O mnie

Moje zdjęcie
ja, baba z baby, czyli matrioszka. słucham jazzu. dla animuszu. wchłaniam literaturę. wziewnie. piszę. oraz fotografuję. subtelno-zachłannie. na przemian, albo przemiał. projekt FOTOszeptów dojrzewał w mojej głowie bardzo długo. powstał o czasie koloru turkusowego, kiedy zrozumiałam, że słowa piętrzące się we mnie są równie ważne jak obrazy wokół.

środa, 31 grudnia 2008

"wielka dama tańczy sama, z wielką damą igra czas..."

Pragnę donieść, że się starzeję. Z minuty na minutę następuje ów proces we mnie. Słucham utworu żywcem z wieczorku zapoznawczego w Ciechocinku i mi smutno łamane przez tęskno. A piosenka melodyjna, o kobiecie nawet.
A teraz Państwo pozwolą, że panna pusta_literatka zejdzie z parkietu, gdyż myli kroki i czyni niepotrzebny chaos... myślowy.

 

Czasem cierpię... Na grafomanię. Z różnym przekazem, z różnym odbiorcą. Wrobionym niczym niewinny świadek gwałtu. Gwałtu na światopoglądzie.
Nie ma co zwlekać, pora założyć kolejny folder w mojej komodzie. Będę tam pieprzyć do woli. Albo do Saskiej Kępy.
Najgorsze, że ja tak mogę długo i równie bez sensu.
Lekarze bezradnie rozkładają ręce, prawnicy nie mają podstaw, by zamknąć, rodzice żyją w błogiej świadomości w malowniczym miasteczku, gdzie strumyk płynie z wolna i stokrotka rosła polna i o mój rozmaryyyyyynie rozwijaj się. A teraz idziemy na jednego, a teraz idziemy wódkę pić (do dna). Nie! To nie ta impreza! A co na przykład śpiewa się na chrzcinach? (uprasza się o nieszukanie kontekstów, bo ich nie ma i nie będzie natenczas). Ciociu Irenko, co się śpiewa na chrzcinach, bo nie wiem a chciałabym pośpiewać! Lililili laaaaj moje dzieciąteczkooo... to przecież kolęda jest. Albo Kolenda. Kolenda-Zaleska.
Bardzo mi miło.
Pusta_literatka. Skrzatka_waryjatka. Muza_natchniuza.

Napisałabym na okoliczność odejścia starego roku wiersz. Obawiam się jednak, że natłok niezrozumiałych dla mnie samej metafor zdusiłby poezję.
Nie napiszę toteż.

Do siego zatem!

sobota, 27 grudnia 2008

aspołeczność nabyta.

Roku pańskiego 2008 nie złożyłam żadnych życzeń wigilijnych, za co przepraszam moich znajomych i nieznajomych. 
Tak wyszło.


Na razie chodzę bez umalowanej twarzy.
Rozpuszczam chwile w zbyt mocnej herbacie.
I już sama nie wiem, kto jest w gorszej sytuacji: ja czy Jezus, którego pono niebawem ukrzyżują.

środa, 24 grudnia 2008

życzenia świąteczne?


Bieli myśli...

coraz bliżej święta, coraz bliżej święta... cz.2

Istnieje realna szansa, że na Wigilii nie będziem spożywać kanapek. Mamusia wydobrzała i z usztywnioną ręką świetnie odnalazła się w pieleszach kuchennych. Jest kutia, i kompot z suszu, i barszcz, i kilka innych smakołyków. Jak się rozpędzim, to ustawowe 12 potraw przekroczymy i nie wiem, czy źle to w niebie nie zostanie odebrane.

Jakoże w ruch poszły karpie, to ja kuchnię opuściłam w trybie natychmiastowym. Nie wiem, co musiałoby się stać, żebym to cholerstwo wypatroszyła. Na samą myśl mi słabo...

Dostałam przydział zmopowania korytarza toteż.

Odpowiedni człowiek na odpowiednim stanowisku - jako rzecz tato mój ;]

wtorek, 23 grudnia 2008

coraz bliżej święta, coraz bliżej święta...

Perspektywa świąt nadchodzących przedstawia się malowniczo.

Ja od dwóch tygodni mam grypę, na którą składa się gorączka, katar i kaszel.
Mamusia podczas dekorowania sceny, spadła z niej wprost na dwumetrowe choineczki, poobijawszy się dokumentnie, w efekcie czego ma unieruchomioną kończynę górną lewą, co w jej przypadku jest dramatem niemałym, bowiem mamusia to mańkut.
Tatuś (z którego w sumie i tak nie byłoby większego pożytku w zakresie prac domowych) także zanabył grypę. Leży i przeszkadza.

A u Was pewnie pachnie piernikami, kapustą, grzybami i w ogóle jesteście w trakcie lepienia trzystadwunastego uszka, które to z atencją umoczycie jutro wieczorową porą w wigilijnym barszczu.

piątek, 12 grudnia 2008

dłuuuuużyzna, Panie.

Jakoże umęczonam tym tygodniem wielce.
Jakoże podziębionam.
Jakoże nie mam ochoty na czytanie żadnych knig, gazet, ani nawet faktur do zapłaty.
Jakoże w telewizji leci "titanic"*, a w moim telewizorze odbieram tylko trzy programy (w tym dwa, co śnieżą) i jestem niejako na "titanica" skazana.

To ja się udam spać. 

