle.


 

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

wzruszenie kondolencyjne.

Miałam możliwość być na pogrzebie Pary Prezydenckiej, ale nie byłam. Zwyciężył obiektywizm, racjonalizm i wygodnictwo. Ominęły tłumy, 400 km podróży w jedną stronę oraz zmęczenie. Patriotyczną powinność spełniłam przed telewizorem. I mnie to wystarczy... Będąc tam, z pewnością bardziej czułabym patos i historyczną doniosłość, ale może i w głębi siebie pewną ambiwalencję...

Bardzo ukonkretyzowane łzy ciekły mi jednak po policzkach, gdy zobaczyłam to:







sobota, 10 kwietnia 2010

10.04.2010 r.

Pisać od siebie? Cytować innych? Pomilczeć?


W takich chwilach każde słowo wydaje się być ułomne.


W takich chwilach brak słów.

środa, 7 kwietnia 2010

co ja jeszcze chciałam.

A! To moje nowe hobby wiążę się poniekąd także z innym moim nowym hobby, bo otóż mianowicie oprócz szukania przytulnego M-4 (tak, tak, bo ja się uparłam proszę Papaństwa na salon, sypialnię oraz 3 pokój niewiadomoczemusłużący), rozmyślam także nad sensownym rozbujaniem tej mojej firmy, o której trułam tu czas jakiś temu, angażując umysły czytaczek (czytaczy?) w kreowanie mi nazwy chwytnej, acz niebanalnej. Było o tym TU i TU. Jeden mój znajomy skwitował to krótkim: zajęłabyś się korkami z polskiego, a nie cu-do-wa-ła.


Ja przepraszam, ale czasy Stasi Bozowskiej mam już za sobą, gdzie z uporem maniaka wpajałam tumanom, że Krasiński to nie ten sam, co Krasicki. I że Kraszewski to jeszcze kto inny!


Wracając do uwag kolegi, po tego typu zachętach zamykam się w sobie jako ten pąk tulipana o zmierzchu i nie cu-du-ję. Człapię pokornie do pracy, która dla jasności, sprawia mi ogromną frajdę, ale okazuje się, że oprócz frajdy, potrzebna mi spora gotówka na te cholerne mieszkanie.


Podczas mego niebytu odrestaurowałam też kolejną bardzo ważną znajomość, dowiedziawszy się, że ta znajomość za miesiąc zostanie mamą Marysi, a teraz póki co na ogół leży, gdyż doraźna tusza nie pozwala na nic innego.


Ludzie rodzą dzieci, proszę Papaństwa. Kobiety ściślej, z którymi wiązały mnie niegdyś bliskie więzy i do teraz okazują się ważne. Cieszę się ich szczęściem. Uśmiecham do siebie. Obsadzam w przyszłe role nadopiekuńczych matek, co jeszcze kilka lat temu biadoliły przy piwie nad swoim staropanieństwem, trudnym charakterem i omujborzerzadenmieniezehce.


Chyba zaczęłam przynudzać niczym Słota Przecław w swym "O zachowaniu się przy stole".


Żegnam Was zatem wiadomością prosto z Internetu, przez którą to dziś oplułam w pracy monitor:


Radnego Płowdiw, drugiego największego miasta w Bułgarii, na początku marca przyłapano na tym, że podczas debaty nad budżetem na ekranie służbowego laptopa doił wirtualną krowę. W kraju wybuchł skandal. Ujawniane są kolejne przypadki aktywności urzędników w sieci.


I ja Was proszę, nie czyńcie jak bułgarscy radni. To już lepiej lećcie w kulki.


Choćby dosłownie :)


 


 

sobota, 3 kwietnia 2010

wielkopostny raport z blogowego niebytu.

Tak dawno mnie tu nie było w charakterze wnikliwej obserwatorki otaczającego świata oraz szczerej komentatorki życia własnego, iż nie wiem doprawdy od czego zacząć.


To może zacznę od tego, że nic się u mnie nie zmieniło. Zasadniczo. Pochłonięta lutową nauką, otrzymałam promocję na drugi semestr studiów, które nie przyniosą mi absolutnie żadnych lepszych pieniędzy, jeno bogactwo duchowe. To mnie trochę martwi, lecz bardziej mimo wszystko cieszy. Mądrości, ty nad poziomy wylatuj... jako mawiał wieszcz nasz.


