O mnie

Moje zdjęcie
ja, baba z baby, czyli matrioszka. słucham jazzu. dla animuszu. wchłaniam literaturę. wziewnie. piszę. oraz fotografuję. subtelno-zachłannie. na przemian, albo przemiał. projekt FOTOszeptów dojrzewał w mojej głowie bardzo długo. powstał o czasie koloru turkusowego, kiedy zrozumiałam, że słowa piętrzące się we mnie są równie ważne jak obrazy wokół.

wtorek, 29 grudnia 2009

westchnienia poświąteczne.

Muszę urodzić rodzicom kilka wnuków, bo coraz mniej wokół nas dzieci, co z kolei napawa smutkiem. Albo choć kilka yorków bez rodowodu (bo taniej) zanabyć, co hałasu narobią i zjadłszy plasterek grubo krojonej szynki, rozboli je brzuch i wszyscy będą nad nimi kwilić bezradnie.


W szopce przy choince oprócz bożej rodziny i zwierząt parzystokopytnych mamy króli. Sześ-ciu. Bo mama kupiła 2 komplety. W promocji były.


W drugim dniu nieco sponiewierał mną gin z tonikiem, przez co niedzielę miałam mglistą percepcyjnie.


Byłam też po raz pierwszy na lodowisku, gdzie nie obiłam sobie dupy tylko dlatego, iż zaryłam kolanami. I proszę mi nie wmawiać, że jak sie umiii na rolkach to sie umiii na łyżwach, bo TO TO samo. Otóż To nie To samo, mili Państwo i nie dajcie się na TO nabrać. 


Na sylwestra nie mam jeszcze kreacji ani pomysłu na tęże. Cekiny chyba pójdą w ruch wraz z brokatem dwubarwnym i taka kiczowata wkroczę w 2010.


Mróz znów nadciąga.
Ponoć.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

[...]

nad nami śmieszność i zawzięte słowa
- perony? panie jakie perony? pociąg do ludzi pustawy przemyka się ranem
i une tu nie stawajo.

środa, 23 grudnia 2009

przysięgi i inne dyrdymały, co się literatki imały.

Z powodu, że idą święta, to ja mam kilka uwag organizacyjno-spostrzegawczych.


1. Przysięgam na wszystkich świętych tureckich, że prezenty podchoinkowe w następnym roku kupię już w okolicach wakacji.


2. Podczas doboru podarków, zaopatrzę się uprzednio w sensowną listę potrzeb bliskich, by potem nie latać jak opętana po wszystkich sklepach, łącznie z gospodarstwem domowym oraz narzędziowym.


3. W trakcie czynienia zakupów podchoinkowych kierować się li i tylko dobrem obdarowywanego, eliminując tym samym zachowania egoistyczne, które nakazują kupić sobie jeszcze jedną bluzeczkę tudzież paseczek do kolekcji. 


4. W slalomie między półkami starać się nie strącać eksponowanego asortymentu, bo utrudnia to pracę pań sprzedawczyń wystarczająco już wk*** na cały ten nasz konsumencki światek.


Tyle przyrzeczeń solennych, teraz czas na menu.


1. Kutia
2. Śledzie w śmietanie
3. Śledzie w ... no takie z cebulą parzoną i ze solą
4. Kompot z suszu
5. Uszka
6. Pierogi z kapustą i grzybami


Reszta jutro.


Muszę wrócić do zakupów, bo mnie się przypomniał jeszcze jeden dość ważny punkt.


5. Zakupiwszy prezent maminie, nie zostawiać go bezmyślnie u koleżanki, co to ma na głowie przeprowadzkę plus wór wypchany ponczo-płaszczem, którego nie można odebrać nim zabłyśnie pierwsza gwiazdka.


Ponadto mamy nową choinkę i kilka nowych gadżetów doń. Między innymi parę metrów zrolowanej organzy, na którą mamusia mówi orgazma i nijak nie idzie jej oduczyć. Jak poupychałam w nią (w choinkę, nie mamusię) kwiatki a'la gwiazda betlejemska to piękny mi wieniec wyszedł, tyle że mniej owalny.


Babci się podobał. A raczej podobała, bo o choince mowa. Do tego stopnia podobała, iż babcia postanowiła udać się do domu własnego celem przeorganizowania swojego drzewka na naszą stylistykę. Daliśmy jej szpic, bo nowy mamy, choć ja chciałam bez.


Odpukać, do tej pory nikt mi nie posłał drogą SMS-ową smacznej kiełbachy, śniegu po pachy i innych rzewnych rymowanek, po których mam poważne dylematy natury społecznej w konfiguracji nadawca - odbiorca.


A'propos społeczności, to jedną bardzo cenną znajomość już odkopałam. Na dniach zamierzam odkopać resztę. Potem zbiorę to wszystko do kupy i popełnię fotoesej lub choć felieton o moich nieumotywowanych alienacjach.

niedziela, 20 grudnia 2009

brrrrrr.

Leżę w łóżku. Odziana w podkoszulek w kolorze spranego beżu oraz we wściekle różowe skarpetki wełniane babcinej roboty. Przez weekend wymarzłam się bowiem jak Azor przy budzie, jak bezdomny w Katowicach, jak interwencyjny robotnik drogówki. Tak mniej więcej.


Bo aura aurOM, a imprezę dwudniowOM plenerowOM w grudniu trza było wyczarować. Bo taki sektor publiczny. Bo lud chce rozrywki. Choćby przy osiemnastu gradusach na minusie.


Grzaniec góralski oraz grzaniec starotoruński pomagał, nie powiem i polecam. Z pomarańczOM. Ubiór na cebulę chyba niewiele zdziałał i krępował ruchy, więc nie polecam.


Stopy mi pachnOM piernikiem. Dłonie imbirem. A kołdra owcami.


Z juhaskim pozdrowieniem,


hej!


beeee :>


 

środa, 16 grudnia 2009

ogłoszenie matrymonialne.

Mamusia w sposób niedosłowny daje mi do zrozumienia, że na mnie już pora... gromadzi mi toteż posag.
Na stanie mam szejker oraz taką miskę wielofunkcyjną, co się nazywa tajemniczo Liliana. Oba produkty z domokrążnej firmy, co robi prezentacje, daje skosztować wgapionym jak szpak w pięćdziesiąt groszy kurom domowym, po czym wciska michy aż miło. No i mamie wciśnięto. Wraz z gratisem w postaci przepisu na ptasie mleczko.


Dziadziuś mój (świętej pamięci) też za żywota postanowił zadbać o moją przyszłość, kupując drogą podobną, co mamusia gary ze stali nierdzewnej, szlachetnej, z pięcioma dnami pewnej szwajcarskiej firmy, za które wywalił chyba ze sześć emerytur. Jakoże to również prezent weselny - nie dostałam go do rąk własnych, bo wiadomym jest, że literatka to panna. Podstarzała zasadniczo. I we welonie po ślubnym kobiercu jeszcze nie stąpała.


Mam też kołdrę plus dwie poduszki plus kapę. Ale nie, że pierzynę ze wsypem z piór gęsich, co jak się ją naciągnie pod brodę, to się jest przykrytym samą poszwą, bo całe opierzenie ptactwa idzie w nogi. Nie! Mam zestaw z ekologicznych, antyalergicznych merynosów norweskich, proszę Papaństwa, jeno używać go nie mogę z powodu jak wyżej.


Zima idzie. Zimno pod kołdrą. Szukam męża.


Mąż nie może być cudzy ;> 

piątek, 4 grudnia 2009

za co kocham moją rodzinę.

Za to, że w ciągu kilku godzin potrafią wykonać setki wzajemnych telefonów celem zebrania się w kupę, by pojechać 500 km na pogrzeb.


Zmarł mi wujek. Ogniwo od strony Dziadka. Góral z krwi i kości. Dużo mówił, dużo pił. Gdy pił, mówił niewyraźnie. Hulaszcza postać. Jak wszyscy od nich. Pamiętam, że na wesele kuzynki jechaliśmy busem z pijanym komendantem policji, jego kolegą po fachu. Wszyscy, o dziwo, przeżyli.


I czereśnie pamiętam.
I altanę wytrzeźwień pod lasem.
I całą Habalinę.


W niedzielę powspominają go nad tłustym rosołem. Wypiją wiadro wódki. Wszyscy zgodnie stwierdzą, że zmarł na wylew.


 

wtorek, 1 grudnia 2009

noszę kalosze.

Bliskie mi 12-letnie dziewczę w takież to opisy przyozdabia swój profil na jednym z portali społecznościowych: "Nigdy mnie nie kochałeś, zbędne nadzieje mi dawałeś :[".


Yyy, porozmawiać z dziewczęciem? Porozmiawiać z mamą dziewczęcia? Z nikim nie rozmawiać, tylko zająć się szydełkowaniem szalików na zimę? Bo nadciąga. Ta zima.


Ponadto przyszły dziś do mnie cztery butki, z czego w dwóch paraduję po pokoju i uśmiecham się to do nich, to do siebie. Dziecięca radość. Niczego więcej. Żadnych innych oczekiwań klimakteryjnych.


Natenczas.

poniedziałek, 30 listopada 2009

dedykacyj-nie.

Witkacy w jednej ze swoich sztuk powiedział:
"Ukorz się, dobrze ci to zrobi na mózg".


Żywię toteż nadzieję, że tak się stało w przypadku pana X (bo nigdy nie raczył się kulturalnie przedstawić), który łatając osobiste kompleksy w zjadliwych komentarzach*, podreperował zwoje własnego mózgu.


Na zdrowie. 


__________________


Ponadto jak na poniedziałek, czyli innymi słowy pierwszy dzień tygodnia, czuję się jakoś wyjątkowo umęczona, że aż strach pomyśleć, cóż dalej ze mną będzie.


Jedynie przy życiu trzyma mnie wizja przesyłki, którą to wkrótce przytaszczy mi kurier pod wąsem.
Będą w niej butki. Cztery butki. Niepoważne butki :) 


__________________


* ten wybitnie popisowy usunęłam, bo mój cyrk, moje małpy, tylko klaun okazał się intruzem.

piątek, 27 listopada 2009

"żeby nie bolało" Marcela Łozińskiego.

Od tego filmu zacznę moją studencką kategorię. Nie przypadkowo zresztą...

"Żeby nie bolało" odpowiada niezwykle prosta, wyciszona, łagodna kobieta o męskich rysach. "Tak żyć, żeby nie bolało" - mówi Urszula Flis, bohaterka dokumentu Łozińskiego.

Czyż jej maksyma nie powinna być busolą dla wielu ludzi? Czyż nie powinno się jej cytować tak, jak cytuje się Twardowskiego, Kołakowskiego czy Norwida?

Bo cała siła tej kobiety, która zdecydowała się na wiejskie życie wśród kłosów żyta i zwierzyny domowej, tkwi właśnie w prostocie. Prostocie przeplatanej fikcyjnym światem książek, do którego bohaterka ucieka w samotne wieczory. Ucieka, alienuje się, chadza po gościńcach Anny Kareniny, karmi się innym, może lepszym życiem po to, by rano znów wrócić do swojego rytmu. Nie, ona nie tkwi w ułudzie. Nie oszukuje się. Nie epatuje apoteozą wiejskiej sielanki niczym Janek Kochanowski. Ale jest świadoma. Mocno świadoma własnych ścieżek.

I można by wywody snuć nad szczęściem czy nieszczęściem bohaterki. I wytaczać coraz cięższe argumenty nad winą wścibskiej dziennikarki, usiłującą bezopardonowo ciągać kobiecinę jak kozę na postronku. I celować z magazynku pełnego oskarżeń.

Tylko po co?

Bohaterka czerpie z kultury tyle, ile potrzebuje. Dobrze jej z tym osobistym dozownikiem. Prawdopodobnie jest też szczęśliwa. Bogata wewnętrznie i zapuszczona fizycznie.

Taki jej urok.


________________________

Film jest trudno osiągalny, ale jeśli ktoś z Was będzie miał możliwość zderzenia się z nim, to polecam. Warto poświęcić mu zegarową godzinę. By...

wtorek, 24 listopada 2009

to może teraz o ogórkach? ;>

Według niektórych mych Cerberów gracianych pytajnik o kapustę był totalnie bez kontekstu, przez co nie bardzo wiedzieli, co autor, czyli ja, miał na myśli. Druga reakcja to ubaw. Trzecia to usilne wyszukanie tego cholernego podtekstu. Bo skoro we wcześniejszym wpisie nalatuję na facetów, to w kolejnych powinnam się konsekwentnie trzymać ram i jechać z koksem dalej.


No i zasadniczo to mogłabym, bo i mam w tej tematyce (z racji słusznego wieku) tyle samo doświadczeń, co i daleko idących wniosków, tylko ostatnio wyczytałam w jakimś uczonym artykule pióra pociotków Freuda, że gdy się intensywnie myśli o czymś tuż przed snem, to to się przyśni.


Więc Państwo pozwolą, że ja pomyślę o niespożytym do tej pory bożolę, mimo iż świecka tradycja od kilku lat nakazuje, by spożywać. Może nadrobię wszystko we śnie, gdzie sakramencko pijana odtańczę kankana. I aby do rana.


Acha, a w gościach nocną porą potraktowałam paznokcie lakierem, który w świetle dziennym okazał się różem nad różami, przez co połowę zajęć przesiedziałam, trzymawszy dłonie pod dupOM.

piątek, 13 listopada 2009

"trzy kobiety".

Ostatnio przebywałam z Trzema Kobietami.
Nie dosłownie.
O film mi bowiem chodzi. Altmana.


Nakarmiłam się psychologią maczaną w przedziwnym enigmatyczno-erotycznym kotle, gdzie nigdy nic nie wiadomo...


Złota myśl tegoż dzieła: Unikać szemranych mężczyzn.


Więc unikam.

wtorek, 10 listopada 2009

nie wiem kiedy i gdzie

skradziono mi wyobraźnię.


Co z tego, że używana była, skoro w dobrym stanie.


Rysopis? Panie Władzo (lub też Władzio), a bez zbędnej biurokracji się nie da?


Podpisać? Czytelnie? Tuż pod tekstem?


Apsik. Na zdrowie. Tak, kicham.


Na wszystko.  

czwartek, 5 listopada 2009

ave PKO BP, czyli tak powinno być w każdym banku?!

Dziś mogłam zginąć w dwóch całkowicie odmiennych okolicznościach przyrody:


1. Bo sama poruszałam się po mieście powiatowym autem. Korki, objazdy, bo ronda, ronda, bo objazdy, brak miejsc parkingowych, piesi, nie tylko na pasach.