________________________________________

Na premierze tegoż kultowego rozmachu kinowego byłam w ramach randki.
Usnęłam po godzinie.

środa, 10 grudnia 2008

powiedział Dalajlama...

"W polityce jest miejsce na współczucie".

Kilka minut obcowania z naszymi głowami państwa* i tak celny przekaz.

___________________

* bo dwie są, tak? ;]

poniedziałek, 8 grudnia 2008

prawda o literatce objawiona.

W Irlandii skażone świnie! No i wszystko jasne! Całe to moje złe samopoczucie od nie wiem kiedy, i depresja, i apatia, i osłabienie psycho-somatyczne, i niemoc fizyczna, i brak entuzjamu. I katar ;]

Jadłam wieprz z detoksynami, ot skutki!

sobota, 6 grudnia 2008

6 grudnia 2008 r.

Jest godz. czternasta zero dziewięć a u mnie jeszcze nie było Mikołaja! List pisałam miesiąc temu, ale może nie doszedł tam, gdzie trzeba i wylądował w Koluszkach. Skąd wiem, że w Koluszkach? Bo moja ciocia jest naczelnikiem poczty i przedstawiła mi losy przesyłek bez adresata i nadawcy. Tam, proszę Państwa lądują niechciane.

Obłożonam katalogami z oriflame, avon oraz światem książki. Sama już nie wiem, czy zainwestować w czternasty krem do rąk, ale tym razem z alantoiną i mleczkiem ryżowym, czy może zakupić siódmą wodę toaletową ze słodkich nut malin, delikatnego  wiciokrzewu otulonego ciepłym tłem z białego piżma i wanilii. Dla kobiety z klasą. Co ważne. Z knigami to jeszcze większy problem. Właściwie chcę wszystkie. Ze szczególnym naciskiem na książki hobbystyczne. Rozważam "Patchwork dla ambitnych", "Dżins z fantazją" oraz "Szydełkowanie dla początkujących" ;]

A, i jeszcze słowo o dzisiejszej rocznicy 25. lecia przyznania nagrody Nobla Lechowi Wałęsie. Daleka jestem od ideologicznych uniesień, ale impreza w Gdańsku zrobiła na mnie wrażenie. Szczególnie kilka przemówień. Szczególnie przemówienie premiera. Szczególnie łzy w oku byłego prezydĘta.

I doprawdy jakoś średnio mnie obchodzi, czy rzeczony był Bolkiem czy też Bolkiem nie był. 

sobota, 29 listopada 2008

a feee :/

Napisałabym, że przedwczoraj w pracy się porzygałam, ale że mam blog kulturalny to napiszę, że przedwczoraj w pracy dopadły mnie torsje. Tak ni stąd, ni zowąd dopadły. Derektor ujrzawszy me lica w kolorze kredy szkolnej, kazał czemprędzej iść do domu, co też uczyniłam. Leżałam cały dzień. Ja i miska. Kobiecy duet. Co się działo dalej, pominę... Wczoraj jednak powoli zaczęłam dostrzegać piękno otaczającego mnie świata. Dziś widziałam wszystko w różowych barwach.

Jeden tylko Pambuk wie, co mi było.

P.S. Uprzedzając diagnozy czytaczy - nie jestem w ciąży, bo jak niby?! Z JeszczeNieMężem kontaktuję się drogą elektroniczną i to dla bezpieczeństwa jeno w dni niepłodne ;]

A teraz Państwo pozwolą, że się oddalę celem strzepnięcia z siebie kolejnego szoku, jakiego doznałam za sprawą włączenia pilotem telewizora na jedną z komercyjnych stacyjek. Tam bowiem ukazał się mój były menszczyzna i pół rodziny byłego menszczyzny. Boże, taki sielski, familijny obrazek beze mnie! ;P Ech goopia pusta, goopia! Było wyjść za mąż kilka lat wstecz, a i dziś dumnie udzielałabym wywiadu jako powinowata skądinąd.

Teraz panie, popił wodom. Czas kreacji śmignął mi kole nosa, ostała się więc dożywotnia obsada w prowincjonalnych kuluarach ;] 

niedziela, 23 listopada 2008

oto słowo boże.

1. U mnie zima. W ramach akcji "białe miasteczka" - moje miasteczko jest równie białe. A pod puchową bielą szklanka lodu aż miło było wyrżnąć tuż przed gankiem.

2. Wczoraj oddelegowano mnie na uroczystość o charakterze folklorystycznym. Kraśnie, przaśnie i ludowo. A pan prowadzący takie głupoty opowiadał, że podbudowało to moje ego w odniesieniu do imprezy, którą to ja dzielnie prowadziłam kilka tygodni temu. Pan powiedział na przykład, że w roku takim to a takim panie wystąpiły pierwszy raz w nowych stołach, po czym poprawił na stroje, tłumacząc przejęzyczenie tym, że głodnemu stół na myśli. Hm.

3. Śniło mnie się, że miałam dziecko. Wiek niemowlęcy, twarz czerwona, włosy rude. Po kim ono takie brzydkie? - szlochałam nad becikiem, oczom nie dowierzając. Potem z tym dzieckiem jednak się zżyłam, bo zwiedzałam z nim Pragę. Dziecko miałam z tyłu na takim nosidełku - współcześnie i bardzo opiekuńczo zarazem. Co się z nim stało później, nie wiem, albowiem się obudziłam, a gdy usnęłam ponownie to już gościłam w Katowicach na dworcu pkp, a ściślej przed dworcem, na tych schodach.