W marcu znalazłam sobie nawe hobby, które do reszty mną zawładnęło. Poszukiwanie mieszkania celem nabycia drogą kupna. I się zaczęła jazda. Krajowa giełda nieruchomości, wrocławska giełda nieruchomości, oto dom, gratka, nieruchomości online, prasa ogólnopolska oraz lokalna. Dzień dobry, ja w sprawie ogłoszenia, aktualne? nie, a to przepraszam. Dzień dobry, ja w sprawie ogłoszenia, aktualne? tak, a kiedy mogę je obejrzeć? I się zaczęło oglądanie. Od drzwi do drzwi. Podsumowując, zapuszczonych nor z polakierowanymi boazeriami i olejną w kuchni było nad wyraz dużo. Dużo też za nie chcieli. Przytulnych gniazdek było malutko i z mankamentami typu ogrzewanie podłogowe elektryczne, za które ja z góry fenkju mówię, bom ciepłolubna i nie zamierzam zimą spędzać czas wolny w uszance i pod trzema pierzynami w ramach cięć budżetowych. 
W jednym M-4 zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Fala ciepła po mnie spłynęła, oczy wielkości pięciozłotówki, serce roście jako mawiał inny nasz poeta. (Już nie wieszcz. Albo jeszcze). Skrzydła podcięła mi wartość w polskich złotych. Boszzzz, pomyślałam. Mąż mi potrzebny! Prezes orlenu albo millenium. Albo choć przypadkiem odnaleziony bezdzietny wuj z hameryki, co to ulokuje we mnie cały swój dobytek w ramach poprawnych stosunków rodzinnych.


W efekcie mieszkam nadal z rodzicami. Mama aktualnie szykuje siedemnastą sałatkę na jutrzejsze śniadanie, tatuś słucha TurnaŁa na laptopie i ogląda bilarda w telewizji. Jednocześnie.


Mnie boli głowa. Boli częściej, odkąd wyrżnęłam efektownie na schodach ze dwa miesiące temu. Pewnie mi się w niej trochę poprzestawiało. Ale ojtam. Aby do wiosny!


Tfu, do lata.


Do lata, do lata, do lata piechoootą będę szłaaaa.


 

poniedziałek, 8 lutego 2010

milczę

bo mam sesję.


Oraz w zeszłym tygodniu spadłam ze schodów tuż przed zaliczeniem z muzykologii. Zdałam na pięć koma zero, czyli całkiem przyzwoicie jak na roztrzęsioną postać z obtłuczonym prawym bokiem. Zważywszy, że podczas lotu traciłam świadomość, niektórzy twierdzą, że miałam wstrząs mózgu.


Póki co, czuję się dobrze, nie mam zaników pamięci i nie wygaduję głupot.


Jedynie wyglądam jak ofiara przemocy domowej.


Gdy się rozbiorę.

wtorek, 26 stycznia 2010

otóż.

Szaleństwo cieszy się pewnym autorytetem. Gdy rozum pogrąża się w pomroce, przyjmuje się, że człowiek zaczyna obcować z twórczymi siłami, od których z dala pozostaje za sprawą natury intelekt.


Roland Jaccard: "Szaleństwo"


Być może jedynymi szaleńcami są ci, którzy szaleńcami nie są. Prawdziwi szaleńcy śmieją się szaleństwu w nos: nie zachodzi ich od tyłu; nie jest intruzem, jest lokatorem.


Tamże


Jeśli spędzę piąty dzień z rzędu nad etnopsychiatrią, schizofreniami, depresjami, nerwicami, psychozami, przeniesieniami i szerokorozumianym szaleństwem to najpierw sama sfiksuję, a później się porzygam.


Lub odwrotnie.


___________________________


Z poważaniem,


literatka - studentka


 

piątek, 22 stycznia 2010

piątkowo. bezrybnie.

Tydzień mi minął dość niepostrzeżenie. Trochę byłam w żałobie po rybce, trochę pracowałam, trochę się uczyłam. Odhaczyłam także duszpasterską wizytę księdza oraz wizytę u babci dziś, w dniu dziadka zasadniczo. Podarunkowo wiodły PRYM PRYMulki wraz z kremem przeciwzmarszczkowym na noc marki farmona.


Poza tem mam:



  • przeinstalowaną laptopkę i nowe partycje: Pracownia i Mansarda.

  • dwie zaległe prace zaliczeniowe oraz mnóstwo nietkniętych zagadnień egzaminacyjnych.

  • jedną ocenę bdb oraz dwie oceny db i jedno zal.