2. Bo w banku (i tu nie zawaham się podać nazwy) PKO BP gotówkę w kwocie 20 tys. polskich złotych wypłacono mi klasycznie w okienku kasowym, na oczach wielu petentów stojących w kolejce za mną. Gdy zagaiłam uprzejmie, czy nie ma tu jakiegoś azylu do tegoż typu transakcji, usłyszałam, że nie TAKIE pieniądze ludzie tu wypłacają, a ponadto w banku jest ochroniarz. Zapytałam toteż, czy mogę tego ochroniarza wypożyczyć celem konwojowania mnie do drugiego banku, jednak starsza pani kasjer uznała to za żart, uśmiechając się do szeleszczących w maszynie liczącej setek.


Matko, co za chory kraj!


Ze szczęścia, że nie zaciukał mnie w jakiejś obskurnej uliczce równie obskurny Cygan na kacu, co to obserwował mnie już w holu obsługi klientów indywidualnych, zanabyłam drogą kupna golfik.
Zielony z białymi lnianymi bufiastymi mankietami w anglikańskim stylu.


O!

poniedziałek, 2 listopada 2009

dzisiejszą notkę sponsoruje vratizolin.

Jezuuu, jakam chora była. Gorączka, dreszcze, opryszczka. Standardowa kolej rzeczy w literatkowym wydaniu grypowym. Do tego poowiewało mnie na cmentarzach, przez co zimno na połowie górnej wargi zamiast zmaleć, powiększyło rozmiary.


Nim się tam jednak znalazłam, to w stolycy byłam. Nic nie zwiedziłam z powodów wiadomych, toteż nadal pojęcie o syrence i innych wazach mam zielone, z przewagą bladego.
Metrem się jeno karnęłam, gdzie na małych ekranikach leciały wiadomości, z których to dowiedziałam się o ukraińskim wirusie. Aaaaaa!!!


Mam też za sobą kierowanie sporym samochodem osobowym oraz potyczkę na linii kobieta - mężczyzna, bo, i tu cytat, "istnieje coś takiego jak redukcja biegów".
Nie redukcja etatu sekretarki, nie redukcja zmarszczek, a redukcja biegów.
Poważnieeee? To ci nowina ;P


A teraz to już uczyć się idę, bom studentka, tak?


 

piątek, 30 października 2009

"w strasznych mieszkaniach strasznie mieszkają straszni mieszczanie"?

Mimo łzawień ocznych i kataru po brodę polazłam do teatru. Współczesnego teatru. Na kapitalną sztukę o enigmatycznym i lakonicznym tytule "Napis".
Polecam. Polecam. I jeszcze raz polecam!


W windzie ktoś wyrył obraźliwy napis "Lebrun = ch..". Rzeczony i obrażony publicznie pan Lebrun wszczyna śledztwo wśród sąsiadów...


Mieszczański landszafcik ulokowany w paryskim kanapowym pokoju. Trzy małżeństwa w prześmiewczych, przerysowanych, quasi-intelektualnych dialogach. Hasła-klucze, nic nieznaczące slogany: alterglobalizacja, Internet i jego ludyczność, tabloidy, apoteoza młodości, macierzyństwo a tacierzyństwo, plotka i sztuczny lans.
Kowalewski na żywo identyczny jak w telewizorze, podobnież Lipińska. Niczym jak Sułek i pani Eliza. Oraz najbardziej sugestywny Michałowski.


Po spuszczeniu kurtyny aż chciałoby się zacytować Gogola: Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie.


I trochę smutna to prawda o nas samych, i karykaturalna.
Niemniej prawda ;)


Polecam. Polecam. I jeszcze raz polecam!
Mówiłam już? ;>

czwartek, 29 października 2009

pozdrowienia i inne wyrazy od Zygmunta III Wazy.

Zasadniczo rzecz biorąc, jestem w gościach.
Zasadniczo rzecz biorąc, jestem chora jak jasna cholera!
W Warszawie.
A nawet w Legionowie.


Kicham, prycham i pocę się jak mysz w połogu.


Jak tak dalej pójdzie, nie ujrzę ani syrenki, ani łazienek, ani powązek, ani choć złotych tarasów.


Wrócę na swoją prowincję i nikt mi nie uwierzy, żem w stolYcy była. Z gorączką wrócę i opryszczką.


O!

poniedziałek, 26 października 2009

gaudeamus igituuuur.

Oczywiście, że nie przestawiłam zegarka.
Oczywiście, że wstałam godzinę wcześniej.
Oczywiście, że wszyscy wiedzieli, tylko jakoś nie ja!


W efekcie miałam trudności ze zdobyciem kawy oraz godzinne czekanie na wydziale pewnej uczelni, gdzie od miesiąca pobieram nauki.


Tak, odbiło mi do reszty i zapisałam się do szkoły.


Inauguruję zatem nową kategorię w życiu mem rozmaitem:


Literatka znów na uniwersytecie, czyli nie miała baba kłopotu, kupiła se prosię.


 

piątek, 23 października 2009

brawa dla polityki googlowej! gromkie i niecichnące.

Historia oto:


Od wczoraj dywagowałam nad nowym mailem, jaki przyszło mi założyć w celach poważno-służbowych.
W fazie pierwszej szukałam odpowiedniego dla siebie portalu (wiedziałam, że nie może to być gazeta.pl, bo cały interfejs nieszczególnie do mnie przemawia i wchodzę tam raz na miesiąc chyba).
Po odwiedzeniu miliona for, postawiłam na gmail.com.
Faza druga dotyczyła loginu. Bo wszak nie można się nazywać służbowo pusta_literatka, tak?
Na tym zeszła mi cała noc plus połowa dnia, po czym się zdecydowałam na klasykę gatunku takowych maili.
Założyłam, poszalałam z motywami, poustawiałam wszystko po kątach i wówczas wyszło, żem literkę zjadła w nazwisku, które się pojawia obowiązkowo jako sygnatura.
Zmian dokonać nie potrafiłam, toteż wspaniałomyślnie usunęłam całe konto z luzackim przeświadczeniem, że za moment założę takie samo.


Wybrany login jest zajęty - ujrzałam.


Nitką do kłębka wyszło, że słuszna polityka prywatności google nie tworzy nazw kont skasowanych. NIGDY!


Szkoda, że w innych przypadkach (zdjęcia, picasa) nieszczególnie o tę anonimowość dbają, ale niech im będzie! Jeszcze trochę, a tak sobie zawężą pole manewru, że trza się będzie nazywać: matylda1234567890, bo wszystkie inne okażą się zajęte!


Mimo iż wolne!


Z poważaniem,


nieszczesliwie.bezloginowa.1234567890@gmail.com


_____________________


1. Bemol odzyskał rezon po muzykoterapii pt. "Śpiewy delfinów w kanonie".


2. Namiary na inne konta pocztowe mile widziane.

czwartek, 22 października 2009

Bemol w tonacji mollowej.

Pamiętacie Bemola?
Znów podczas przemieszczania go w sitku kuchennym z kuli do słoika nastąpiło wysmyknięcie się go i niebezpieczny upadek na podłogę, na której wykonywał nerwowe ruchy, gdy usiłowałam go złapać. Oburącz.


Teraz, gdy ma już zmienioną wodę, pełną schludność i harmonię, to nie chce jeść kulek oraz wykazuje małe zainteresowanie otaczającym go światem.


Czy on się potłukł?
Czy jego coś boli?
Czy mam mu wkruszyć nurofen forte?

poniedziałek, 19 października 2009

"tam bym chciała damą być, ach damą być, ach damą być i na wyspach bananowych dyrdymały śnić"

Trzy dni spędzone w butach na obcasach, z czego jeden, bo tak wypadało, spowodował nagniotki i śladowe opuchlizny w okolicach mego śródstopia oraz umocnił w przekonaniu, że damOM to ja nigdy, k****, nie BEDE.


No nic, pozostały mi baleriny tudzież botki, no i wygląd trzpiotki ;>


Kim więc będę? Kim jestem? Dokąd zmierzam? Yyy, dobra, koniec żartów i nadętej filozofii życia. Nałykałam się ostatnio Kołakowskiego, to mi odbija i myślę, żem mądra.


Z soboty na niedzielę jadłam OBIAD kilka minut przed północą. Smaczny był, zwłaszcza marchewka z cebulą, śmietaną i tymiankiem. Właśnie! Gdybym porodziła syna, a najlepiej dwóch prawie że naraz, to mogłabym ich nazwać Tymianek i Podbiał. Oryginalnie. Z pewnością mieliby masę przygód już od przedszkola.


Z soboty na niedzielę utoczyłam sporo babskich rozmów, przez co z niedzieli na poniedziałek śniło mi się, że Aga była na okresie próbnym menadżerką DODY i musiała strasznie szybko zmieniać jej pióropusze między jedną piosenką a drugą. Stresowałam się razem z nią, bo to mój pomysł był. Z tą pracą.  


I paczka do mnie dziś przyszła. Z perfumami, których poszukiwałam jakieś dziesięć lat. Jutro się nimi wypsikam i powłóczę do pracy, zostawiając za sobą smugę wyrafinowanej kobiecości.

środa, 14 października 2009

reklama dźwignią handlu, znaczy się?

Na pytanie zadane respondentom przebywającym mniej lub bardziej w moim towarzystwie, czy ktoś wczora z wieczora obejrzał "Pora umierać", usłyszałam, że nikt. N I K T.
N jak natka pietruszki.
I jak ikona mody.
K jak którędy do Kielc.
T jak trudno, to nic.


Oglądajta se nadal Dżona Travoltę w Taxi Szesnaście, mecze piłki plażowej Ryga-Baku oraz Słowo na niedzielę (we wtorek zwłaszcza). Albo choć M jak miłość śledźcie, jak i ja śledzę.
Luuudzie, co tam się porobiło. Długo nie oglądałam, a tu Sylwia z poparzeniem szóstego stopnia w szpitalu, Kinga z dzieckiem w scenerii nadmorskich łabędzi, jeden z bliźniaków tarza się po trawie z małoletnią barmanką a Marek zdradza Hankę, dając jej w zamian naszyjnik.


Skoro tak przy telewizji jestem, to mam znajomego. Baaardzo ostatnimi czasy medialnego. I to, co on wyprawia na pewnym portalu społecznościowym celem zjednania sobie sympatii szurniętych licealistek, to już zakrawa na niezdrową desperację. Trąci mi to retoryką Edzi Górniak i ogólną miłością do świata z takim mniej więcej przekazem: Kochani moi, dzięki Wam istnieję i doprawdy nie wiem, cóż ja bym uczynił bez Was. Zjadłem na kolację parówki berlinki z keczupem pudliszki, ale nawet w tak trywialnej czynności byłem z Wami, wiedząc, że i Wy jesteście ze mną.


I wypisuje z wypiekami na policzkach, ufny, że swobodnie pływa w kryształowym basenie komunikacji, o ja pier****, społecznej.


A taki fajny koleś z niego.
Był (?)


 

wtorek, 13 października 2009

ciepłe, kraśne skarpetki babcinej robótki ręcznej chyba.

Jeśli dziś kto słyszał bądź czytał bądź widział w telewizORZE pierwszą tego roku śnieżycę w Polsce to to transmisja ode mnie była. Na żywo. Luuudzie. Jak zawiało i sypło, to mi naleciało puchu za kołnierz jesiennej katany dżinsowej i nawet postawiony na sztorc kołnierzyk nie pomógł. Raczę się teraz zwykłą herbatą ze zwykłą cytryną.


A w pracy to albo jest poważnie, bo przed poważną imprezą, albo śmiesznie, bo TUŻ przed poważną imprezą i już wiadomym jest, że się z czymś nie zdąży. Dziś na ten przykład przyszedł do nas w interesach kulturalnych pan pewien. Oto obrazek:


Biuro. Ja i kilka innych osób wmieszanych w dialog. Wtem dostaję od stażysty siedzącego tuż obok SMS o treści:


Spójrz na skarpetki tego pana. Z pewnością muszą być ciepłe.


Jak żem parskła, tak pod pozorem zakrztuszenia się śliną, resztę wizyty pana spędziłam w sali muzycznej. 


 

sobota, 10 października 2009

bezpuencie.

Jestem już w takim wieku, że niewiele mnie w życiu dziwi. Ani ta szopka wokół PO, ani ta wokół gdańskiej stoczni, ani ta wokół Baracka noblisty.


Wizyta u pani kosmetyczki zaowocowała idiotycznym wzorkiem na paznokciach, przez co wyglądam obecnie jak panna z neonowego klubu disco zaadoptowanego w podmiejskiej remizie. To się wyyytnie (a raczej zamaluje) - jak mawiają raperzy znad Wisły czy tam hip-hopowcy znad Oki.


A'propos oka to tuż nad ta sama pani wyrwała mi kilka zbędnych włosków, przez co wyglądam jak niegdyś Linda Evangelista. Ta długonoga piękność, o pięknie której toczyli spór specjaliści od piękna. Miała za sobą parę afer oraz epizod w teledysku Dżordża Majkela. Teraz to nawet nie wiem czy jeszcze żyje. Ona, nie Majkel. Bo póki co, pewnikiem jest, że nie żyje Dżekson.


O czym to ja chciałam...


Acha, o mężczyznach. Boję się ich, mówiłam już kiedyś? Z biegiem czasu, coraz mniej rozumiem, z tendencją do wcale. Rośnie między nami przepaść. Ja za dużo myślę - oni za mało mówią. Ci nowo poznani mają coś z głową i mocno odbiegają od moich ustawowych ram, ci starzy podobnież mają coś z głową i w ramach też przestają się mieścić. W ten sposób moje życie emocjonalne jest w stanie permanentnej rozpierduchy.


Jeśli zaś chodzi o moje życie służbowe to dostałam premię od derektora mego oraz całkiem cucącą zjebkę od pani sprzedającej zasłony, które to zasłony nasza firma zanabyła 6 sierpnia 2009 r. i do tej pory nie uregulowała należności w kwocie 890 zł. Zważywszy, że ja się param, że tak powiem kulturą, a nie księgowością, co też usiłowałam pani wyklarować via telefon, to brzmiałam mało wiarygodnie w zakresie finansów.


Acha, mialo byc o mezczyznach...  

wtorek, 6 października 2009

afera nie-biżuteryjna tym razem.

Po dworze pląta się wczesna jesień, co mnie popycha do refleksji wszelakich o życiu, nie_życiu oraz rzyci. Żeby nie było - dobrze jest. Bardzo nawet. Wszystko idzie zgodnie z planem A, przez co nie muszę uruchamiać lądowań awaryjnych, po których zwykle mam bóle głowy i łupanie w karku.