4. Rano dostałam sms następującej treści: ZŁAMAŁEM KIJA. DO DUPY! WRACAM.

Cóż, kij cenna rzecz...  Do czegokolwiek miałby on być ;] I nawet gdybym pocieszyć chciała, to kogo??? Jak wieść posłana z bramki ;]

czwartek, 20 listopada 2008

słuchajcie 2.

Nikt nie odpowiedział na trapiące mnie pytanie. Nikt! A może Wy wszyscy mieszkacie, kurna, w tropikach? Może u Was za oknem słońce rozpostarte na lazurze nieba? Abo tęcza trójbarwna? Bo u mnie niezależnie czy rano czy wieczór za oknem wzburzona ciemność w ulewie maczana łby urywająca!

Ja nie wiem, czas pacierz chyba zmówić czy co...

słuchajcie.

A to, co się dzieje za oknem to dies irae, tak?

wtorek, 11 listopada 2008

spikerka do wynajęcia.

Piszę z rzadka, bo zapracowanam.

Weekendu minionego na przykład byłam dobrze zapowiadającą się (SIC!) konferansjerką na imprezie o szczeblu międzynarodowym. Bite pół dnia zapowiadałam, oceniałam, puentowałam, się kłaniałam. Można więc śmiało mówić do mnie per Agato Młynarsko. Albo nie! Wróć. Mówcie mi Grazia Torbicka, bo ona ma, bądź co bądź, więcej gracji i szyku. Mój szyk może nieco odbiega od szyku wymienionej, ale pracuję nad tym ja i nie tylko ja.

W związku z tym czekam teraz na propozycje z polsatu.

Młoda, atrakcyjna kobieta z dobrom dykcjom (ledwo słyszalna wada szumienia) poprowadzi superjedynki, telekamery i inne koszalińskie noce kabaretowe.

Zatańczę. Zaśpiewam. Zaklaskam. Zakasłam. W drodze wyjątku zaklnę.

Rzetelnie. Bezgafowo. Tanio.

P.S. Nie wykluczam duetów. Najchętniej z Krzysiem I.

;]

środa, 5 listopada 2008

unijni fachowcy, Panie!

Centrum będzie aktywnie działać w kierunku aktywnego zaangażowania w działalność całych rodzin poprzez organizowanie takich form aktywności i rozrywki, aby mogły w nich uczestniczyć rożne grupy wiekowe w tym samym czasie. Dzięki położeniu miasta X w pobliżu miasta X inwestycja ta pozwoli na uatrakcyjnienie oferty promocyjnej naszego miasta, co w istotny sposób wpłynie na zwiększenie atrakcyjności dla mieszkańców.

Takie rzeczy wypisują dyplomowani specjalyści i znawcy tematu - ja dokonuję korekty. I przysięgam, nigdy nie wiem, od czego zacząć ;]

piątek, 31 października 2008

31 października 2008.

Alem głodna. Dziś mam badania. Na czczo. Na 11.30! Czyli rano jak nic! Zważywszy, że ostatni posiłek spożyłam wczoraj wieczoram, to nie wiem, czy w ogóle o własnych siłach doczłapię do rentgena. A, nocą zjadłam pół gruszki. Nie wiem, do której można jeść, coby rano obudzić się na czczo??? Gdzie to sprawdzić???

Poza tym jesień...  jarzębinę w ręku (w koszu? w dłoni?) niesie.

A jutro zapłoną miasta cmentarne...

niedziela, 26 października 2008

wuwuwu.naszaklasa.peel

Mój wujek w rubryczce "o sobie" napisał całkiem serio:

SERWIS OPON (i pod spodem adres).

Znaczy się public relation, tak? ;>

________________________

W tym osobliwym przypadku uprzejmie proszę o nieporuszanie genetyki ;>

 

sobota, 25 października 2008

neurolog.

Zrobił wywiad ustny, po czym przeszedł do czynów. Ostukał mnie młoteczkiem zewsząd. Kazał machać kończynami. Wszystkimi. Na przemian oraz równocześnie. Potem kazał się nie ruszać i sam machał. Moimi, nie swoimi! Uznał, że nie widzi u mnie podłoża padaczkowego (że cooo?!), jeno typowe nocne utraty świadomości (że jaaak?!), ale żeby wykluczyć przypuszczenia neurologiczne, mam się zgłosić do poradni, celem zrobienia EEG głowy i czegoś tam jeszcze.

Po zbadaniu poziomu cukru we mnie pan też postawił na cukrzycę oraz na kardiologię, po czym uznał, że nie zaszkodzi, jak poleżę w szpitalu, wpisując mnie w swój kajecik na 4 grudnia.

Zatem C.D.N. :)

 _________________

Promyczkowa, ślij Klinikę... Gotowam do lektury :)

czwartek, 23 października 2008

chwilowy spadek formy, czyli szlachectwo stosowane.

Ubiegłej nocy, obudzona niemożebnym pragnieniem picia, wstawszy i udawszy się do kuchni, celem sporządzenia sobie herbaty, wzięłam i zemdlałam.

Jako ta Łęcka normalnie, tyle że z mniejszą gracją. Ona omdlewała z dłonią na skroni, alarmując amantów wkoło, że lada chwila, a zsunie się w dół.

Ja zsunęłam się bez zapowiedzi.

