O mnie

Moje zdjęcie
ja, baba z baby, czyli matrioszka. słucham jazzu. dla animuszu. wchłaniam literaturę. wziewnie. piszę. oraz fotografuję. subtelno-zachłannie. na przemian, albo przemiał. projekt FOTOszeptów dojrzewał w mojej głowie bardzo długo. powstał o czasie koloru turkusowego, kiedy zrozumiałam, że słowa piętrzące się we mnie są równie ważne jak obrazy wokół.

piątek, 30 października 2009

"w strasznych mieszkaniach strasznie mieszkają straszni mieszczanie"?

Mimo łzawień ocznych i kataru po brodę polazłam do teatru. Współczesnego teatru. Na kapitalną sztukę o enigmatycznym i lakonicznym tytule "Napis".
Polecam. Polecam. I jeszcze raz polecam!


W windzie ktoś wyrył obraźliwy napis "Lebrun = ch..". Rzeczony i obrażony publicznie pan Lebrun wszczyna śledztwo wśród sąsiadów...


Mieszczański landszafcik ulokowany w paryskim kanapowym pokoju. Trzy małżeństwa w prześmiewczych, przerysowanych, quasi-intelektualnych dialogach. Hasła-klucze, nic nieznaczące slogany: alterglobalizacja, Internet i jego ludyczność, tabloidy, apoteoza młodości, macierzyństwo a tacierzyństwo, plotka i sztuczny lans.
Kowalewski na żywo identyczny jak w telewizorze, podobnież Lipińska. Niczym jak Sułek i pani Eliza. Oraz najbardziej sugestywny Michałowski.


Po spuszczeniu kurtyny aż chciałoby się zacytować Gogola: Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie.


I trochę smutna to prawda o nas samych, i karykaturalna.
Niemniej prawda ;)


Polecam. Polecam. I jeszcze raz polecam!
Mówiłam już? ;>

czwartek, 29 października 2009

pozdrowienia i inne wyrazy od Zygmunta III Wazy.

Zasadniczo rzecz biorąc, jestem w gościach.
Zasadniczo rzecz biorąc, jestem chora jak jasna cholera!
W Warszawie.
A nawet w Legionowie.


Kicham, prycham i pocę się jak mysz w połogu.


Jak tak dalej pójdzie, nie ujrzę ani syrenki, ani łazienek, ani powązek, ani choć złotych tarasów.


Wrócę na swoją prowincję i nikt mi nie uwierzy, żem w stolYcy była. Z gorączką wrócę i opryszczką.


O!

poniedziałek, 26 października 2009

gaudeamus igituuuur.

Oczywiście, że nie przestawiłam zegarka.
Oczywiście, że wstałam godzinę wcześniej.
Oczywiście, że wszyscy wiedzieli, tylko jakoś nie ja!


W efekcie miałam trudności ze zdobyciem kawy oraz godzinne czekanie na wydziale pewnej uczelni, gdzie od miesiąca pobieram nauki.


Tak, odbiło mi do reszty i zapisałam się do szkoły.


Inauguruję zatem nową kategorię w życiu mem rozmaitem:


Literatka znów na uniwersytecie, czyli nie miała baba kłopotu, kupiła se prosię.


 

piątek, 23 października 2009

brawa dla polityki googlowej! gromkie i niecichnące.

Historia oto:


Od wczoraj dywagowałam nad nowym mailem, jaki przyszło mi założyć w celach poważno-służbowych.
W fazie pierwszej szukałam odpowiedniego dla siebie portalu (wiedziałam, że nie może to być gazeta.pl, bo cały interfejs nieszczególnie do mnie przemawia i wchodzę tam raz na miesiąc chyba).
Po odwiedzeniu miliona for, postawiłam na gmail.com.
Faza druga dotyczyła loginu. Bo wszak nie można się nazywać służbowo pusta_literatka, tak?
Na tym zeszła mi cała noc plus połowa dnia, po czym się zdecydowałam na klasykę gatunku takowych maili.
Założyłam, poszalałam z motywami, poustawiałam wszystko po kątach i wówczas wyszło, żem literkę zjadła w nazwisku, które się pojawia obowiązkowo jako sygnatura.
Zmian dokonać nie potrafiłam, toteż wspaniałomyślnie usunęłam całe konto z luzackim przeświadczeniem, że za moment założę takie samo.


Wybrany login jest zajęty - ujrzałam.


Nitką do kłębka wyszło, że słuszna polityka prywatności google nie tworzy nazw kont skasowanych. NIGDY!


Szkoda, że w innych przypadkach (zdjęcia, picasa) nieszczególnie o tę anonimowość dbają, ale niech im będzie! Jeszcze trochę, a tak sobie zawężą pole manewru, że trza się będzie nazywać: matylda1234567890, bo wszystkie inne okażą się zajęte!