Moje nowe dwie bluzki okazały się pudłem: jedna w kolorze, rzekomo, brudnego różu w istocie jest prozaicznym różem majtkowym, druga mnie uwiera w biuś-cie, co oznacza, że chyba była szyta dla coccodrillo czy innego happy kids.


W sprawie polityki to powiem tylko tyle, że XVIII wieczna afera naszyjnikowa wydaje mi się znacznie bardziej ciekawa niźli obecna afera hazardowa. Bo i romas tam był, i pożądanie, i intryga.


Chociaż nie, na naszej arenie też jest uwodzenie. Wszak panią Becię Sawicką uwiódł mężczyzna, o którym oskarżona w sądzie powiedziała: "Przystojny był. Miły. Miał takie ładne białe zęby". Ahahaha.



Oby tylko ta nasza polska afera ze Schetyną w tle nie zakończyła się rewolucją ;]

środa, 30 września 2009

po prostu persen.

Ponieważ pierwszy raz w życiu połknęłam tabletkę uspokajającą - postanowiłam ten fakt zaznaczyć w moim osobistym pamiętniczku ;) Jeszcze nie wiem, jak się czuję, tymbardziej nie wiem, jak czuć się powinnam. Ani mnie ona nie uspała, ani mnie ona nie pchnęła do demolki własnego pokoju czy też ogródka sąsiada.


Spokój mam. Luz jakiś taki odśrodkowy.


Phi.

czwartek, 24 września 2009

by.

Mnóstwo spraw niepozałatwianych.
Ostatnie godziny, by zadecydować, by dokonać wyboru, by zamknąć.
Czyli by otworzyć.
Choć jedne drzwi.


W gruncie rzeczy. Albo w rzeczy samej.

wtorek, 22 września 2009

w ostatnim czasie.

W ostatnim czasie kilka osób dość poważnie mnie zaskoczyło. Negatywnie zaskoczyło dla jasności. Ale w sumie nie ma o czym mówić - wszak sama siebie też potrafię równo zdziwić, więc nad czym tu deliberować.
Życie...


W ostatnim czasie uczę się bardziej ostentacyjnie wyrażać swoje emocje. Podejrzewam, że ciut przed siedemdziesiątką będę waliła ludziom prawdę prosto w oczy.
Budujące doprawdy.


W ostatnim czasie przebywałam w otoczeniu, w którym nie przebywałam dobrych parę lat. Nic się tam nie zmieniło. Ani martwe wnętrza, ani żywe postaci. Uśmiechałam się. Mimo pms-u i napier*** migreny. Uśmiechałam się.
Mimo.


W ostatnim czasie dostałam książkę pod tytułem "Smaki Turcji". Jak za rok dostanę w prezencie kapcie to się powieszę.
Na zeszłorocznych koralach.  

piątek, 18 września 2009

taki wiek.

1. Od tygodnia dość intensywnie rozważam pomysły podsunięte przez Was (jeszcze raz dzięki!), dorzucam do nich swoje, docieram do innych źródeł i gotuję to wszystko na parze w jednym wielkim kotle.


2. Nie do końca podoba mnie się nowa formuła bloxa. Póki co, jestem na NIE.


3. W zeszłym tygodniu byłam na ślubie, w tym tygodniu będę na chrzcinach.


4. Dialog przedstawiam sprzed kilku dni:


ja: Jutro chyba mama będzie robiła mi urodziny.


nie-ja: Nawet w TYM wiekuuu? 


No tak, w TYM wieku to się powinno obchodzić już tylko święto matki boskiej zielnej.

niedziela, 13 września 2009

CASTING 2.

Widzę, że weekendowa burza mózgów trwa. Wykorzystam to haniebnie i o jeszcze proszę ;) Bo w sumie bardziej mnie się o firmę rozchodzi: doradztwo stylistyczne i malowanie ryłek.


Moje typy to:


the-kadencja stylu


stylistyczne inspi_racje


ob_sesje


art pod_szepty


manufaktura stylu


__________________________


Wasz ruch ;] <dygnęła w podzięce>

piątek, 11 września 2009

CASTING.

Ja wiem, że pewnie wszyscy tu zaglądający żyją weekendem. Siedzą podparci łokciami o biurka pracowe i z absolutnym znudzeniem snują się po blogowych stronicach.
Ja wiem, że większość ma juz przyszykowane karty czipowe, coby równo o 16 wybić się z zakładu na dobre.
Ja wiem, że w piątek nie należy od nikogo żądać kreatywności, ale ja po prośbie.


Ogłaszam konkurs na najciekawszą nazwę sklepu (firmy) z ubraniami i dodatkami. Styl bardziej wyszukany i maczany w art niźli bazaru pod ogródkami działkowymi "Kwitnąca Jabłonka".


Wstawki z Fashion NIEmile widziane ;]


Mile widziane natomiast zbitki wyrazowe i inne słów cięcia-gięcia.


Dla zwycięzcy przewidziana nagroda.
Duchowa ;P

czwartek, 10 września 2009

moralna lewatywa uczyniona?

Dziś powinnam napisać coś mądrego, ale mój umysł twierdzi inaczej i odmawia współpracy. Czuję się ani dobrze, ani źle. Nadal nie mam domu, męża, psa i dzieci, choć nocą śniło mi się posiadanie córeczki. Całkiej małej, cichej, w beciku po uszy. Taaa.

Zastój intelektualny mam pewnie przez to, iż nie oczyściłam organizmu. Za późno sie dowiedziałam, nad czym ubolewam, bo cokolwiek chłopaki grają, to inwencji twórczej im nie brak ;]

 Kupuję tę nazwę. Podobnież jak Kombajn do zbierania kur po wioskach.

wtorek, 8 września 2009

dziś dzień dobrych wiadomości.

Wyczytałam właśnie. Taka moda. W ogóle to tak się porobiło w tem naszem europejskiem kontynencie, że każdy dzień jest jakimś świętem. Dzień ziemi, strażaka, zakochanych, misia, spódnicy, spodni. Dzień bez papierosa, bez Internetu, bez samochodu, bez bzu... A możeby tak Dzień Bez Oddychania?


Zasadniczo więc powinnam tu napisać, że dostałam podwyżkę, albo że wygrałam wycieczkę do Oslo, albo że ocieliła mi się krowa. Ale nienienie. Jedyna wiadomość, jaka dziś do mnie przyszła, to drogą sms-ową na komórkę służbową:


Informujemy, ze z powodu braku platnosci w dniu 08.09.2009 nastapila blokada polaczen wychadzacych. Prosimy o wplate 64,69 zl na konto...


I jakby nie patrzeć, cały aspekt tej wiadomości jest dobry. Odcięli mnie od derektora i vive versa, bo my razem w pakiecie minutowym funkcjonujemy. Ta sama promocja, ten sam billing, pełna synchronia i symbioza. Do dziś.


Od dziś cisza jak na tafli jeziora. A derektor na urlopie :]


 

od torsji do rekrutacji, czyli przegląd tygodniowy literatki.

W ostatnim czasie się działo. Na przykład leżałam 4 dni w łóżku z grypą. Żołądkową. Więc często też nie leżałam, a biegałam. Pozycja pokutna - na kolanach. W ogóle to zaczęło sie od taty. On ci to zainaugurował wraz z rozpoczęciem roku szkolnego. Poczęstował mnie. Ja mamę. Ot taka rodzinna sztafeta.


Uczestniczyłam też w imprezie o charakterze folkowym. W roli śpiewaczki i wypisywaczki dyplomów (w tym jednego dla siebie). Tamże cieszyłam się braniem niemałym. Zwłaszcza u zalkoholizowanych dwudziestolatków. Pragnęli ze mną rozmów oraz tańców. Najlepiej wszyscy naraz.


Uczestniczyłam też w imprezie pracowej o charakterze... małopracowym. Była wódka, sałatki z majonezem, sałatki z oliwą, sałatki z kurczakiem oraz pepsi cola na zapitkę. Była swawola ruchowa na parkiecie w takt je-dy-nej płyty, jaką mieliśmy, bo nikt nie zabrał więcej, nie przewidziawszy wygibasów. Hit sprzed 3 (?) lat okazał się hitem naszej imprezy. KANIKUŁY mianowicie. Kojarzycie? I podczas owych KANIKUŁ(ÓW) jeden ze stażystów z(E)sunął się był z kilku schÓdków, niespodziewanie obijając sobie kość ogonową. Boli podobno do dziś.


Ponadto zostały mi cztery dni (aaaaa!) do podjęcia decyzji odnośnie mej edukacji, bowiem wymyśliłam sobie kolejne studia z cyklu NACOMITO. Analizuję, kminię, kalkuluję. Stąd te wahania i kluczowe z ludzkich pytań: co ja z tego będę miała? 


Wiedzę, kochana, wiedzę! I może odrobinę prestiżu - podpowiada szeptem prosto z trzewi moje alter ego. 
Reszta, jak wiemy, jest złudzeniem.


Oczywiście i poprzednie zdanie.

czwartek, 3 września 2009

i?

Zasadniczo to ja jeszcze nie wyczerpałam tematu Krakowa, bo nie powiedziałam o rzeczy najważniejszej. O kursie znaczy. O letniej szkole znaczy. O szkole artystycznej, do której chadzałam każdego popołudnia, gdzie pobierałam nauki w zakresie wizażu i stylizacji. I o ile z wykonanywaniem make-upów miałam już w swym życiu do czynienia, tak kurs z wizerunku przyniósł mi sporo wartości, ale też chaosu.


Po kolei.


Zapisałam się, bo mnie TO bawi i mam zamiar TO spożytkować jeszcze nie do końca wiem w jaki sposób.
Szkoła profesjonalna, wykładowcy również. Pan od malowania lic rzeczowy, gustowny, z własną ścieżką edukacyjną. Pani od mody to projektantka, wykładowca historii sztuki na ASP, babka wymagająca, rygorystyczna, kardynalna w poglądach, ale potrafiąca słuchać czyichś argumentacji. Słuchaczki to osiem baaaardzo zróżnicowanych dziewuch, z czego kilka pustych jak wydrelowane śliwki. Ot takie dziumdzie ceniące szybkie bmw na szosie i mieniący się brokat na powiece. Z tymi się nie zaprzyjaźniłam. Właściwie z nikim nie zawarłam przyjaźni, bo nie po to się tłukłam tam tyle kilosów.


Reasumując, poznałam historię mody od zarania dziejów, poznałam rozmaite kroje i fasony, struktury i barwy. Wiem, co to multiplikacja oraz czym tak naprawdę jest biznesklasa. Wiem, że skóra poszerza, a tafta się poci. Wiem, że żółty z granatem, ale biały nie z żółtym. Wiem, że nie jestem ani gruszką (na szczęście), ani też klasyczną klepsydrą (niestety). Wiem też, że typy kobiecej urody to tylko gazetowe szablony, które nijak się mają do rzeczywistości, bo większość z nas to typy mieszane.


Dużo się dowiedziałam, bardzo dużo, ale nie będę się tu teraz wymądrzać.


Faktem jest, iż poniosłam klęskę na gruncie osobistej analizy kolorystycznej.


Czemuż to, ach czemuż? Bo dlatego ponieważ że kolor BRONZOWY to w świecie fashion kolor NUDNY i NIJAKI.
A BRONZOWY to mój ulubiony, tak?
Czyli że przez 32 lata (słownie trzydzieści dwa lata) wiało ode mnie NUDOM jak od wyposzczonego baptysty!


Miło, zaprawdę!


Ale to nie koniec koszmaru z życia pustej_literatki ;]


Otóż wyjszło, że do twarzy mi w RÓŻU. Najlepiej bladym.


Oraz we FUKSJI.


I wobec faktów powyższych ja się zapytuję Państwa, jak żyć z taką wiedzą?
Jak RZYĆ? ;>

wtorek, 25 sierpnia 2009

krakowski knajping - fotorelacja.

1. Cafe Botanica na Brackiej.

Miejsce idealne na wymyślną kawę po południu. Miękka, mchowa, soczysta zieleń miesza się z surowością metalowych okuć i rozłożystego drzewa. Świetne zestawienie materii. Daje spokój. Ten wewnętrzny. A najfajniej siedzi się w otwartym oknie. I spogląda na ludzi.



2. CAMELOT w Zaułku Niewiernego Tomasza.

Taka trochę wrocławska Mleczarnia, tyle że mniej nadymiona, a właściwie to wcale. Drewniane podłogi z desek, schodki, przejścia, stare szafy, szafeczki, serwantki pełne bibletów, rzeźby aniołów. Ludycznie, przez co swojsko. W sam raz na wieczorne piwo z miodem. Odziać się w długą zwiewną kieckę, oblec w korale i nasłuchiwać nieruchomych gaździn ulokowanych na parapetach.



3. Cafe Magia przy Placu Mariackim.

Magicznie. Po prostu. Stonowane, wyraziste wnętrza w połączeniu z nieeleganckimi krzesłami, stołami, toaletkami pozbieranymi z przedwojennych domów. Kilka wygodnych sof, stylowy dziedziniec, gra świateł, mała, lecz treściwa biblioteczka. I tanie drinki z malibu. I pyszna czekolada z miętą.



4. Migrena Cafe na Gołębiej.

Miejsce najprostsze spośród wybranych, niemniej kameralne i przytulne. Genialnie nazewniczo! Tu byłam z Entropią lub uwentualnie z Kasją.pl. Ona twierdzi, że jej spokój jest złudny. Mnie urzekł. Mądra z niej kobieta. Humanistka z niemałą wiedzą ekonomiczną. I do kina chadza. Na nieogłupiające filmy. I oczytana jest. I ma fJoletowe ramiączka ;] I gania czasem po Zwierzynieckiej. Służbowo. Po cichu. Po wielkieeemu cichu.


niedziela, 23 sierpnia 2009

kraków - dzień drugi i kolejne.

Tłumy. Wszędy tłumy. Piesze wycieczki emerytów z Niemiec. Rowerowe wycieczki kolonistów z Mazur. Dużo mimów i gołębi. Kwiaciarki. Mickiewicz i jego naród. Słońce. Nachalne jak na warunki miejskie. Bezdeszczowa Bracka. Uliczki. Wśród uliczek wąskich niebezpieczne związki. Zabytek na zabytku. Wawel. Skarbiec. Wawel. Komnaty z portretami niepięknych księżnych. Wawel. Smocza Jama. Tłumy Japończyków. I Chińczyków. Żydowski Kazimierz usiany synagogami (każda z wstępem za 5 zł). I tu alarm ornitologiczny, prosto ze kazimierzowego słupa :]



piątek, 21 sierpnia 2009

kraków - dzień pierwszy.