Niemniej dość skutecznie, bo wyważając drzwi wejściowe z zawiasów.

Konsylium rodzinne w osobach mamy i taty ma teorie:

1. nerwica

2. cukrzyca

3. tarczyca

 

niedziela, 19 października 2008

wspomnień czar.

Po tamtym weekendzie zostały tylko miłe wspomnienia, po tym, powiedzmy sobie szczerze, też. Z tymże ten od tamtego różnił się kolosalnie. Bo o ile tydzień temu szarżowałam po Wrocławiu w towarzystwie koleżanek O. i A. tak tego weekendu siedziałam na ogół w kucki na mym szezlongu z trzema książkami na przemian w ręku.

Był oczywiście nalot na galerie fatałaszkowo-perfumeryjne, było obżarstwo w pizza hut, gdzie tradycyjnie od progu dostałyśmy głupawki i w tym nieuzasadnionym stanie z trudem dobrnęłyśmy do końca posiłku, była kawa w kawowym niebie i jazda na gapę też była. Ta miała miejsce podczas powrotu od trzeciej koleżanki, która tuż przed moim przyjazdem postanowiła zachorować na oskrzela i żeby ją ujrzeć, trzeba było się do niej pofatygować osobiście.

Nabyłyśmy też spodnie. Takie same spodnie. Eleganckie spodnie dodam. Ja nabyłam, bowiem jako pracownik kultury w dosłownym tego słowa znaczeniu muszę czasem wyglądać kulturalnie, a nie jak zabłąkana artystka, O. nabyła z dwóch powodów: 1. bo to jedyne materiałowe spodnie w jej rozmiarze zdatne do noszenia, jakie z niej nie zlatywały. 2. bo jako pracownik prawa w dosłownym tego słowa znaczeniu musi czasem wyglądać prawo (???) Godnie znaczy. Należycie. 

Na wrocławskich ulicach miałyśmy też tak zwane branie. Niekoniecznie u stylowych studentów kulturoznawstwa, niemniej ego nam napuchło, gdy pan w wieku naszych ojców konspiracyjnym szeptem rzekł na ulicy Oławskiej (i tu będzie mocna parafraza): że swego siusiaka lubieżnie wsunąłby w nasze wąskie wnętrza. Niesmak wyznania mam do dziś. Podejrzewam, że koleżanka O. podobnież ;]

Drugie branie miało miejsce o zmroku, kiedy to pan w wieku podobnym, co ten wyżej, tyle, że pijany, prosił nas o rozsunięcie mu rozporka... Zasadniczo to prosił o to koleżankę A. która minęła go w stroju atrakcyjnym, acz kusym. Obok niej kroczyłyśmy niczym słuchaczki II roku teatrologii (dżinsy z obrębanymi nogawkami i równie nierzucające się w oczy palta).

Kultury nie zażyłyśmy wcale.

Z przyczyn od nas niezależnych.

Tak jakby.

 

piątek, 10 października 2008

piątek, weekendu początek.

Ja już jestem jednom nogom we Wrocławiu, bo się poumawiałam z kobitkami memi kochanemi, pracować z tegoż powodu mnie się nie chce wcale, a tu mi derektor każe obdzwaniać po starostwie i zamawiać kombatantów na 11 listopada, bo to święto narodowe jest.

Matko, czy kombatantów zamawia się jak striptiserki na wieczór kawalerski? Nie, żebym szacunku do historii nie miała, tylko pytam, bo nie wiem ;>

Do tego przyszedł do biura ksionc, oj nie po kolędzie, tylko tak o. Jest nowy to przyszedł.

Jeszcze jak się tu pojawi za chwilę kominiarz, zakonnica lub policjant to ja wychodzę i rozpoczynam weekend. Takiego kolażu osobowości nie zniesę.

wtorek, 7 października 2008

"żadnej pracy się nie boję"?

Wróciłam z kraju, gdzie lało do kraju, w którym leje. Słonka nachapać się nie zdążyłam, ale ludzie mówiom, że lato wróci. Za rok podobno. Więc czekam...

Choć nie powiem, gdy lądowałam 31 sierpnia na praskim lotnisku ozuta w kozaki, pięć sweterków i dwa pulowerki, bo mnie się nie pomieściły w dyżurną torbę na kółkach, to było chyba z 30 stopni Celsjusza. Czar prysnął za dni kilka, toteż chodziłam biała cała, jakby mnie kto przez lato w piwnicy trzymał.

Wróciłam w sobotę, a w niedzielę wystartowałam z nową pracą.

Czyli coby o mnie nie mówić, jestem kobieta pracująca ;]

niedziela, 28 września 2008

czwartek, 25 września 2008

bez tytułu.

Spać w nocy nie mogłam z powodów osobistych oraz z powodu, że bolał mnie ząb i okolice.

Z paszczęką już miałam problemy, toteż żywię nadzieję, że to nie jest złośliwy nawrót historii.

Poza tym: jesień, deszcz, kalosze, herbata, miód, rutinacea.

W pokoju niepokój. Mimo iż ściany koloru soczystej moreli. 

Dziś imieniny Władysława. Nie, to żadna agitacja. Wyczytałam, to sie dzielę wiedzą.

Do głowy przychodzi mi Bartoszewski, Jagiełlo i mój wujek Władziu. A Wam?

niedziela, 21 września 2008

wróciłam - rozważanie 2.