Mimo iż wolne!


Z poważaniem,


nieszczesliwie.bezloginowa.1234567890@gmail.com


_____________________


1. Bemol odzyskał rezon po muzykoterapii pt. "Śpiewy delfinów w kanonie".


2. Namiary na inne konta pocztowe mile widziane.

czwartek, 22 października 2009

Bemol w tonacji mollowej.

Pamiętacie Bemola?
Znów podczas przemieszczania go w sitku kuchennym z kuli do słoika nastąpiło wysmyknięcie się go i niebezpieczny upadek na podłogę, na której wykonywał nerwowe ruchy, gdy usiłowałam go złapać. Oburącz.


Teraz, gdy ma już zmienioną wodę, pełną schludność i harmonię, to nie chce jeść kulek oraz wykazuje małe zainteresowanie otaczającym go światem.


Czy on się potłukł?
Czy jego coś boli?
Czy mam mu wkruszyć nurofen forte?

poniedziałek, 19 października 2009

"tam bym chciała damą być, ach damą być, ach damą być i na wyspach bananowych dyrdymały śnić"

Trzy dni spędzone w butach na obcasach, z czego jeden, bo tak wypadało, spowodował nagniotki i śladowe opuchlizny w okolicach mego śródstopia oraz umocnił w przekonaniu, że damOM to ja nigdy, k****, nie BEDE.


No nic, pozostały mi baleriny tudzież botki, no i wygląd trzpiotki ;>


Kim więc będę? Kim jestem? Dokąd zmierzam? Yyy, dobra, koniec żartów i nadętej filozofii życia. Nałykałam się ostatnio Kołakowskiego, to mi odbija i myślę, żem mądra.


Z soboty na niedzielę jadłam OBIAD kilka minut przed północą. Smaczny był, zwłaszcza marchewka z cebulą, śmietaną i tymiankiem. Właśnie! Gdybym porodziła syna, a najlepiej dwóch prawie że naraz, to mogłabym ich nazwać Tymianek i Podbiał. Oryginalnie. Z pewnością mieliby masę przygód już od przedszkola.


Z soboty na niedzielę utoczyłam sporo babskich rozmów, przez co z niedzieli na poniedziałek śniło mi się, że Aga była na okresie próbnym menadżerką DODY i musiała strasznie szybko zmieniać jej pióropusze między jedną piosenką a drugą. Stresowałam się razem z nią, bo to mój pomysł był. Z tą pracą.  


I paczka do mnie dziś przyszła. Z perfumami, których poszukiwałam jakieś dziesięć lat. Jutro się nimi wypsikam i powłóczę do pracy, zostawiając za sobą smugę wyrafinowanej kobiecości.

środa, 14 października 2009

reklama dźwignią handlu, znaczy się?

Na pytanie zadane respondentom przebywającym mniej lub bardziej w moim towarzystwie, czy ktoś wczora z wieczora obejrzał "Pora umierać", usłyszałam, że nikt. N I K T.
N jak natka pietruszki.
I jak ikona mody.
K jak którędy do Kielc.
T jak trudno, to nic.


Oglądajta se nadal Dżona Travoltę w Taxi Szesnaście, mecze piłki plażowej Ryga-Baku oraz Słowo na niedzielę (we wtorek zwłaszcza). Albo choć M jak miłość śledźcie, jak i ja śledzę.
Luuudzie, co tam się porobiło. Długo nie oglądałam, a tu Sylwia z poparzeniem szóstego stopnia w szpitalu, Kinga z dzieckiem w scenerii nadmorskich łabędzi, jeden z bliźniaków tarza się po trawie z małoletnią barmanką a Marek zdradza Hankę, dając jej w zamian naszyjnik.


Skoro tak przy telewizji jestem, to mam znajomego. Baaardzo ostatnimi czasy medialnego. I to, co on wyprawia na pewnym portalu społecznościowym celem zjednania sobie sympatii szurniętych licealistek, to już zakrawa na niezdrową desperację. Trąci mi to retoryką Edzi Górniak i ogólną miłością do świata z takim mniej więcej przekazem: Kochani moi, dzięki Wam istnieję i doprawdy nie wiem, cóż ja bym uczynił bez Was. Zjadłem na kolację parówki berlinki z keczupem pudliszki, ale nawet w tak trywialnej czynności byłem z Wami, wiedząc, że i Wy jesteście ze mną.


I wypisuje z wypiekami na policzkach, ufny, że swobodnie pływa w kryształowym basenie komunikacji, o ja pier****, społecznej.


A taki fajny koleś z niego.
Był (?)