Hostel na tapecie.


Okazuje się bowiem, że internet kłamie oraz kłamią właściciele stancji i innych przybytków turystów różnych maści. Piękne wielkie mieszkanie pociachane na kilka klaustrofobicznych klitek, gdzie mieści się ino łóżko, stolik i jeżdżąca na kółkach szafa ikeowska. Pokój utrzymany w klimacie burdelowym raczej, o czym świadczy pomalowana na czerwono ściana, różowy kinkiet i bordowe zasłony. Gdzieniegdzie wzorki orientalne, co nadaje klitce dalekowschodnich skojarzeń. Harem, gejsze, seks zbiorowy...
Kuchnia wspólna, przez to zapuszczona jak cygańskie dzieciny, łazienki podobnież, oczywiście w kolorach przybrudzonej fuksji.


Lokalizacja przy jednej z gwarniejszych ulic krakowskich, bo na Długiej. Auta, tramwaje, dorożki (niekoniecznie zaczarowane), śmieciarze, robotnicy ocieplający gmaszysko. Przy otwartym oknie sen ma tendencje przerywane, przy zamkniętym można się udusić.


Coś pięknego i niedrogo!


  

środa, 19 sierpnia 2009

taki Kraków to radykalna odmiana.

Więc tak. Wiem, wiem, zdania nie rozpoczyna się od więc, ale jakoś tak wyszło.


Jak wiemy, od paru dni przebywam w Krakowie. Zważywaszy, że wcześniej zaliczyłam dwa leniwe dni na wsi podwrocławskiej, gdzie nie robiłam absolutnie nic, za wyjątkiem degustacji dżinu z tonikiem i babskich pogaduch, taki Kraków to radykalna odmiana. Na tej wsi istniała obawa wybicia szamba, toteż myłyśmy się w misce głębokiej acz wąskiej, szorowałyśmy zęby, zbiorowo plując w urodzajną trawę kanadyjską właścicieli oraz tamże siusiałyśmy.


Normalnie przyspieszony kurs szkoły przetrwania dla dorosłych i wygodnickich panien.


Cudnie było. I dziewiczo.


Mimo iż bez dziewic.


Ale ja miałam o Krakowie, tak? No to szerzej o wrażeniach będzie kiedy indziej, bo teraz jakby nie mam czasu.


Jak wiemy, usilnie i wręcz desperacko potrzebowałam urlopu. Wyrwana z atmosfery małomiejskiej... taki Kraków to radykalna odmiana.


W dodatku ja tak naprawdę wcale nie jestem na urlopie, bo codziennie odbywam zajęcia z artyzmu (?), które to zajęcia sama sobie do-bro-wol-nie narzuciłam. Tak, wiem, jestem chora na głowę!


Toteż pewnikiem jest, że po powrocie znów zacznę produkować notki pod tytułem: URLOOOPUUU. PRAWDZIWEGO URLOOOPUUUU ;]

piątek, 14 sierpnia 2009

czwartek, 13 sierpnia 2009

nike z Samotraki.

Skłonność do burzenia całkiem estetycznych i mocno ugruntowanych budowli mam wpisaną chyba w charakter. Paskudny charakter egotyzmu, dyktatury i księżniczkowatości.


Znów zatem jestem jako ta Nike, która się waha. Nie wiem tylko, czy mam przed sobą szałas, dwukondygnacyjny domek jednorodzinny czy może coś na miarę koloseum. Czy gdy kopnę, rozleci się, czy niepotrzebnie złamię sobie nogę?


A może to wszystko po prostu obejść? I nie oglądając się wstecz, rzucić za siebie rozognioną pochodnię, i podpalić jak przydrożne trawy, i pobiec...


Wprost do piekła.

środa, 12 sierpnia 2009

narzekań ciąg dalszy.

Wydawałoby sie, że w pracy po ostatnim huraganie kulturowym może być już tylko z górki.
Nie jest.
O dziwo!


Napisz-odpisz.
Wyślij-nadaj.
Odpowiedz-zapytaj.
Skseruj, zeskanuj, przefaksuj, skopiuj, wklej.


Czy ja mówiłam ostatnio o urlopie? Zatem monotematyczna będę. Trudno.


Potrzebny mi wypoczynek. Najlepiej z dala od tłumów, najlepiej na wyspie z drinkami za darmochę, najlepiej obcojęzycznej, żeby nie rozumieć, czego ludzie ode mnie chcą.


Nie powiem, okazję niedawno miałam. Objazdówka po świętym państwie, w którym to kilka miesięcy temu nieelegancko i znienacka potrzepało mieszkańcami w skali Richtera. Za jedyne 1400 polskich złotych. To znaczy wycieczka za tyle, nie trzęsienie ziemi. Plus sakiewka ojro na babskie wydatki: torebka od Armaniego, klapeczki od Prady, okulary słoneczne od Donatelli Versace.


Ech, ten WIELKI świat ;]


Tymczasem siedzę na zakładzie, mimo iż siedzieć powinnam w domu.


Ale już niebawem... !

wtorek, 11 sierpnia 2009

sprawozdanie.

W ostatnich dniach:



  • spałam może ze sześć ha

  • zrobiłam chyba ze 20 kilometrów piechotą w tę i nazad

  • mówiłam, pisałam, tańczyłam, skakałam

  • uścisnęłam dłoń samej Dody z domu Rabczewskiej (bo mi kazano!)

  • zostałam przytulona przez samego brata Dody z domu Rabczewskiego (bo brat Dody z domu Rabczewskiej to normalny i miły facet, czego nie można powiedzieć o siostrzycy jego)

  • i wiele innych czynności wykonywałam, ale brak sił witalnych nie pozwala mi na dalsze utyskiwania.


Zmęczona jestem jak kobyła Lucky Lucka.


Urlopu.


Toteż.


 

środa, 5 sierpnia 2009

dobry wieczór.

Zjadłabym co dobrego i pojechała, gdzie ładnie.


Tymczasem u mnie orka na ugorze. Telefon za telefonem, przez co czuję się jak rozmównica. Wszyscy czegoś chcą, wszyscy przychodzą tylko na minutkę, po czym wyłażą po godzinie, gdy już zreferują połowę swojego życia, wszyscy są ważni, mają istotne problemy, pragną, by ich wysłuchać, doradzić, napisać za nich, zadzwonić za nich, wysłać za nich.


Nie, ja nie pracuję na poczcie. Ani w poradni. Ja w kulturze oram.
W charakterze pługa lub w charakterze tego, co przed pługiem. O! Tej pani z Limanowej, co to ją mąż przez 15 lat wypuszczał skoro świt w pole za miskę zupy od teściowej.


Zgroza, Panie!
Gdzie sąsiady? Gdzie człowieczeństwo? Gdzie policja?

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

przetarg ustny na lokal mieszkaniowy.

W licytacji dziś brałam udział. Takiej prawdziwej. Jakoże po raz pierwszy w życiu mem równie prawdziwym, postanowiłam ów fakt odnotować tutaj.


Wylicytowałam bardzo przeciętną garsonierę wraz z piwnicą i wychodkiem na korytarzu.


Cena wywoławcza osiem tysięcy trzysta.
Cena, którą przyjdzie mi zapłacić w ciągu 30 ustawowych dni, od dziś licząc, znacznie wyższa.


Jeszcze nie wiem, po co mi ta cała szopka była, ale posmak zwycięstwa odczuwam.
Na języku.

piątek, 31 lipca 2009

panowie na budowie.

Od tygodnia obcuję z panami budowlańcami. Ale nienienie, to nie tacyyyy, jak myślicie. Panowie budowlańcy nie dialogują w retoryce:


 Jeb**j no Ździchu w tą dechę porządnie, bo mnie ch** jasny SZCZeli. Nie.


Panowie budowlańcy są naprawdę mili, cierpliwi i kulturalni. Można z nimi porozmawiać o public relation, filmach Tarantino i nadbałtyckiej turystyce.
Panowie budowlańcy są też przede wszystkim zdolni. Z paru drzew wykonali kawał porządnego domku letniskowego. Krateczki, płoteczki, bareczki, słupeczki. I pergole. Ole!


Jeden z panów gotów jest takiż domek, jeno wersja całoroczna mieszkalna, wybudować speszial for mi. A raczej for as. Ja i on. Jedność duszy i ciała. I gospodarstwa domowego.
Rozważam pseudooświadczyny toteż.
Oraz rychły rozwód.
Bez intercyzy naturliś.


Nie mogę doczekać się jutra. Bez konkretnego powodu w sumie. Może za wyjątkiem tego, że po prostu jutro nie będę musiała iść do pracy.
Tak, to wystarczający atut.

wtorek, 28 lipca 2009

groch z kapustą. na wynos.

Oczywiście, że miałam trzy dni wolnego.
Oczywiście, że nie wypoczęłam wcale, a wręcz wróciłam bardziej zmęczona, bo w towarzystwie, w jakim się znajdowałam nie ma czasu na wypoczynek.
Pęd. Pęd. Pęd.
Lub, jak kto woli, odgłos paszczą: patataj patataj.


Słońce, deszcz, burze, wichury.
Pogaduchy na balkonie przy gwarnej ulicy.
Grill na tarasie przy cichej ulicy.
Babskie głupawki, dżin, babskie goopawki, czinczin, babskie goopawki, piastmocny (wg O. najbardziej obciachowe piwo, jakie wybrałam drogą selekcji, stojąc całe dziesięć minut przed półeczką z asortymentem wiadomym).


Wspomnienia świętej pamięci królika, co z dawien dawna zasiedlał naszą stancję. Królik nazywał się Lilka, jednak gdy okazało się, że Lilka to mężczyzna, przemianowano go (ją?) na Alfreda. Potem Alfred popadł w jakąś skomplikowaną depresję, kręcąc się bez przerwy w kółko (czemu się zupełnie nie dziwię, bo rotacje ludzi na stancji były zbyt wielkie jak na akomodację jednego kłapoucha). W efekcie dostał wylew(uuu).


Z uwag innych: Wygodnie się siedzi na krześle wykonanym z wiadra. Przepis: Plastykowe wiadro wielkości klasycznej należy obrócić do góry dnem, na tymże położyć pokaźny stos książek formatu encyklopedycznego.
- A. na czym Ty siedzisz?
- Na starożytności chyba jakiejś.


Platon się w grobie przewracał normalnie ;]


Usłyszałam także, że pewna pani nazywa się ni mniej ni więcej, tylko Aldona Bobik-Trzepałka.


Oryginalnie.
Nie powiem.

czwartek, 23 lipca 2009

oczień charaszo.

A. powiedziała, że mam skończyć z zawiesistymi notkami, bo ona się o mnie niepokoi.


No to kończę ;]


A w zamian za zawiesistą notkę dowcip będzie. Stary, ale mnie bawi:


Dwaj Rosjanie jadą pociągiem transsyberyjskim.
Wyszli na korytarz zapalić.
Jeden mówi: Zdrastwujtie, kuda jedjosz?
Drugi odpowiada: Ja jedu iz Maskwy w Nowosybirsk.
Kompan na to: Charaszo. Ja jedu iz Nowowosybirska w Maskwu.
Palą dalej, po chwili namysłu jeden z nich mówi z zachwytem w głosie: Wot kurwa tiechnika!


Spasiba,
pusta_literatka

środa, 22 lipca 2009

bo ja.

Bo ja jestem bardzo rozgarniętą, pewną siebie kobietą, co potrafi wydać stanowcze polecenie, rzucić niejedną kurwą w przestrzeń bliższą bądź dalszą, tupnąć i powiedzieć "zamknąć japy, teraz ja mówię"!.


Bo ja mogę epatować radością i optymizmem, hojnie rozdawać rady życiowe tym z pozoru mniej rozgarniętym, co to nie wiedzą, czy być z nim i urodzić mu rozkoszne bobo, czy może zostawić w cholerę i pognać, gdzie pieprz rośnie.


Bo ja zawsze mam na podorędziu złotą myśl, przysłowie macedońskie, fraszkę Sztaudyngera, myśl nieuczesaną Leca, haiku prosto z Japonii.


I co z tego.


Kiedy.

sobota, 18 lipca 2009

"windą na szafot".

W telewizji nadawano "Piknik pod wiszącą skałą". Odpuściłam.
racji racjonalnego spędzenia nocy bez niepotrzebnych schiz w enigmatycznym towarzystwie australijskich pensjonarek.

Załączyłam "Windą na szafot". Nie polepszyłam sobie nastroju, to pewne. Ale za to utwierdziłam się w przekonaniu, że klimat kina noir zdecydowanie mi odpowiada. No cooo. Nic na to nie poradzę, że ciągnie mnie w mrok, mgliste światło, cień, duszną atmosferę i chęć przybliżenia się do dziwacznych bohaterów.

Tak. Tak. Tak.
Bo Francja. Bo Miles Davis. Bo Jeanne Moreau.



Po cichu myślę jednak, że film mimo kunsztu nie przetrwał ducha czasu.
W dobie telefonów komórkowych nie powstałby.

Po prostu.


piątek, 17 lipca 2009

pawiany wchodzą na ściany.

W zasadzie trudno powiedzieć, jaki to ja mam nastrój. Raczej zły niż dobry. Raczej ponury niż radosny. Raczej marudny niż optymistyczny.
Raczej.


W głowie mnóstwo nowo narodzonych myśli. Jeszcze więcej myśli niedokończonych. Wszystko wokół jakieś takie chrome.


Biała jestem, czepliwa, naburmuszona i mam t-shirt z żyrafą.


A żyrafy, jak wiemy, wchodzą do szafy.

czwartek, 16 lipca 2009

ciocia Krysia.

Z wrocławskiej wycieczki wróciłam cała i zdrowa, czego nie można powiedzieć o wizytowanej przez nas cioci. Czas bowiem coraz okrutniej zaczyna z niej drwić.
Podobno takie jest życie. Szkoda tylko, że w rozdzielaniu ułomności ludzkich nie ma zachowania sensownych proporcji.


Ciocia obdarowywana jest hojnie.
Nazbyt hojnie.
Alzheimerem.
I zdaje się, że to nie koniec przeznaczonych dla niej podarków od losu...

piątek, 10 lipca 2009

wycieczka familijna.

Już jutro zobaczę Wrocław. Najpierw przez szybę samochodową, później ewentualnie przez balkon zainstalowany w bloku na Nowym Dworze.
To wszystko. Mało. Krótko. A jednak cieszy.