A wczora z wieczora zaordynowałam sobie program pt. "Jak oni śpiewają", gdyż śpiewa tam ktoś, kto omal moją rodziną nie został lat temu kilka, ciotecznym szwagrem wuja mojej świekry, czy jakoś tak ;] Żeby się nie zdradzić zanadto, postać pominę. Skupię się natomiast na Musze. Annie Musze. (kim? czym? narzędnik, czyż tak?)

Że śpiewać nie umie? Co z tego? Konia z rzędem temu jednak, kto wszczepi we mnie taką radość życia jaką epatuje to małe niepozorne dziewczę. Można gdzieś zakupić szczepionkę? I się normalnie zaszczepić u szkolnej higienistki? Jak przeciw grypie. Czy jak się wszczepia esperal. Ja bym się nawet dała obkłuć wokół pępka, byleby choć trochę entuzjazmu przyswoić. I rżeć jak kobyłka, i pajacować, i mieć całą resztę w tyle.

Bo póki co, nie mam.

piątek, 19 września 2008

tytułem dociekań: wróciłam - rozważanie 1.

Wróciłam z kraju, który oferując mi niemałe pieniądze, metodycznie okradał z duszy.

Który dając wolność, ograniczał zewsząd górami i morzem.

Piękny w swej nieokiełnanej, zielonej przyrodzie, nadrywał głowę porywistym wiatrem i przemaczał deszczem całe moje wnętrze.

Zrezygnowałam. Poddałam się. Stchórzyłam. Płacąc słony rachunek w swym osobistym koncie życia. 

_____________________________________________________

Bilety powrotne winny być droższe. Ostatecznie można nie pojechać, ale wrócić trzeba zawsze.

Ja wróciłam.

Lżejsza wróciłam.

Na zawsze wróciłam.

 

sobota, 6 września 2008

akcja posesja.

Miotła zamiast zamiatać - rozgarnia śmieci po kątach.

Szmatka zamiast ścierać - zostawia paprochy.

Ścierka zamiast myć - robi smugi.

W moim umyśle.

___________________________________________________

Posprzątam = przemówię.

wtorek, 2 września 2008

"z ziemi irlandzkiej do Wolski" :)

Pozdrowienia z kraju mego rodzinnego, Polszy znaczy

                                          przesyła pusta_literatka

Ukochany kraaaaaj, umiłowany kraaaaj,
ukochaaaane i miastaaa i wioooski.
Ukochany kraaaaj, umiłowany kraaaaaj,
ukochaaaaany jedyny nasz pooooolski.

;] 

 

piątek, 29 sierpnia 2008

czwartek, 28 sierpnia 2008

wiadomości NIE z ostatniej chwili.

Wczoraj w pracy piłam wódkę.

Jutro będę ostatni dzień w pracy.

 

Kali upaść, Kali chcieć pić.

Ja dziś w sklepie jako ten Kali. Nie radząc sobie z zasupłanym wiązadłem u koszulki, z którym to walczyłam dobrych kilka minut, zwróciłam się z prośbą do ekspedientki w te słowa:

- Kudż ju mi rozplątać?

Po czym obie parsknęłyśmy ;)

Ona parsknęła po hiszpańsku. Ja po polsku.

środa, 27 sierpnia 2008

szczyt zmęczenia.

Pokonać trasę praca - dom tramwajem, mimo iż piechotą zajmuje to 20 min.

Wjechać z parteru na pierwsze piętro windą.

krótka wiadomość tekstowa z wczoraj.

Pośliznęłam się na sałacie. Nie, nie, nie. Nie pracuję w szklarni, choć szkoda, bo podejrzewam, że zakres obowiązków miałabym tam mniejszy:

Sadzenie, pikowanie, wyrywanie. Sadzenie, pikowanie, wyrywanie. Sadzenie, pikowanie, wyrywanie.

I tak w koło macieju. A raczej sałaty. No i temperaturę dość zbliżoną do tej w mojej Fabryce Potu bym miała ;)

__________________________

P.S. U Was też wyświetla się "podgląd blogU"?! No na miły BogU, skąd ten wyszukany dopełniacz, drodzy administratorzy?!

 

 

niedziela, 24 sierpnia 2008

w ramach zakończenia olimpiady, ja o Chinach.

Ja znów spać nie mogę, toteż piorę. Pralka pierze zasadniczo, a ja nasłuchuję odgłosów pobierania wody i wirowania. Może gdy je wywieszę, płyn waniliowy ukołysze mnie do snu. No chyba że wcześniej sąsiady zaczną walić do drzwi, że cisza nocna, a ja sie tłukę. Wtedy to raczej im nie otworzę, bom sama na włościach i wolałabym, by jakie rozwrzeszczane Arabusy do domu mi nie wlazły. 

Motto na dziś: "Chińskie przysłowie mówi, że jeśli nie wiesz, co powiedzieć, powiedz chińskie przysłowie" ;)

Ja, jak zwykle, wiem, co powiedzieć:

dobranoc.

jołłłł, czyli podryw u kosmetyczki.

Wczoraj po pracy udałam się do polskiego salonu piękności "Afrodyta". Ani tam wystroju greckiego nie dostrzegłam, ani urodliwych bogiń też nie. Za wyjątkiem mnie, rzecz jasna ;]

Dostałam miejscówkę tuż przy kolumnach, z których wydobywała się lista przebojów. Zbyt głośno się wydobywała, przez co słabo słyszałam końskie zaloty, jakie w moim kierunku stosowało dwóch Polaków-buraków, czekających na trzeciego Polaka-buraka. Absolutny brak szyi, w skócie ABS, w parze z absolutnym brakiem mózgu, za to białe upięte podkoszulki, mahoniowa opalenizna i złote chomąta. 