  • nowe kapcie koloru zielonego. W oczekiwaniu na wiosnę.


Bo ona przyjdzie, tak?

czwartek, 14 stycznia 2010

"w rzece Heraklita ryba wymyśliła rybę nad rybami".

Dziś przymknął oczy Amoll - brat Bemola. Doniesiono mi, że jest już po ceremoniach pogrzebowych. Nie dopytałam tylko, czy nastąpiła kremacja czy tradycyjny pochówek kanalizacją miejską.


Cóż, dzieci i ryby głosu nie mają.


Kyrjeelejson.

środa, 13 stycznia 2010

problematyka natury studenckiej.

Nie napisałam, jak spędzałam Sylwestra. Otóż we szpilkach krwiście czerwonych w których wyglądałam jako ta Julia Roberts na rozdaniu Oscarów. Oczywiście, że niewygodne były. Zdjęłam je toteż tuż po północy, przepraszając się ze starym i mało zjawiskowym obuwiem chyba z czasów studniówki jeszcze.


I się nie upiłam. Dla jasności.


Nowy Rok 2010 miał mnie przywrócić do świata żywych, tymczasem ciągle żyję w jakimś letargu. I w stresie na domiar, ale to jakby mój przemyślany (?) wybór był. Z tymi studiami. Sesję mam bowiem. I kto miał, ten wie. Okazuje się, że praca na fulltajm w połączeniu z piątkami w indeksie jest nieco ponad moje siły. Kuźwaaa, na nic czasu nie mam. A tu pięć prac zaległych. A tu trzy na sobotę. A tu dwie na niedzielę. A tu fotoesej. A tu recenzja. A tu test otwarty. A tu test zamknięty. O egzaminach nie wspomnę.


Ponadto pod oknem mym wspólnota mieszkaniowa zainstalowała przecudnej urody wiatę. Po co to, nie wiem, ale po pierwsze utrudnia mi widoczność zaokienną, po drugie topniejący na dachu budynku śnieżek dość jednostajnie pokapuje na ów wiatrołap, co mnie wk***, denerwuje znaczy.


A, i tato kupił łyżwy.


I on w tych łyżwach na razie chodzi po pokoju. Bo się przyzwyczaja.


I jak ja mam się uczyć w takich warunkach?
Jak nie sfiksować?
Jak dożyć sędziwej starości w zdrowiu i urodzie?


:>

wtorek, 12 stycznia 2010

No ludzieee!

Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek zacznie namawiać mnie na zakup kozaczków zimowych ze sporym obcasem, to uprzedzam, że ochoczo wyślę doradcę imidżu na bambus tudzież inne ciepłolubne drzewko.


Luuudzieee! Zima. Zasypane wkoło. Ja z opatrznością boską we Wrocławiu. Wrocław bez tramwajów, ze sporadycznymi kursami autobusów miejskich. Ja z torbą i w kozakach. Po tych muldach zasolonych, po tych zaspach po pachy. Śnieg. Wszędy. Na chodnikach. Na ulicach.


Ja w kozakach. Luuudzieee! Po jednym dniu wróciłam na moje Pituchowo pociągiem (bo pekaesy odwołane) z pęcherzami na śródstopiu. No bo kto w kozakach się wybiera na taką eskapadę śnieżną? No kto?!


No ja :>


Wracam, a tu mnie się proponuje wycieczkę samochodową:
- Jedź ze mną. Jak gdzieś utkniemy, będzie miał kto pchać.


No luuudzieee!

wtorek, 5 stycznia 2010

niedziela, 3 stycznia 2010

3 stycznia 2010 roku.

Drugi dzień roku zainaugurowałam totalnym bezklasiem, czym chwalić się nie należy. Źle mi z tym, na samą myśl dostaję pąsów i ogólnej awersji do samej siebie. Niemniej czasem bezklasie generują w nas ludzie. A konkretniej mężczyźni. Nie żebym teraz szukała winnych, choć po prawdzie wiem, co mówię.


Kontynuując zaczątek, dziś dokonam drugiego bezklasia. Bardzo świadoma.


Świadoma, że hej!


Nie wiem, co będzie potem, nie wiem też, co na ten temat sądzą wybitni psychologowie hamerykańskiej szkoły behavioryzmu, funkcjonalizmu i percepcjonizmu.


Ale jak mawiają starożytni górale, albo rybka, albo pipka.


 

piątek, 1 stycznia 2010