Podejrzę jak się kobiety ubierają. Jakie cienie na oczach mają. A wróciwszy do swojego zaścianka, roztoczę lans.


Skoro tak o lansie, to kompletnie mi odbiło i zamówiłam ciuchy przez Internet. Ani niemierzone toto, ani nie wypróbowane. Ot kapryśnie pozamawiałam trzydziestki szóstki i tylko czekać aż się zacznie zabawa z pocztą polską es.a., bo połowę łachów trza będzie odesłać na koszt nadawcy, czyli mój. Gdyż będą albo za małe, albo za duże. Na bank!


Telefon do babci:


- Babciu, jedziemy o 7. Bądź u mnie parę minut przed.
- Dobrze dziecko, będę o 6.
- Yyy, nie nie, jedziemy o 7. Wystarczy jak będziesz przed 7.
- Ja wiem, tylko muszę przyjść do Ciebie wcześniej, bo nie wiem, jak się ubrać, a mam dwa warianty.


Uhm. Niechaj będzie. Babcia ma dwa warianty, ja zasadniczo żadnego.


Nastawiam więc budzik na 5!
Że za wcześnie?
Nie mam innego wyjścia. Muszę wszak ubrać siebie, a potem ubrać babcię.


Żywię nadzieję, że babcia nie przyjdzie do mnie nago ;]

czwartek, 9 lipca 2009

i o apteczce. i o babuni ;]

Dziś POuPOkarzam się trochę na pewnych zajęciach, nie wiem więc czy dla większej hecy nie założyć kiecki.


Jutro ostatni dzień w pracy przed weekendem.


W sobotę jednodniowa wycieczka do Wrocławia. Z babcią.


Ponadto sezon kukurydziany rozpoczęty. Najadłszy się 5 kolb prosto z gara, rozbolał mnie brzuch.
Raphacholin?
A może mięta? 

środa, 8 lipca 2009

wtorek, 7 lipca 2009

o marzeniach. całkiem przypadkiem.

Od wczoraj czuję się tak, jakby mnie co ze trzy razy połknęło i tyleż samo razy wypluło. Chcąc wyeliminować z dzisiejszych planów drzemkę na łóżku, siedziałam, siedziałam, siedziałam, aż kimnęłam w fotelu.
Ze snu wyrwał mnie telefon od pewnego chłopca z zespołu, który czasem dzwoni w celach służbowych, a czasem, żeby zapytać co tam słychać w naszej instytucji oraz jak się czuję. Zważywszy, iż chłopak jest wielce młodszy ode mnie, dziwię się jego troskliwością o moje zdrowie. No nic, może w przyszłości chce zostać doktorem.


Nie pamiętam, kim ja chciałam być w jego wieku, ale sądząc po wyborze studiów, to chyba nauczycielką języka polskiego, co jest mi wypominane do tej pory przez rodzicieli własnych, bo zdaniem mamusi miałam być lekarzem (brrrr), a zdaniem tatusia - pianistką (cóż).


A gdy byłam w wieku podstawówkowym, to marzyłam o pracy w kiosku ruch-u. Żadna tam modelka z wybiegu czy piosenkarka. Pragnęłam być kioskarką pospolitą, co handluje gazetami. Wyobrażałam sobie, że kiedyś wyląduję w takiej budce 3 metry na 3, będę czasopisma brała do domu i całymi nocami czytała tak, by rogów nie pozaginać.


Teraz to interesuje mnie tylko angaż siedemnastej żony szejka arabskiego ;]


 

niedziela, 5 lipca 2009

róż. nie i już! choć avanti twierdzi inaczej.

Znów mnie dopada nastrój nie do końca radosny, co możnaby zwalić na różne okoliczności przyrody, w jakich przyszło mi żyć. I nie chodzi już o ten cholerny deszcz. Do niego, to powiem Wam, już nawet przywykłam.


Ratując się, jak tylko można, kupiłam wczoraj cichobiegi w kolorze modnym wielce, bo fJoletowym, który tego roku nie nazywa się fJoletowy, a jagodowy. Wiem, bo czytam mądre pisma traktujące o tym właśnie! O pół numeru za duże, ale jak w czubek waty napcham, leżeć będą jak ulał. Oraz błyszczyk w kolorze nude, gdyż jak się eksponuje oczy, to już ust za bardzo nie można. Wiem, bo czytam mądre pisma traktujące o tym właśnie!


A jak już się wyrwę do metropolii to poprawię nastrój torebunią kompletnie niepasującą barwą do obuwia, ponieważ w tym sezonie nie jest to dobrze odbierane w świecie fashion. Wiem, bo czytam mądre pisma traktujące o tym właśnie!


W owych pismach wyczytałam także, że tego lata róż osłodzi bananowe stylizacje. Hm. Może i tak, jednak ja się na bananowo stylizować raczej nie będę. Głównie z praktyczncyh względów. Co by mnie muszki nie obsiadły, zostawiając przy okazji swoje drobne odchody.


Tyle o modzie na dziś.


Prosto z Mediolanu nadawała dla Państwa Ewa Minge.


____________


A pretensjonalny parasol z dołu coś zjadło. Blox?

piątek, 3 lipca 2009

powódź po polsku. po prostu.

Temat powodzi omijałam, bo pojawiał się wszędzie.
Huczało w necie, w prasie, w tvn24 oraz w tvn meteo. Najpierw wszystkich ciekawił, później wszystkim obrzydł. Zwłaszcza wówczas, kiedy u nas spokojnie schodziła woda, a zaaferowani dziennikarze straszyli kolejnymi burzami i zalaniami, do których rzecz jasna nie doszło.


Podobnie jak nie doszło do pomocy tym najbardziej potrzebującym. Przyjechał dolnośląski wojewoda w garniturze, przyjechał Schetyna na sportowo i kilku innych ważnych przyjechało, co by przemówić do zrozpaczonego ludu na tle przerażających obrazów. Właściwie wydukać, że sztaby pracują, że są rezerwy finansowe, że wszystkim pomóc na raz się nie da, bo ludzie sami sobie winni, nie ubezpieczając domów.


I ci, co nie ubezpieczyli, bo trudno im było z głodowych dochodów uciułać dla namolnego agenta kilka setek, dostaną w darach 30 sztuk mydła toaletowego, zgrzewkę wody wysokomineralizowanej i paczkę żywności.


Kto wie, czy nieprzeterminowanej.

środa, 1 lipca 2009

duma. i uprzedzenie?

W pewnym konkursie przyuważono pisaninę literatki, za co została suto wyróżniona. Z tej oto przyczyny rzeczona przechadza się teraz po pokoju własnym z głową trącającą o żyrandol. Duma rozpiera jej wątłe piersi. Grymas ma nieco zmanierowanej artystki. Zapaliłaby, ale nie pali. Wypiłaby, ale jutrzejszy dzień trudno byłoby przeżyć z kacem.
Chodzi zatem.
Prozaicznie.
W te i nazad.


I myśli sobie w duszy, że popełni wreszcie tę cholerną epopeję na miarę czasów, co to ją zekranizują pełnometrażowo, jak również w kawałkach oraz przetłumaczą na pińć języków świata, w tym na środkowosudański. 
Musi tylko poszukać jakiegoś szkieletu, jakiejś kanwy, na której się oprze, bo szczegółów we łbie to ma od cholery. Brakuje kręgosłupa. 


Czasem nawet tego moralnego...

wtorek, 30 czerwca 2009

z serii: religie świata.

Gdy się mieszka w Pituchowie Dolnym i w kiosku ruch-u prosi się panią o BUDDYZM, to można zupełnie gratis dostać wytrzeszcz oczu kioskarki wraz z pytaniem:


- To pani wiarę zmieniaaa?!


- Jeszcze nie. Poczekam z tym na ISLAM - odparłam, wychodząc z kwitkiem.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

obrazek rodzinny.

Zainfekowano mnie dramatem pewnej rodziny. Duchowo zainfekowano. Na tyle, że próbowałam wcielić się w rasowego psychologa i ze spokojem w głosie pytać, radzić, konstatować.
Cholernie trudna rola i raczej syzyfowa.
Bo jak pomóc komuś, kto ma na głowie odpowiedzialność za dwóch synów, w tym jednego z zespołem Downa, dożywotnie umowy rolne w ramach dofinansowań unijnych i męża awanturniko-alkoholika ze zwidami i skłonnościami samobójczymi?


- Bo mogła nie odcinać, jak już wisiał!


Hmm. No jasne, że mogła - w duchu trawię nieswoją wypowiedź - tyle, że z takim psychicznym balastem sama wkrótce zawisłaby w tej samej stodole, na tej samej belce, nad tym samym czerwonym kultywatorem, który pewnie jeszcze nie raz spulchni ich wspólne niwy...

niedziela, 28 czerwca 2009

domniemane cztery kąty.

Nader mi przykro, że nie mogłam z dziewczynami memi poplątać się po ikeach, jyskach i innych wszystko dla domu, celem wciśnięcia swoich trzech groszy w urządzaniu nowych kątów. Na-der!
A nuż złapałabym bakcyla w locie, schowała do kieszeni i zaczęła całkiem realnie myśleć o kupnie przestronnej kawalerki z miejscem na duuuże wyro, intymną lampę nocną, regałem na zbiór książek, toaletką na zbiór kremów, balsamów, mleczek, maseczek, pilingów i kufra kolorówki, z naciskiem na brązy, co czas zmienić, bo wiadomym jest, że brązy na oku postarzają, tak?


Na ścianie jakiś pretensjonalny obrazek (żadne tak Klimty czy Vangogi), na komodzie jakaś pretensjonalna figurka, w barku niepretensjonalna wiśniówka babuni czy tam śliwowica dziadunia.


I biurko. Stanowczo biurko ze stosem papierów ręcznie popisanych, żeby ono (to biurko) pokazywało jakem zapracowana twórczo.
I szafa trzydrzwiowa na sterty łachów, i wieszak na sterty torebek, i lustro, co by luknąć na siebie tuż przed pokazaniem się światu. 
I żeby ta kawalerka balkon miała po długości pokoju. Tamże stoliczek, krzesełko z miękkim obiciem, ażeby mnie się listewki w tyłek nie wrzynały podczas, gdy ja będę spożywała niskokaloryczne śniadanka w fikuśnej halce.


I łazienka z wanną niekoniecznie o bermudzkich kształtach. I kafelki wokół w ciepłych barwach moreli, łamane przez eteryczne ekri, łamane przez gorzką czekoladę. Żadnych kurna delfinków na (g)lazurze, czy muszelek na klapie sedesowej.


Nie wspomniałam nic o kuchni?


Całkiem świadomie. Chyba ;] 

sobota, 27 czerwca 2009

piątek, 26 czerwca 2009

"the world is out"..

I żeby jasnym było, nie mam też w dupie nagłej śmierci Misia Dżeksona, ale zdzierżyć nie mogę światowej żałoby tych, którzy jeszcze kilka miesięcy temu wieszali na nim przysłowiowe psy, że pedofil, że bankrut, że niezrównoważony psychicznie artysta.


Póki co, żyjmy chwilą, wstrzelmy się w zbiorową żałość, rońmy łzy w beżowe mankiety garsonek, palmy symboliczne świeczki na biurkach oraz gromnice z naklejką Matki Boskiej na parapetach i koniecznie wstawmy zdjęcie umrzyka na naszą-klasę! Bo jak donosi plotek.pl, to wyraz największego hołdu. I doprawdy nieważne, że część małolatów żyjących w dobie Dody i Gosi Andrzejewicz nie zna żadnego kultowego utworu niekwestionowanego króla POP.

wypowiedź antyanalna, acz nieseksualna.


Chciałabym tonem wyluzowanej życiowo pannicy powiedzieć, że "phi, sorry kochani, ale ja mam wszystko w dupie".
Sęk w tym, że nie mam!
Nie mam w dupie:



  • wykonania piętnastu telefonów do ludzi, których nie znam nawet z nazwiska.

  • napisania dziesięciu pism o charakterze chwalebnym, bo o patronat medialny

  • napisania stu pism o charakterze wazeliniarskim, bo do sponsorów

  • zebrań na wyższych szczeblach, gdzie trzeba wykazywać sporo dyplomacji ale i asertywności, bo inaczej przestaną słuchać, szanować i w ogóle.


Wczoraj jednak w sposób bardziej metaforyczny uznano, iż MAM.


Skoro tak, to ja uprzejmie poproszę, by mnie w nią pocałowano!


środa, 24 czerwca 2009

Czemuż to ach czemuż?

Pada od rana. Jak donoszą media, padało całą noc, i poprzednią, i pada od maja zasadniczo. Grożą nam nawet powodzie. Nam, mieszkańcom malowniczej krainy, gdzie zasiali górale żyto, żyyyto, od końca do końca wszystko, wszyyystko.


Na wczoraj miałam ułożyć plan wakacyjny dla dzieci. Nie ułożyłam. Na razie nasuwa mnie się jeden słuszny koncept:
Punkt 1: Brodzenie w dziurawych kaloszach po kałużach.
Podpunkt A: Wykręcanie i suszenie skarpetek na zimnych kaloryferach.
Podpunkt B: Wracanie z katarem po brodę do domu, gdzie czekają na nas stęsknieni rodzice.


Mój tatuś przerzucił się na muzykę poważną. Z Szopenem w roli głównej i jego preludiami. Nie żebym miała coś naprzeciwko, wręcz przeciwnie, tylko czemuż to ach czemuż w taką aurę, a także czemuż to ach czemuż słucha tego od wczoraj cały dom???


Nigdy nie byłam na Ukrainie.
Dawno nie byłam w kinie.
Wszystko minie. 
Oraz płynie.

wtorek, 23 czerwca 2009

pod bieżącą wodą.

Dziś Dzień Ojca, toteż kto takowego posiada, a zapomniał był życzenia złożyć, to może jeszcze naprawić relacje na gruncie: dziecko - rodzic. Ja już oficjałkę mam za sobą, a z powodu braku u nas wody, bo jest awaria, obyło się bez herbatek owocowych, kaw bezkofeinowych i innych napojów wyskokowych.


W pracy oddelegowano mnie na przeszkolenie o organizowaniu imprez masowych, bo jest nowelizacja. Uroczo będzie. Ja, stado policjantów i masa emerytowanych ćwierćinteligentów z agencji ochrony OLD -BOY czy innej OLD-COMANDO. Wrażeniami się podzielę. W lipcu.


Wczoraj, jakby kto nie poczuł na własnej skórze, przyszło do nas kalendarzowe LATO. Temperatura za oknem plus dziewięć, poranne przymrozki, sporadyczne odmrożenia kończyn i uszu tych, co wstają do roboty za piętnaście trzecia. A latem to już widno.