Poderwać się nie dałam, ucinając pogawędkę, kiedy tematyka zaczęła oscylować wokół dyskotek dublińskich. Ech, nudziara ze mnie.

Za to z pienknie wyregulowanymi brwiami ;]

czwartek, 21 sierpnia 2008

no i tak to.

Nie jest dobrze.

W pracowej Fabryce Potu omal nie pomdlałam z przepracowania. Chyba. I z niedożywienia. I z apatii szerokopojętej. Nie to, żeby mnie w domu głodzili, ale apetytu to ja ostatnio nie posiadam, toteż słaba jestem jako ta klacz hrabiny Krzeszowskiej z "Lalki" abo i i Łęcka we własnej osobie.

Źle sypiam.

Wyczytałam ostatnio w mondrym poradniku dla kobit, że na bezsenność dobry jest olej musztardowy. Hm. Zawsze to lepiej niż gaz musztardowy. Zastanawia mnie tylko, czy z powodu deficytu w mojej kuchni (łazience?!) tegoż, mogę się nasmarować samą musztardą? Sarepską na ten przykład?

A stopy trzymam w folii.

W woreczkach żywniościowych dokładnie rzecz ujmując. Uprzednio nakładając na nie żel nawilżająco-chłodząco-łagodząco-niwelujący oznaki zmęczenia. Nie powiem, lepiej.

Nie wiem tylko, jak pozbyć się siniaka koloru zdrowej oberżyny na wewnętrznej części ręki prawej, którego to nabyłam w wyniku opadnięcia na mnie klapy tostera.

Cisza nocna, a sąsiady z góry delektują się Feelem w wersji techno. Dobiegają do mnie słowa, nie kłamię: "teraz chodź tu do mnie, poczuj się swo-bod-nie, przy mnie bąąąąądź, aaaaa".

A może by tak, kurna, Sonatę Księżycową, cooo?

Ja zwariuję, to pewne!

wtorek, 19 sierpnia 2008

Polish Honey Liguer...

piję. Z każdym łykiem prościej jakoś. Odsuwam świat. Przyciągnę go jutro.

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny (w sierp-niuuu?!?!) Nie mam czasu na sen, odcinam więc powoli nitki. Nożyczki tępe. Ja tępa.

Jak trwoga to do Boga.
Na dwoje babka wróżyła.
Osiołkowi w żłoby dano.

sobota, 9 sierpnia 2008

ja wiem, ja wiem, ja wiem.

Albo jak kto woli: aj noł, aj noł, aj noł. Że ja od dobrych kilku tygodni nie robię nic inego, jak tylko narzekam, ale jest to podyktowane niejako moim życiorysem, który się pisze. Sam się pisze! Ja stoję z boku i nawet machnąć nóżką mnie się nie chce, by cokolwiek zmienić.

Po pierwsze primo mamy lato, co w Dublinie wygląda mniej więcej tak, że pada evry dej. A już na pewno evry morning, kiedy ja zmierzam pieszo do pracy lub evry afternun, kiedy ja zmierzam pieszo do domu. No mam parasolkę. I to niejedną. Ale deszczyk zacina tak uroczo, że od kolan w dół jestem przemoczona już po kilku minutach marszu. Rozważam toteż, czy nie odziewać się w czarny worek na śmieci, w który na oko cała się mieszczę. To znaczy na oko wyszarpię dziurkę z folii, cobym drogę widziała i wio.

Po drugie primo jestem przemęczona pracą. Mam dość. Chcę urlopu. Beztroski. I drinków z palemką sączonych już niekoniecznie pod palemką, ale choćby pod drzewem oliwnym czy inną mandarynką.

Po trzecie primo aktualnie kradnę czyjś net, gdyż nasz nie działa i nie wiem, czy mnie ów sąsiad nie namierzy i nie naśle służby tajne. Jak mi przetrzebią laptopkę i znajdą te wszystkie nielegalne koncerty Dody, Gosi Andrzejewskiej i Feela, to otrę się o kryminał jak nic! ;]

Po czwarte primo dla ratowania własnego Yntelektu oglądam filmy i czytam prasę. I jedne, i drugie przeterminowane, ale ojtam. I tak też obejrzałam "Wielką ciszę", "Jasne błękitne okna", "Listę Schindlera" oraz coś mistrza Hitchocka, ale tytułu nie pamiętam. Z czasopism to wchłaniam stare "Twoje Style" i "Zwierciadła". Czego ja się z nich nie dowiedziałam!

Ale o tym w następnym odcinku.

piątek, 8 sierpnia 2008

"war has started"?!

Cztery dni internetu nie miałam, odcięta od świata byłam toteż.

Korzystając z chwili, że się pojawił, wchodzę Ci ja, a tu olimpiada w Pekinie oraz wojna w Gruzji...

Że co?!

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

day off.

Jako że dziś Bank Holiday, to ja wspaniałomyślnie wybrałam się w miasto. Tamże napotkałam miliony turystów z mapami oraz większość zamkniętych sklepów! Wróciłam jednak nie tak całkiem na pusto, bo z koralami. Kolejnymi do kolekcji zresztą.