 

wtorek, 13 października 2009

ciepłe, kraśne skarpetki babcinej robótki ręcznej chyba.

Jeśli dziś kto słyszał bądź czytał bądź widział w telewizORZE pierwszą tego roku śnieżycę w Polsce to to transmisja ode mnie była. Na żywo. Luuudzie. Jak zawiało i sypło, to mi naleciało puchu za kołnierz jesiennej katany dżinsowej i nawet postawiony na sztorc kołnierzyk nie pomógł. Raczę się teraz zwykłą herbatą ze zwykłą cytryną.


A w pracy to albo jest poważnie, bo przed poważną imprezą, albo śmiesznie, bo TUŻ przed poważną imprezą i już wiadomym jest, że się z czymś nie zdąży. Dziś na ten przykład przyszedł do nas w interesach kulturalnych pan pewien. Oto obrazek:


Biuro. Ja i kilka innych osób wmieszanych w dialog. Wtem dostaję od stażysty siedzącego tuż obok SMS o treści:


Spójrz na skarpetki tego pana. Z pewnością muszą być ciepłe.


Jak żem parskła, tak pod pozorem zakrztuszenia się śliną, resztę wizyty pana spędziłam w sali muzycznej. 


 

sobota, 10 października 2009

bezpuencie.

Jestem już w takim wieku, że niewiele mnie w życiu dziwi. Ani ta szopka wokół PO, ani ta wokół gdańskiej stoczni, ani ta wokół Baracka noblisty.


Wizyta u pani kosmetyczki zaowocowała idiotycznym wzorkiem na paznokciach, przez co wyglądam obecnie jak panna z neonowego klubu disco zaadoptowanego w podmiejskiej remizie. To się wyyytnie (a raczej zamaluje) - jak mawiają raperzy znad Wisły czy tam hip-hopowcy znad Oki.


A'propos oka to tuż nad ta sama pani wyrwała mi kilka zbędnych włosków, przez co wyglądam jak niegdyś Linda Evangelista. Ta długonoga piękność, o pięknie której toczyli spór specjaliści od piękna. Miała za sobą parę afer oraz epizod w teledysku Dżordża Majkela. Teraz to nawet nie wiem czy jeszcze żyje. Ona, nie Majkel. Bo póki co, pewnikiem jest, że nie żyje Dżekson.


O czym to ja chciałam...


Acha, o mężczyznach. Boję się ich, mówiłam już kiedyś? Z biegiem czasu, coraz mniej rozumiem, z tendencją do wcale. Rośnie między nami przepaść. Ja za dużo myślę - oni za mało mówią. Ci nowo poznani mają coś z głową i mocno odbiegają od moich ustawowych ram, ci starzy podobnież mają coś z głową i w ramach też przestają się mieścić. W ten sposób moje życie emocjonalne jest w stanie permanentnej rozpierduchy.


Jeśli zaś chodzi o moje życie służbowe to dostałam premię od derektora mego oraz całkiem cucącą zjebkę od pani sprzedającej zasłony, które to zasłony nasza firma zanabyła 6 sierpnia 2009 r. i do tej pory nie uregulowała należności w kwocie 890 zł. Zważywszy, że ja się param, że tak powiem kulturą, a nie księgowością, co też usiłowałam pani wyklarować via telefon, to brzmiałam mało wiarygodnie w zakresie finansów.


Acha, mialo byc o mezczyznach...  

wtorek, 6 października 2009

afera nie-biżuteryjna tym razem.

Po dworze pląta się wczesna jesień, co mnie popycha do refleksji wszelakich o życiu, nie_życiu oraz rzyci. Żeby nie było - dobrze jest. Bardzo nawet. Wszystko idzie zgodnie z planem A, przez co nie muszę uruchamiać lądowań awaryjnych, po których zwykle mam bóle głowy i łupanie w karku.


Moje nowe dwie bluzki okazały się pudłem: jedna w kolorze, rzekomo, brudnego różu w istocie jest prozaicznym różem majtkowym, druga mnie uwiera w biuś-cie, co oznacza, że chyba była szyta dla coccodrillo czy innego happy kids.


W sprawie polityki to powiem tylko tyle, że XVIII wieczna afera naszyjnikowa wydaje mi się znacznie bardziej ciekawa niźli obecna afera hazardowa. Bo i romas tam był, i pożądanie, i intryga.


Chociaż nie, na naszej arenie też jest uwodzenie. Wszak panią Becię Sawicką uwiódł mężczyzna, o którym oskarżona w sądzie powiedziała: "Przystojny był. Miły. Miał takie ładne białe zęby". Ahahaha.



Oby tylko ta nasza polska afera ze Schetyną w tle nie zakończyła się rewolucją ;]