Oraz byłam na wagarach. Tak, na wagarach. Nie poszłam na pewne zajęcia, bo bolał mnie brzuch, a także dlatego, że się nie wyuczyłam czegoś, co pan kazał. Odpuściłam sobie, coby na klasyczną idiotkę nie wyjść. Więcej się to nie powtórzy, obiecuję, Drogi Pamiętniczku.


Moja znajoma wysłała córkę na obóz wędrowny pt. "Wakacje z Bogiem". Gdybym miała dziecko wysłałabym je na Wakacje z Duchami. Chyba więcej wrażeń bym mu zafundowała.


Jutro środa.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

www.profeo.pl

Moja znajoma, skądinąd ważna postać w sektorze finansowym, zaprosiła mnie drogą elektroniczną do pewnego portalu społecznościowego, który nie jest naszą_klasą.


Weszłam, zalogowałam się, stworzyłam profil własny i jęłam przechadzać się po gościńcu rzeczonej strony.


Matkojedynoboskokochano!


Większego kolażu kabotyństwa i snobizmu nie widziałam.


Obowiązkowa galeria zdjątek, foteczek, fotosków. Panowie w garniturach, panie w kostiumach. I doprawdy nieważne, że Egipt, że Seszele, że Bora Bora, że Majorka, że na dworze czterdzieści gradusów w cieniu - wszyscy nienagannie ubrani, z pełnym makijażem, z pieskiem mieszczącym się w damskiej torebce, z kotkiem na smyczy, z szynszylem pod krawatem.


Ponadto wszyscy, ale to wszy-scy po siedemnastu fakultetach, po dwudziestu pińciu szkoleniach w zakresie informatyki, turystyki, agroturystyki, logistyki i całej tej jakże modnej sfery PijaRowskiej. Sami konsultanci, same kołcze, bo pospolitym trenerem być to obciach.


Nie ma tam kucharek i kelnerek.
Nie ma operatorów wózków widłowych i spawaczy.
Nie ma szewców i szwaczek.


Nie ma mnie. Już nie ma.


Trudno, nie będę profesjonalistką.


I chyba nawet lepiej się z tym czuję.

sobota, 20 czerwca 2009

tanie gadanie.

Z grubsza rzecz biorąc, poza konsomolskimi pozdrowieniami, nie mam Państwu nic do zaoferowania. Bo tak:


W moim życiu nic przełomowego się nie wydarzyło i raczej nie przewiduję rewolucji. Kiedy mi każą, to pracuję, kiedy jest okazja do słodkiego opier*** to korzystam z dobrodziejstw aż furczy. Za oknem nadal jesień, choć kalendarz ścienny twierdzi inaczej. Dawno też nie miałam grypy. Oraz ospy. Eee, co ja gadam! Ospy to wcale nie miałam i tylko czekać aż mnie przyatakuje kiedyś, w wieku lat 40. jak urodzę akuratnie pierworodne dziecko, co mnie najpierw poczęstuje żółtaczką a potem wysypką. I mi dziury zostaną aż do sędziwej starości. Wszędy.


A w biedronce zakupiłyśmy z mamusią hamak. I gdy zaczęłam dokonywać wizualizacji tegoż, jak wespół zespół zalegniemy na tymże, to dopadła nas taka goopawka, iż mamusia schowała się za regały działu chemicznego, tymczasem ja stałam na środku placu boju rżąc w pasiaty woreczek z naszym nowym nabytkiem.


Oraz mamusia stłukła słoiczek majonezu. I na nowo chichra była.


Po czym opuściłyśmy ów "MARKET". Bez produktu, po który tam się udałyśmy w celach służbowych.


A, i pytanie mam. O so chozi z tą telefonią komórkowo-biedronkową??? To konkurent jest jakiś?


 

poniedziałek, 15 czerwca 2009

sobota, 13 czerwca 2009

g_racja!

Kolega mój zdradził mi, że na deskach eksperymentalnego acz ambitnego teatru, bo na Grotowskim bazującym, zauroczył się był pewną Tajlandką, co podobna jest rzekomo do mnie. Hm, pewnie z kolorytu skóry zwłaszcza. I ta Tajlandka ma w sobie ponoć tyle gracji podczas tańca, że mogłaby nią zabić słoniowatego Pudziana.


W związku z tym siedzę teraz i przypatruję się tej swojej gracji.


Gracja jest podparta na łokciach, ziewa raz za razem w sposób mało finezyjny, bo na oścież, oczy podkrążone barwami nadgnitej oberżyny, skręt włosa a'la wczesna Tina Turner.


Taaaa.


 

piątek, 12 czerwca 2009

groch z kapustą.

Jeśli się wraca od kosmetyczki i nikt z domowników nie wyraża choćby jednego malutkiego zdanka na temat naszych nowo-wyregulowanych brwi, to wnioski są następujące:



  1. Albo należy zmienić rodzinę

  2. Albo należy zmienić kosmetyczkę


Dwa dni wolnego to stanowczo za mało, by zregenerować siły i nabrać animuszu do pracy. Nadal więc upieram się przy konieczności rychłego wysłania mnie na urlop. Choćby do Koluszek. Choćby w charakterze przesyłki bez adresata.


Tu, gdzie mieszkam, leje równo, toteż rozważam jutrzejsze występy sceniczne w gumowcach. Może to mało eleganckie, ale wobec faktu, iż zewsząd rozpościera się błoto niczym w Nocach i dniach Maryji Dąbrowskiej - jedyne słuszne i praktyczne wyjście.


W kwestii życiowej asertywności u mnie nadal bez zmian. Nie obtańcowałam nieudacznej kelnereczki, którą powinnam była obtańcować. Nie powiedziałam jednemu panu, co o nim myślę, a powinnam była powiedzieć. Nie sprowadziłam na ziemię pewną mocno bezpardonową panienkę, a powinnam była sprowadzić.


Do tego pobito panią Kotkę, co jest pono aktorką, a ja jej nie kojarzę z żadnego filmu, ni teatru.
I jeszcze słowo o japońskiej sondzie, co to miała uderzyć w Księżyc.
Nie uderzyła.
O czym doniesiono mi podczas familijnego grilla. Bo deszcze nie deszcze - sezon grillowy należy rozpocząć, proszę Papaństwa.


 

wtorek, 9 czerwca 2009

relaks w oparach powyborczych podsumowań.

Pragnę się pochwalić, że dziś przebywam w domu, a nie, jak na ogół, w pracy. Oczywiście, że mnie nie wywalili. PóKiCo.
Normalnie pełna swoboda umysłowa i luz ubraniowy. Grzaneczki z serkiem na śniadanko o godz. 11.00, śniadanko przed telewizorem, w telewizorze tvn 24, w tvn 24 powybory powybory powybory.
I jedna słuszna pointa: NIE MA PROSZĘ PAŃSTWA PRZEGRANYCH. No nie ma i już!
Każdy wygrał, każdy jest dumny, każdy chce dobra dla Polski na arenie europejskiej. Pan Zawisza tyż? Pan Manio Ka tyż? Pani Szczypińska tyż? Tak, wiem oni "podnieśli własne rankingi".


Ja zatem podnoszę filiżankę z kawą. Już czas.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

powyborczo.

Doma wróciłam koło pierwszej zero zero, toteż nie można o mnie powiedzieć, że jestem dziś wyspana i pogodna. Oczywiście, że jako znana i nieoceniona komitetowa OJ narobiłam lekkiego bigosu w przesyłaniu danych wyborczych. A juści! Było mnie nie brać. Mówiłam, że nie wiem, nie orientuję się, żem humanistka do tabel nie stworzona wcale a wcale. Póki co poszło na serwery arcyważne i tylko mnie czekać na uprzejmy zwrot ze samej góry.


Co do długiego weekendu, gdzie pewnie każdy ma mocno sprecyzowane plany picia i uczt wszelakich, to ja zainformowuję, że przebywała będę w pracy. Scena, jupitery, mikrofon bezprzewodowy i ja - Agata Młynarska znaczy ;]


Dziś na obiad kotlety.


Z drobiu.


Usatysfakcjonowanam.

niedziela, 7 czerwca 2009

poranne wstawanie, czyli boskie skaranie!

Dzień zaczęłam uroczo!


O 4.00 obudziłam się z miarowym biciem serca oraz z przeświadczeniem, że zaśpię, a zaspać nie mogłam, gdyż miałam klucze od lokalu wyborczego w pewnej miejscowości. Nastawiłam więc dla pewności budzik w drugim telefonie. Nastawiłam tak niefortunnie, że drzemka włączała mi się przez kolejne trzy godziny i nie mogłam jej za cholerę wyłączyć.
Po obudzeniu prawowitym, chcąc zachowywać się cicho, opuściłam najpierw sobie na nogę pusty kubek, a następnie nie sobie na nogę, a na kuchenną podłogę pusty czajnik. Wstali wszyscy, o dziwo z chęcią niesienia mi pomocy. Odmówiłam, rzecz jasna, zapewniając domowników, że sobie poradzę.


Wyszedłszy z domu, rozłożyłam nad sobą parasol i dopiero w centrum jakiś mocno zawiany koleś, niemniej bardziej przytomny ode mnie, uzmysłowił mi: Pani złoży tą parasolkę, pszzzzz nie pada.


Istotnie, nia padało.


________________________________________________________


Mimo tych chaotycznych splotów wydarzeń, pragnę zaznaczyć, że należy mnie się pełen szacun, bowiem w komisji siedzę nie tylko jako zwykły, pospolity członek, ale jako persona od Obsługi Internetowej. W skrócie OJ - wg ordynacji wyborczej :P


OJ! ;>

piątek, 5 czerwca 2009

wybory a ignorancja społeczna.


Temat wyborów już się wszystkim pewnie przejadł, toteż nie będę tu uprawiała ani politycznej agitacji, ani innej niezdrowej nagonki socjo_logicznej, bo doszukiwać się w tym logiki trudno.


Opowiem jeno dykteryjkę z życia wziętą.


Kilka dni temu spotkaliśmy się z wykształconą panią belferką, która to pani belferka będzie w jednym z lokali wyborczych. Na niej to spoczywa przygotowanie pomieszczenia stricte pod 7 czerwca. Zapytujemy więc, czy już tam była, czy są stoły, czy jest urna, czy są obrusy, herby, flagi:


Ja: Pani belferko (tu pada jej imię), a czy jest tam w ogóle flaga unijna?


Pani belferka: Yyyy, a jaka to? To taka z gwiazdkami???


KURTYNA.


czwartek, 4 czerwca 2009

przyczynek werwy utraconej.

Straciłam zapał. Do wszystkiego. Zasadniczo.



  1. Do pracy - co jest efektem przemęczenia, się umówmy, bo ja ostatnio na urlopie wypoczynkowym byłam ohoho, a możyyy i dalej. Choć w papierach stoi, żem była w lutym całe dwa tygodnie, więc jak się derektor uprze, to mnie nie puści, bo czarno na białem jest, że ja, niżej podpisana pusta urlop odbyłam, i z nowymi siłam do roboty wróciłam.
    Zresztą urlop w lutym! Brał kto?... Tak myślałam!

  2. Do ludzi - co jest efektem przemęczenia, się umówmy, bo ja ostatnio na urlopie wypoczynkowym byłam ohoho... (czyt. punkt 1.)

  3. Do mężczyzn (widzimy różnicę między 2 a 3, tak?) ;] - co jest efektem przemęczenia, się umówmy, bo ja ostatnio na urlopie wypoczynkowym byłam ohoho... (czyt. punkt 1.)

  4. Do życia (w tym do jedzenia oraz do picia) - co jest efektem przemęczenia, się umówmy, bo ja ostatnio na urlopie wypoczynkowym byłam ohoho... (czyt. punkt 1.)


A jak dziś zobaczyłam, że na pewnej prestiżowej (?) uczelni pedagogicznej ćwiczenia z biomedycznych podstaw rozwoju prowadzi pan-lekarz-ginekolog-położnik, co to moją serdeczną koleżankę przewiózłby na tamten świat bez możliwości powrotu, to straciłam także zapał do edukacji! (nie czyt. punktu 1. chyba, że celem utrwalenia zapamiętanych wiadomości).


Świat się kończy, mili Państwo!


ArmaGIEdon.

niedziela, 31 maja 2009

empatia.

Z Kawowego Nieba spadło kilka przesolonych łez, które osadzały się na odartych z masek twarzach.


Słuchałam łamane przez mówiłam.


Jeśli nie pomogłam, to i nie zaszkodziłam.


Teraz znowu świat jest błotem - jako śpiewał Ted Nalepa.

sobota, 30 maja 2009

furia.

Dziś jest taki dzień, że w dość żwawym tempie rozebrałabym choinkę.


No co, podobno trzeba wybierać własną drogę ekspresji.


Zatem...!

środa, 27 maja 2009

ot takie zrzędze-NIE.

Jakby kto pytał, to znów pociągnęłam za sznureczek szansy na sukces pt. OMUJBORZEJAKEMNIESZCZENŚLIWA.

Czas upływa. Sensu w niczym nie upatruję. Pracę traktuję pańszczyźnianie. Popołudniami kiwam się w przód i w tył na przydomowej huśtawce. Wieczorami palę świeczki, których producent obiecał, że będą pachnieć, a nie pachną. Łgarz!

W tym wszystkim prawdopodobnie obumiera mi w ciszy kolagen.

rutyna.

Droga z pracy do domu krótka.

Bardzo krótka.

Zbyt krótka.

wtorek, 26 maja 2009

wybory europarlamentarne.

Jako że wczoraj zamiast teatru telewizja polska s.a emitowała radosne audycje reklamowe komitetów wyborczych, to ja dzięki temu zapoznałam się z poszczególnymi programami.
Prym wiodą dwa hasła:
1. Nie będziemy płacić za wasz kryzys!
2. Darmowy Internet.

Przeważnie we wszystkich frakcjach.

Drugim spostrzeżeniem, jakim chciałam się z Państwem podzielić, to fakt iż Samoobronę wspiera grupa Ich Troje, rzewnie śpiewając piosnkę patriotyczno-ludyczną na tle łanów żyta czy tam inszej pszenicy.
I przemówił opalony Lepper.

To on jeszcze żyjeee?

niedziela, 24 maja 2009

quiz poprzedzony anegdotą.

- ile jest?
- chyba 10:10
- dla kogo?

To nie kawał o policjantach, to dialog dociekliwej literatki na turnieju piłki siatkowej, gdzie pojawiłam się w roli wieszającej medale na szyje zwycięzców zasadniczo. Nie trudno zgadnąć, czyje wypowiedzi to wypowiedzi rzeczonej, prawda?