W domu dowiedziałam się, że zmarł Sołżenicyn oraz, że dyferencjacja inwentaryzacyjna to nic innego jak pospolita kradzież.

I jedna, i druga wiadomość mnie zaskoczyła.

czwartek, 31 lipca 2008

bez pracy nie ma kołaczy... za to jest garb ;]

W pracy tyle pracy, że nie pozostaje mi nic innego jak uwierzyć w powiedzenie, iż praca uszlachetnia.

Wczoraj na ten przykład zasuwałam w macierzystej placówce przecznicę obok. Z plusów - brak schodów, reszta minusy. Żywię toteż nadzieję, że to roszada jednorazowa była.

Dziś na ten przykład na pytanie wielce zadowolonego pana szefa, bo mu się biznes zaczął naocznie rozkręcać, czy: "evryfing ołrajd pusta_literatko", syknęłam pod nosem: "very kur** ołrajd" i już. Do tej pory nie wiem, czy to usłyszał czy nie. W każdem bądź razie zakasał na chwil kilka rękawy, niosąc mi doraźną pomoc.

Jutro na ten przykład mam dej off.

Uff.

sobota, 26 lipca 2008

kolejny "walor" bycia za granicą.

A już za parę godzin Jula stanie na ślubnym kobiercu.

W odbiciu jego okularów ujrzy swoje szczęście, powie krótkie 'tak' i powiozą ich windą do nieba.

Mnie pozostaje być tam tylko mentalnie...

Ech! 

niedziela, 20 lipca 2008

oj.

Gwoli ścisłości: nie zamykam Graciarni i, póki co, takie myśli nie plączą mi się po głowie. Ja? Grafomanka. Bez bloga? To jakby klauna pozbawić czapeczki, a świnię koryta. No.

Poza tem zimno i nieco kacowo. Nie wiem tylko czy zimno, bo kacowo, czy kacowo, bo zimno.

Poza tem, będąc wczora w gościach naoglądałam się zdjęć z Hiszpanii i ja tam chcę. Lazur nieba i wody w basenach, zieleń palm oraz barwność uliczek w zestawieniu z namacalną burością dublińskich bruków nie wpłynęły na mnie pozytywnie otóż. Że już o tutejszym wietrze i deszczu nie wspomnę. Choć w sumie to nie ma się co czepiać. W zeszłym tygodniu padało tu TYLKO dwa razy: raz trzy dni, a drugi raz cztery.

Poza tem jest lato. Kalendarzowe. Chodzę w krytych butach, bluzkach na długi rękaw i kurtce, porą bardzo ranną to nawet owijam się chustą.

Poza tem dylemat mam, co z tymi koszulkami na ramiączkach zrobić, co je byłam naprzywoziłam z Polszy? Chyba na szmaty do podłogi podrę, albo se ręcznie pozszywam kilka, dorzucę ze dwa trójkąty z manilii i stworzę patchwork. I będę niebanalna artystka. O!

 

piątek, 18 lipca 2008

dlaczego ludzie zamykają blogi?

Bo tęsknią za absolutną anonimowością? Bo mają dość mentalnej prostytucji? Bo tracą wenę, czas, serce do pisania?

Pewnie każdy z innego powodu, co?

A targowisko próżności czynne nadal. Całodobowo. Zmieniają się tylko straganiarze... i ich różnej jakości towar.

wtorek, 15 lipca 2008

so...

... napisałabym tu co nowego, ale nie bardzo mam co. Bo tak: abo siedzę w pracy (tam siedzę! - latam po schodach, o czym już tu chyba Państwu nadmieniłam), abo siedzę w domu (tam siedzę! - ganiam z odkurzaczem, szmatkami, stoję nad garami, piorę, wieszam, układam).

Uprawiam też czasem szerokopojęty shopping (doping, trening, mobbing, petting - to luźne skojarzenia lingwistyczne) i powiem Wam, że u nas, (tam u nas! U nich, w Irlandii znaczy, to już SOM kolekcje jesienne. Mniej cekinów, więcej futerek. W samym epicentrum blichtru się znajduję, to wiem, co mówię. Kolorystyka dość nachalna, fasony niemniej, zatem fenkju very mucz, obkupię się październikową porą w kraju mem rodzinnem. Zresztą ten urlop jesienią to ma też plusy. Zakładam, że pogoda będzie zbliżona do ichniej, słonka się raczej nie nachapię, toteż z mniejszym żalem powrócę tu.

Powrócisz tuuuu, gdzie nadwiślański brzeg,
powrócisz tuuuu, zza siedmiu gór i rzeeek.
Powrócisz tuuuu, gdzie płonie słońcem wrzos i głóg,
gdzie cienie brzóz, piach mazowieckich dróg.

Mazowieckich? Przecie ja ze Śląska. Dolnego na domiar.

A teraz o mem życiu towarzyskim będzie. Krótko będzie. Któryś ze Starszych Panów czy tam innego kabaretu "Dudek" powiedział kiedyś, że "jedyne życie, które ma sens to życie towarzyskie".

Z kraju św. Patryka nadawała dla Państwa zatem literatka_denatka ;]

czwartek, 10 lipca 2008

pracowo.

9 i pół ha w robocie. Nie jest dobrze.

Perspektywa urlopu na przełomie października i listopada nie dodaje mi animuszu. Bynajmniej.

