O mnie

Moje zdjęcie
ja, baba z baby, czyli matrioszka. słucham jazzu. dla animuszu. wchłaniam literaturę. wziewnie. piszę. oraz fotografuję. subtelno-zachłannie. na przemian, albo przemiał. projekt FOTOszeptów dojrzewał w mojej głowie bardzo długo. powstał o czasie koloru turkusowego, kiedy zrozumiałam, że słowa piętrzące się we mnie są równie ważne jak obrazy wokół.

sobota, 29 marca 2008

sobota.

Otóż sobota w Dublinie wygląda tak, że idzie się do polskiego sklepu celem zakupu polskiego chleba tudzież mrożonek typu: pyzy ziemniaczane, pyzy ziemniaczane z mięsem, pierogi ruskie produkcji rodzimej oczywiście. W drodze do sklepu moknie się, gdyż wychodząc kilka minut temu nic nie wskazywało na obfitą ulewę. Wraca się do domu zlanym i wkur*** zarazem. Bo jedno jakby idzie w parze z drugim. W moim przypadku w każdym razie idzie.

Po czym wychodzi słońce. Jego promienie pukają nam subtelnie w szybę, wołają: chodź pusta_literatko na dwór, nie siedź tak w domu! Więc wychodzimy na patio, na rozmowę ze słoneczkiem. Radośnie siadamy na ławeczce, absorbując deszczyk z ławeczki w nasze cztery litery oraz resztki promyków z nieba. Bowiem za moment wiucha jak trzeba!

Nerki owiane, nerwy zszargane.

Ale, ale, ale. Z odsieczą przychodzi ciepła myśl wieczorna. W sobotę w Dublinie będziem uprawiać hazard przy winie! Mamy tu bowiem grę planszową pod tytułem EŁROBIZNES, proszę PaPaństwa i nie zawahamy się jej użyć.

Najbardziej chciałabym mieć Szwecję i RFN, drogi pamiętniczku. Albo Austrię, bo jest taka karteczka: WRACASZ DO WIEDNIA. NIE PRZECHODZISZ PRZEZ START. NIE OTRZYMUJESZ 400$.

CZYmajcie kciuki, co? ;]

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

dziękuję za chwile, jakie Wam kradnę.
za słowa, zadumę i niekontrolowane wybuchy śmiechu.
za wrażliwość.

ps. moderowanie komentarzy włączyłam nie po to, by je przesiewać, tylko dla własnej wygody. dzięki temu wiem, kto zostawia swój ślad w postach starszych niż 3 dni. reszta to żywioł ;>