Pytanie nasuwa się jedno: to efekt ignorancji czy roztargnienia? ;]

Sms-y z prawidłową odpowiedzią należy nadsyłać na ten sam numer, który posiada Doda w swoim telewizyjnym spocie reklamowym. Ot taka, spółka.

czwartek, 21 maja 2009

reakcja powizytacyjna.

W ramach odreagowania pokontrolnego karnęłam się takim pojazdem sunącym po rynnie (a'la bobslej, tyle że nie na lodzie). Wiatr we włosach, adrenalina w mózgu, relaks w duszy.

Oraz spożyłam pizzę.

A jutro?
Jeszcze nie wiem, czy się w ogóle w tej pracy pojawię. Na co mi tyle stresów. Dajcie ludzie spokój!

Tyle.

Trzy ściany dalej przebywa arcyważna kontrola finansowa w postaci pana w garniturze i pani w kostiumie.

Nie, ja niczego nie zdefraudowałam, główną księgową na zakładzie też nie jestem, ale powaga sytuacji obciąża mnie w stopniu uciskowym w okolicach mostka.

Tyle.

poniedziałek, 18 maja 2009

po prostu BLIP.

Znacie BLIP? Mój BLIP to odnoga. Oto bowiem Z POTRZEBY WŁASNEJ powiłam (za sprawą cesarskiego cięcia, gdyż poród był ciężki, z powikłaniami psycho-fizycznymi, wiadrem mentalnej krwi i trudną do zawiązania pępowiną) nową kategorię:

Bardzo Luźne Ilustracje Pustej.

Tak chcę.
Tak będzie.
Dość często.
Miłośników powłóczystej prozy odsyłam do twórczości Reymonta.

A change came o'ver the spirit of my dream - jako rzekł Byron.

niedziela, 17 maja 2009

eurowizja 2009 r. wyniki.

Mówiąc krótko, przewidziałam:

1. Norwegia
3. Azerbejdżan

STAWIANIE TAROTA, 
PRZEPOWIADANIE PRZYSZŁOŚCI Z POMOCĄ KULI, BEZ POMOCY KULI,
CHIROMANCJA I ZIOŁOLECZNICTWO.
 DODATKOWO TAPETOWANIE PRZEDPOKOI ORAZ MALOWANIE ZMYWALNYCH TATUAŻY.
CZYNNE TYLKO W DNI NIEPARZYSTE.
(Z UWAGI NA KORZYSTNIEJSZE BIO_POLA).

Wróżka Literatka.

sobota, 16 maja 2009

eurowizja 2009 r.

Oczywiście, że oglądać będę, bo oglądam rok w rok, bo lubię, bo tak i już!

Lubię japę rozdziawiać, nie mogąc się nadziwić, że można tak bardzo nie umieć śpiewać, tak bardzo nie umieć się poruszać, tak bardzo nie umieć się ubrać. Jako żem widziała preselekcję, zapewniam, że znów będzie z czego rechotać.

Ponadto nasze sąsiady z linii wschodniej zapewniają, że będzie zjawiskowo jak nigdy dotąd. Wyłożyli na ową zjawiskowość 30 milionów euro, bo jak twierdzą, dało im to poczucie przynależności do zjednoczonej Europy.

Zatem Moskwa da czadu! Będzie międzynarodowo, hucznie i... kiczowato.

A ja, umoczona w tym kiczu, stawiam na Azerbejdżan, Estonię lub chyba* Norwegię lub chyba* Bośnię.

____________________________________

* partykuła przypuszczająca wypowiedzi literatki świadczy o nieuważnym oglądaniu przedbiegów w środę.

piątek, 15 maja 2009

protest nieoflagowanej pustej.

Dochodzę chyba do wniosku, że potrzeba mi choć odrobiny tej małej pieprzonej stabilizacji, przed którą każdy się wzdryga, ale w głębi duszy nawet rasowy wagabunda czy inny rozwydrzony Cygan jej pragnie. Bo siedząc na emocjonalnej huśtawce fajnie jest wtykać stopy prosto w chmury, ale spadając głową w dół, zbiera się na torsje.
Życie mi się przeistacza w coraz to większą komedię z elementami tragedyji, odnoszę przy tym nieodparte wrażenie, że tego za wiele nawet jak na moje teatralne upodobania.
Jako że dość mam:

  • związków na odległość
  • związków patologicznych
  • związków - mezaliansów
  • związków, w których on mocno chce, a ja nie do końca chyba
  • związków z rozmytą przyszłością
  • związków ze zbyt pewną przyszłością
  • i innych niewymienionych, acz mających miejsce mniej lub bardziej dawno temu                                   

to mężczyzn kręcących się wokół mojej zmanierowanej osoby uprzejmie odsyłam na bambus. Wróćcie, jak posiądziecie sztukę konstruktywnego dialogu ze mną lub nie wracajcie wcale.

Bo owszem, ja nie mam klasycznego systemu wartości życia, ale sporo we mnie zachowań podręcznikowych. Wbrew pozorom jestem prosta i proszę mnie prosto traktować! Albo unikać jak diabeł święconej wody.
Inaczej są kłopoty.

wtorek, 12 maja 2009

"farsa z ograniczoną odpowiedzialnością".

Genialny tytuł, prawda?
To z wczorajszego teatru w bardzo dobrej obsadzie i ciut mniej dobrym scenariuszu.

Zupełnie na odwrót niż u mnie.
Bo w mojej życiowej farsie samokopiujący się scenariusz potrafi ubawić do rozpuku, ale i łez kilka wywołać u wyselekcjonowanego widza, tylko aktorzy jacyś tacy bez wyrazu, z wadą wymowy.
I tym samym zgryzu.

sobota, 9 maja 2009

bomba w liceum! kaloryczna.

Minionej nocy w jednym z goleniowskich ogólniaków odbył się maraton matematyczny, co oznacza, że uczniowie tejże placówki do-bro-wol-nie przez 16 ha (słownie szesnaście godzin, sylabizując szes-naś-cie lub sze-sna-ście go-dzin) rozwiązywali zadania.

Zwycięzcy dostali przybory do pisania, kalkulatory oraz TORTY.

Całą noc to ja mogę w drodze wyjątkowego wyjątku udzielać się towarzysko po wrocławskich knajpach.
I nie za torta.
Bynajmniej.

Bądź co bądź, samoza_parcia młodzieży gratuluję.

presja w o l n e g o weekendu.

Omujborze,

co tu robić???

czwartek, 7 maja 2009

myśli z... głowy ciągnięte.

Kiedyś śpiewałam w zespole o nazwie SYNERGIA. Nie ja ją wymyśliłam, a gitarzysta o umyśle ścisłym, z samej Politechniki Wrocławskiej zresztą. Że niby synergia to połączenie dwóch sił dających lepszy efekt... Efekt był taki, że się rozpadliśmy na drobne kawałki.

Gdybym teraz miała zespół, nazwałabym go ARMATURA SANITARNA.

Dopiero byłaby heca z tłumaczeniem.

środa, 6 maja 2009

"kaspar" w reż. Barbary Wysockiej.

Kilka dni temu byłam w teatrze na sztuce.
Jakoże na kacu znów, to nie odebrałam tejże w sposób należyty.
Zmysł percepcji nieco zachwiany, ruchy spowolnione, umysł otępiały.

Tym niemniej chyba polecam ;]

Tytułowa rola przekonywująca, scenografia surowa, sentencjonalność utworu zachowana.

Ze złotych myśli utkwiło mi:
Nie stój, kiedy możesz siedzieć.

No to... leżę.

wtorek, 5 maja 2009

notatki pomajowe.

Badania na moim wciąż żywym organizmie wykazują, że praca przez dziewięć dni prowadzi do rychłego rozkładu psycho-emocjonalnego. Jestem przemęczona niczym prymuska, którą, rzecz jasna, nigdy nie byłam.

Przy życiu trzymają mnie jeno dwa wydarzenia, jakie miały miejsce w ciągu tegoż okresu:

1. Obcowanie fejs tu fejs z panią AlOM MajewskOM, która nakarmiła mnie swoim głosem na dłuuugo oraz przytulenie mojej wątłej osoby przez pana Włodka Korcza.

2. Złożenie życzeń imieninowych (nie dziś) przez, proszę ja Was, burmistrza miasta, który uścisnął mi dłoń jako pierwszy w związku ze świętem mym.

Więcej sytuacji przełomowych nie odnotowałam.

Odnotowałam za to kilka krytycznych uwag odnośnie wizerunku młodzieży, bo!:

Jeśli panienka jest wokalistką amatorskiego zespołu rockowego, to nie może na scenie wystąpić w białej obcisłej koszulce z nadrukiem serduszkowym i białym pasku z ce-ki-na-mi. No nie może! I choćby głos miała mocny jak Anja Ortodox, Agnieszka Chylińska i inna Kasia Kowalska, to dla mnie ona pozbawia kapelę charyzmy i ja jej dam punktów zero w skali 1-10.
Podobnież uwaga dotycząca wokalisty samozwańczego zespołu rockowego pląsającego w rytm disco w czapeczce z daszkiem!

Dla mnie to nie do przejścia.

Z poważaniem,
specjalistka od wizerunku scenicznego,

Wasza Madonna ;]

 

niedziela, 3 maja 2009

"to znak, że przybył nasz kolega maaaj".

Jeśli Wy aktualnie przebywacie na piknikach rodzinnych z całymi kontenerami piwa tudzież na romantycznych wyprawach we dwoje po ziemi nadmorskiej, ziemi mazurskiej czy innej ziemi obiecanej, to ja szczerze pozdrawiam.

Z PRACY.

OD TRZECH DNI Z PRACY.

Taki, kur**, sektor.

środa, 29 kwietnia 2009

"w rzece Heraklita ryba mieszka w rybie".

Od dwóch nocy sypiam z mężczyzną w pokoju.

Ja w łóżku własnym - mężczyzna w szklanej kuli.

Jest błękitny, bojowy i nazywa się Bemol.

piątek, 24 kwietnia 2009

W poszukiwaniu zagubionej koszuli.

Nie nie nie. Nie zamierzam tu epatować ani seksualizmem, ani przemysłem bieliźniarskim też nie. Chodzi o pidżamę lub coś, w czym zwykle sypiamy podczas SAMOTNYCH nocy. Mówię o samotnych, bo chyba każdy wyczuwa różnicę, prawda?
Inaczej odziewamy się, gdy wieczorową porą istnieje szansa zaprezentowania wdzięków własnych przed mężczyzną. Inaczej, gdy śpimy same. A jeszcze inaczej, gdy mężczyzna jest zainstalowany w naszym łóżku na stałe, bo wtedy to już nie ma ani powiewnych haleczek, ani też barchanowych gaci. Ot, taka zrównoważona klasyka dla oswojonych.  

Mój zestaw nocny na ogół był nieco kuriozalny. Z większym naciskiem na wygodę niźli buchający erotyzm.
Wersja standard double night: dziewczęca koszulka na ramiączkach z materii bawełnianej, z koronką, tasiemką lub durnowatym deseniem w postaci krówki w łatki, oślej łączki w kwiatki, żyrafy w ciapki, biedronki w kropki.
Wersja standard single night: koszula w czeskie księżniczki oraz różowe bądź ekri skarpetki (wełna niegryząca).

No i księżniczki się gdzieś zapodziały! Nie ma! Od bardzo dawna nie ma!
Przekopałam całą szafę, za szafą, pod szafą, w szufladach, w pralce, a nawet w chlebaku. Diabeł ogonem nakrył, jak mawiała moja świętej pamięci babcia.

Dziś spała będę w gościach, a raczej gościówach, co literatkę znają i akceptują w wersji koszuliny w księżniczki, tymczasem zestaw mnie się wyraźnie zdekompletował. Targa mną niepowetowana strata i ogólna apatia w związku z zagadnieniem przerabianym.

Ktokolwiek widział. Ktokolwiek wie.

 

środa, 22 kwietnia 2009

handlarz-domokrążca.

A gdyby tak w progu Waszych drzwi pojawił się sprzedawca złudzeń, to ile byście kupili?

Ja ani jednego.

Ja oddałabym swoje.

wtorek, 21 kwietnia 2009

biedronka siedmiokropka.

Potrzebuję wydać natychmiast kilka banknotów pięćdziesięciozłotowych, lecz nie mam gdzie, bowiem w mojej mieścinie rację bytu mają rodzinne bu-ti-ki. Potrzebuję, by mnie ktoś zawiózł do prawdziwej ciuchodajni, gdzie europejski blichtr otworzy przede mną swoje podwoje. Stanowczo i najlepiej zara! (ZARA w sensie za chwilę, a nie ZARA w sensie ZARY, czyli tej firmy hiszpańskiej chyba)

Bo wiosna przyszła, tak? A ja bez nowości fatałaszkowych, obuwniczych, perfumeryjnych, z obumarłym naskórkiem na dokładkę.

Miałam kolegę. Bliskiego nawet, z którym uwielbiałam godzinami latać po ciuchodajniach, gdyż jego jedynego cechowała cierpliwość względem mojego niezdecydowania. Dawno dawno temu w mieście Wrocław on nabył czarne bokserki od samego Kleina za jedyne sto parę złotych - ja figi marki reserved z biedronkOM na przedzie.

Wiesz - powiedział. Jak panny zobaczą firmową gumę Calvina wystającą nad spodniami, to będą chciały te gacie ze mnie zedrzeć w dzikim szale.

Nie pamiętam, czy faktycznie zdzierały, w każdem bądź razie moja biedronka branie miała średnie.
A może biedronki sOM po prostu pod ochronOM? ;]

_______________________________________________

Ogłoszenie prywatne. Bezpłatne.

Lady Drzwiowa oraz Mamutt - podeślijcie klucze raz jeszcze, bo zbyt rzadko wchodzę na pocztę i się kod zdezaktualizował, no! :)

niedziela, 19 kwietnia 2009

"niech żyje wooolność, wolność i swoboda".

Wieczór kawalerski organizowany w mieszkaniu tuż nade mną nie był chyba najlepszą koncepcją sąsiadów. Oni nie utrafili z pomysłem, mnie omal szlag nie trafił. Panowie w obliczu solidarności męskiej i utraty wolności jednego z nich już za tydzień, głośno konwersowali w retoryce mocno ordynarnej, dało się słyszeć też śpiewy chóralne, choć największe zastrzeżenia miałam do didżeja, którego sprowadzono na tę okoliczność prosto z Manieczek chyba, bo taka techniawa leciała, że spokojnie wytrzepałaby swą mocą dywan.
Splendoru dodał imprezie fakt, iż kawalerowie swój mocz oddawali hojnie w trawnik iglaków pełen.

piątek, 17 kwietnia 2009

wieści z frontu.

Wczorajsze dwugodzinne obcowanie z ludem zaowocowało w jeden, wcale nieodkrywczy wniosek: chłop potęgą jest i basta.

A propos "Chłopów" to zaprzestałam lektury na czas jakiś, bo mnie się po nocach śniły wykopki.

Wzięłam się za "Muminki", które przyszły drogą pocztową dokładnie Międzynarodowego Dnia Książki dla Dzieci, czyli 2 kwietnia.

23 kwietnia Światowy Dzień Książki w ogóle. Żeby coś do mnie dotarło, muszę chyba złożyć zamówienie.

Dziś cały dzień poruszałam się z plamą na dżinsach u nogawki prawej, a ściślej w okolicach łydki, tyle że z przodu, czyli w okolicach piszczeli?, zauważywszy to po skończonej pracy. Widziało mnie pół Urzędu Miasta, kilka całkiem obcych ludzi, jeden stażysta z mojej instytucji oraz derektor własny.

Na domiar Tiger Michalczewski ożenił się był dwa tygodnie temu, co za tym idzie, wydłuża mnie się okres staropanieństwa.

Weekend.

środa, 15 kwietnia 2009

rodzinne stosunki literatki, czyli relatywna genetyka.

Przytkało mnie nieco na okoliczność Wielkiej Nocy chyba. Święta jak święta. Były, minęły.
Ani się zbytnio nie ojadłam, ani się zbytnio nie opiłam. Constans.
Z rodziną bliższo-dalszą widziałam się wybiórczo. Wszystkim to wyszło na zdrowie, jak podejrzewam.

A skoro przy rodzinie jestem, to tak:

Jedna moja kuzynka (widziana przeze mnie może z pintnaście razy w życiu) wychodzi za mąż, gdyż mu-si, gdyż w ciąży jest zaawansowanej, gdyż ma chłopaka, którego zna już całe pół roku i on ci jest ojcem. I oni na ślub proszą, jeszcze nie wiem w jakim charakterze.
Druga moja kuzynka (niewidziana przeze mnie nigdy, przysięgam, NIG-DY! Za wyjątkiem portalu n-k) zaprosiła mnie drogą pocztową na swoją OSIEMNASTKĘ, która to odbędzie się, a może nawet już się odbyła w Domu Działkowca.
Trzecia moja kuzynka (bardzo bliska, po równej linii genetycznej bowiem) telefonuje do mnie i prosi o namiary na wróżkę rezydującą pono w mojej mieścinie, bo ona już sobie w życiu osobistym nie radzi (kuzynka, nie wróżka!), a wie z DOBRYCH źródeł, że TA wróżka świetnie rozwiązuje problemy ludzkie. I tania jest.

Wszystkim moim kuzynkom zdrowia życzę.

Sobie też.

W związku ze związkiem ;]

sobota, 11 kwietnia 2009

Wielki Piątek - wpis poczyniony we Wielką Sobotę.

W nagrodę, żem przyszła do pracy (a mogłam olać jako inni olali!) dostałam całkiem bezpardonowy opierdol via telefon od pana szefa pewnej drukarni, który nawrzucał mi jak świni do koryta, iż on ma dość wpółpracy z naszą instytucją, bo jesteśmy rozkapryszeni i cechuje nas niezdecydowanie.
Zdroworozsądkowo acz pyskato objaśniłam panu szefowi w czym tkwi specyfika naszej rozkapryszonej instytucji, używając w tym celu argumentacji mocno werbalnej, po czym rzuciłam bezprzewodową słuchaweczką prosto w widełki.

W nagrodę, żem wróciła wcześniej z pracy, co by mamusi (tej chorej niedawno!) towarzyszyć w eskapadzie zakupowej pt. Idą święta, wykupmy połowę hipermarketu, dostałam całkiem bezpardonowy opierdol face to face od rzeczonej mamusi. W mięsnym dostałam. Z powodu niedostania bia-łej kieł-ba-sy! Gdyż PRZEZE MNIE za późno ruszyłyśmy w miasto.
A wiadomym jest, że wielkanoc bez bia-łej kieł-ba-sy jest jak pstrąg bez wody, zając bez uszu, baranek bez dzwoneczka, kurczaczek bez pióreczka, albo bez kości. Litości!

A co u Was?

Wasza kiełbasa przegoniła już ich kiełbasę?

piątek, 10 kwietnia 2009

strach.

Jak mi przedwczoraj pogotowie ratunkowe (nie na sygnale, na szczęście) zabrało mamusię osobistą do szpitala, to w obliczu domowej pustki bliska byłam absolutnego szaleństwa. W środku nocy wykonałam mnóstwo pożytecznych i niepożytecznych wcale czynności przy trąbce Tomka Stańki.

Współczesne brzmienia niosły jazz po całym pokoju.
Lęk był wielki, jednak malał.
Dziś nie ma go wcale.
Prawie.

wtorek, 7 kwietnia 2009

tyle u mnie.

W godzinach pracowych udałam się do salonu piękności, celem wyregulowania brwi. Pewnie, że tak się nie robi, ale przysięgam, dogodnych dla mnie godzin nie było, a wyglądać jakoś muszę.

Od tygodnia oglądam wieczorami po dwa odcinki Columbo. Póki co, to jedyny mężczyzna, który wywołuje u mnie niewidoczny uśmiech na twarzy. Zwłaszcza jego flegmowata dociekliwość w połączeniu z brudnymi butami, poplamionym prochowcem i cygarem.

Przyniosłam wiosnę do domu w postaci trzech żonkili. Nie ma jej we mnie - będzie w wazonie. Ot taka ułuda.

niedziela, 5 kwietnia 2009

gwoli wyjaśnień.

Patetycznie będzie.

Nie sądziłam, że chwilowe zamknięcie Graciarni posieje taki niepokój wśród braci bloxowej i niebloxowej. Dziękuję za troskliwe maile, na które raczej nie odpiszę, bom aspołeczna nieustannie lub odpiszę za czas jakiś neutralnie naturalnie. Ciepłe to były słowa, mądre i przydatne.

Wszyscy jednak doskonale wiemy, że prawdziwe życie toczy się gdzie indziej...
Blog to substytut.
Substytut, za który dziękuję. I sobie, i Wam.

W tym czasie byłam poza zasięgiem. Kardynalnie.
W tym czasie pisałam. Dużo i bez sensu.
W tym czasie miałam ochotę wsiąść w dalekobieżną kibitkę i pomknąć prosto na Wschód.
W tym czasie przyglądałam się sobie w zakurzonym zwierciadle, wyrywałam PIERWSZE siwe włosy ze skroni, czułam jak rozrastają mi się kurołapki tuż pod spoconą powieką.
W tym czasie przeklinałam niedorzeczne wymysły egzystencji.
W tym czasie nie piłam alkoholu, nie paliłam papierosów, nie brałam amfetaminy, nie faszerowałam się środkami nasennymi, antydepresyjnymi ani antykoncepcyjnymi.
Rzeczywistość doświadczałam na gołe mięso. 

Wniosek póki co, mam jeden. Mało metaforyczny, a nawet banalny: Chusteczki chłoną istnienie bez zbędnych pretensji.

Ze świata żywych nadawała Wasza potrzeba_abonenta ;]

 

niedziela palmowa.

Odbija mi palma.

Nie tylko raz w roku.

Wam też?

piątek, 3 kwietnia 2009

trądzik mentalny.

W swojej NIEAUTOBIOGRAFICZNEJ (bo szukano analogii!) książce popełnionej 2 lata temu, napisałam zdanie:

Szykują się dni okrutniejsze niż trądzik.

Prorok ze mnie?

________________________________________________

W wieku dojrzewania nie miałam trądziku.

Mam teraz! Już dobrych kilka miesięcy mam!

Nie dosłownie... A szkoda... Byłoby łatwiej...

________________________________________________

Słowa wyjaśnień mej zmowy milczenia wkrótce.
Na razie samo PRZEPRASZAM.

poniedziałek, 16 marca 2009

brak tytułu to też tytuł.

Przeczytałam, że Kasia Cichopek została najbardziej wpływową Polką Roku. Czy zatem ona mogłaby łaskawie wpłynąć na moje samopoczucie?
Nie? Tak myślałam, cholera!

W związku z tym, że ja absolutnie nie wiem, co ze sobą począć i chyba wkrótce oszaleję.
Że na dworze przedwiośnie, a we mnie żniwa i głupota ludzka zbiera swoje plony.
To ja nieparlamentarnie oświadczam, że to wszystko pierdolę.


I czekam na wiosnę.

___________________________________________ UPDATE:

Ja powiedziałam p i e r d o l ę ?!

Eee, niemożliwe, wszak damą jestem.

Bez łasiczki, niemniej damą.

niedziela, 15 marca 2009

"ale za to niedziela, ale za to niedziela..."

Gin lubuski z tonikiem kinley doprowadził mnie wczoraj do stanu skomplikowanego w swej złożoności. Dziś czuję się zatem źle. A nawet bardzo źle. Aspiryna C i rosół pitny na zmianę.

Wczoraj w tymże stanie doszłam do wniosku, że nigdy nie przeczytałam "Konopielki". Zaordynowałam sobie więc przed północą wersję audio wyśmienitej interpretacji Siemiona. Ubawiłam się przednio, ale dla potwierdzenia, że mnie styl Redlińskiego rzeczywiście śmieszy, wysłucham jeszcze raz na trzeźwo. Dziś. Później. Po korepetycjach. Bo mam za 3 h.

I do tego czasu muszę epatować otwartością, elokwencją i wiedzą w tematyce fu-ne-ral-nej, gdyż tegoż dotyczą nasze lekcje okołomaturalne.

Mój osobisty anioł stróż a może właściwie diabeł znów powiedział, żem irytująca trajkota podobna do jego sióstr, i że czas wyjść z tego kurnika. Martwi mnie fakt, że do paź-dzier-ni-ka on ma do wykorzystania dwa ty-sią-ce minut, ponieważ pewnie jeszcze nie raz usłyszę via telefon "zrób coś wreszcie ze swoim życiem!", "marnujesz się!, "Ciebie to się powinno zdrowo opier***!".

A sam też ma nierówno pod sufitem tak między nami, bo wiadomym jest, że ja przyciągam pomyleńców.

sobota, 14 marca 2009

sobota, godz. 7:12.

Telefon stacjonarny, więc nie do mnie. Odbieram, bo nikt nie raczy w drugim pokoju tego uczynić:

- Słucham.
- Szczęść Boże.
- yyyy (po chwili) Szczęść Boże.
- Tu wasz proboszcz. Dzwonię, jak obiecałem.
- yyyy (se myślę, pięknie, czas na ostatnie namaszczenie w związku z tą MARTFOTOM MOJOM).
- Ja już czuję się lepiej to dzwonię.
- (KSIONC, najwyraźniej nie mogąc podłapać ze mną dialogu, upewnia się): Dodzwoniłem się do państwa Jankowskich, tak?
- Nie (odpowiadam zgodnie z prawdą) Dodzwonił się Pan.. yyy KSIONC znaczy do państwa X).
- A to szczęść Boże.

Jeśli czytają mnie państwo Jankowscy, to ja uprzejmie donoszę, że KSIONC czuje się lepiej. Wiem, bo mi sam doniósł. O 7:12!

piątek, 13 marca 2009

literatka - teoretyk.

Odkąd pamiętam stroną startową w moim kompie była gazeta.pl. Kilka dni temu postanowiłam polubić wirtualną Polszę, to wirtualna Polsza zmieniła szatę graficzną. Wszędy złośliwość wokół literatki, doprawdy!

Następny problem to chłopy, a dokładniej "Chłopi". Źle mi się czyta, bo jestem jeszcze na początku i zbyt dobrze pamiętam fragmenty. Póki co, nie poddaję się.

Zastanawia mnie dlaczego wciąż nie mam grypy. Podczas gdy wszys-cy mają. Wszys-cy! Nie, żebym się jakoś mocno domagała, ale na ogół to ja inaugurowałam choróbsko, którym zarażałam rodzinę, znajomych, sąsiadów, całą mieścinę. A teraz nic mnie nie bierze.
Mam dwie teorie:

1. Albo to cudotwórcze działanie tranu z wątroby dorsza w kapsułkach, jaki łykam każdego poranka po śniadaniu.
2. Albo ja już jestem MARTFA.

czwartek, 12 marca 2009

scrabble - love story ;]

Swego czasu grałam nałogowo. Sieciowo w dodatku, gdzie stan zafascynowania samą grą przerodził się w stan zafascynowania pewnym graczem. Oszalałam na jego punkcie. Ze wzajemnością zresztą, która odbijała mi się długo i niezbyt zdrowo. Pan był mądry, elokwentny, oczytany, przez co ujął mnie dokumentnie. Zapomniał jednak w tej fascynacji zdradzić swój wiek. Zapomniał, całkiem zrozumiale w sumie, bo W JEGO WIEKU skleroza jest częstą przypadłością...
Było darcie szat, rozpacz i ogólna utrata sensu życia. Moja i jego.
Normalnie kochankowie z Werony - eksternistyczna wersja dwudziestopierwszowieczna ;]

W porę jednak się ocknęłam, znajomość ucięłam, gdyż w geriatrii, nawet tej wybitnie inteligentnej, nie gustuję. Dziś, po 6 (?), 7 (?) latach pan doktor socjologii łódzkiej uczelni w obliczu przerażającej samotności życiowej przemówił do mnie drogą SMS-ową w te słowa:

Wydoroślałaś już?

Yyyy...

Takie kobiety jak ja nie dorośleją nigdy! Ale pan doktor, mimo posiadania niewątpliwej wiedzy, zdaje się o tym nie wie - pomyślałam, w niebyt śląc jego pytanie retoryczne.

Debil!

o!

Wczoraj, latając SŁUŻBOWO po uzdrowiskowych korytarzach w marmurach, pomyślałam, że dobrze by mi zrobiło takie sanatorium z zabiegami od rana do wieczora. Przechadzałabym się w szlafroku, szurając miękkimi kapciami, pławiła w narożnych wannach, z algami na buzi, z błotem na biuście, z igliwiami na ... dupie ;)
A na wieczorku zapoznawczym szarpałabym emocjami panów w wieku starczym, ostentacyjnie zamykając przed ich nosem drzwi mojej alkowy.

O!