A, a jedną dziewczynę z najdłuższym stażem, co to najlepiej pracowała, przeniesiono do siedziby głównej przecznicę dalej w ramach nagrody (?). Gdzie zapieprza pod okiem szefostwa, kamer i z nikim się dogadać nie może, bo tam podobno angielski kulawy. Smutno jej, śle tęskne sms-y, a pan boss niewzruszony sytuacją dokonuje kolejnych niezrozumiałych roszad personalnych. 

Wnioski czemprędzej wyciągnęłam offkors i w ramach asekuracji serwuję sobie czasem lejzi minyts. Za wyjątkiem dnia dzisiejszego, kiedy to przekonałam się, że założenie niemal barchanowych majtasów nie było pomysłem trafionym. Rzucono mnie bowiem na sektor wyjątkowo ruchliwy i parny, toteż pot mi ciekł (albo cieknął) po d**** i nie ma w tym ani krzty hiperboli literackiej.

wtorek, 8 lipca 2008

liryka, liryka tkliwa dynamika.

Matkoboskojedynokochano! No niech mnie kto trzepnie raz a dobrze, bo jak ja tu zacznę meblować kącik, kurna, poezji, to po Was!

Zresztą mnie się wydawało, że ja już z tego wyrosłam. Ot, jak wyrasta się z miłości do Toma Cruise'a czy ze starego palta. Owszem, w liceum to ja uduchowiona byłam. Norwid, Barańczak, Watt, Wittlin, Szymborska, Kozioł, no i obowiązkowo raz na dzień haiku!

Ale żeby tak po trzydziestce?! Wtykać metaforykę wiersza w swój żywot? Analogii szukać? To przez Irlandię! Jak nic przez Irlandię! I przez przeterminowane (listopad 2007), acz wartościowe "Zwierciadło".

Gwiazda, pyłek na nieba ogromie,
Widząc mnie w dole, rzuca pytanie: "Cóż, żyjemy obok (na poziomie
Różnym wprawdzie): Co tam masz w planie - -
Masz w planie?".

Odpowiadam: "Jeśli się nie mylę –
Czekać, póki mi większych zmian
Nie przyniesie bieg Czasu".  " A, tyle?",
Mówi gwiazda," Cóż, to i mój plan - - 
I mój plan”. 

                    Z antologii Stanisława Barańczaka "Fioletowa krowa"

No. I tyle w tematyce moich planów. U Was pewnie bardziej klarownie, hę? ;]

_________________

A z pytań prozaicznych to mam takowe, jak do cholery na bloxie zrobić normalny enter? Bo ten podwójny to mnie kole!

poniedziałek, 7 lipca 2008

life is brutal.

Z powodu przeludnienia staffu (to opinia pana bossa, ofkors) wyleciała z pracy dziewczyna, choć logicznie rzecz biorąc powinnam wylecieć ja, bom najmłodsza stażem. O incydencie "z dnia na dzień" dowiedziałam się post factum.

Mnie uratowała aparycja i koneksje.

Nie najlepiej się z tym czuję.

Mimo wszystko.

 

sobota, 5 lipca 2008

klamra kompozycyjna - aneks z "jutra", które, jak ktoś słusznie zauważył w komentarzach, jest pojęciem względnym.

10 lat temu moja przyjaciółka z lat szkolnych opuszczała Polskę w poszukiwaniu szczęścia w Irlandii. Znalazła je. Kosztem wielu wyrzeczeń bezsprzecznie: zmieniła kilka prac, osiągnęła wysoki status zawodowy, skończyła Trinity College, wyszła za mąż, kupiła dom w Krakowie. We wtorek wyjechała z Irlandii na zawsze (?). Teraz będzie meblować ów dom i płodzić dzieci.

W ciągu tego czasu nasze drogi wielokrotnie rozwidlały się i schodziły. Ja zupełnie nieplanowo pojawiłam się w Irlandii, ale opuściłam ją równie nieplanowo, potem znów się zeszły, bo ja wróciłam do Irlandii, teraz rozeszły się chyba na dobre. Mimo iż czas bezpardonowo poprzestawiał nasze relacje, schłodził i zdystansował, to w środku pozostał dawny sentyment i serdeczna sympatia.

Gdy wyjeżdzała 10 lat temu z małej mieściny wprost do wielkiego Dublina to ja pomagałam jej się pakować. Wszystko, co cenne musiała zabrać ze sobą w jednej torbie o ustawowej wadze. Na drogę dostała kanapki mojej mamy oraz przysłowiowy krzyżyk.

Teraz znów ja aktywnie uczestniczyłam w jej pakowaniu. Pół domu z 10-letnim dobytkiem i brak czasu na słuszną selekcję. Ona rozedrgana emocjonalnie, ja mocno stąpająca po ziemi. Ja widziałam  jej łzy, ona moich nie.

SMS już z Krakowa ucieszył mnie wielce: "Droga... Bez Ciebie nie ogarnęłabym tego wszystkiego. Dziękuję za zdrowy rozsądek".

A teraz... cóż. Niechaj mebluje. Niechaj płodzi.  

niedziela, 29 czerwca 2008

nocne Polaków rozmowy.

Bilet tramwajowy - 1,50. Chleb - 2,50 euro. Pastella z tuńczyka - 2,90. Latte - 3,50. Waniliowy balsam w body shopie - 10 euro. Koszulka w zarze - 11,90. Korale w pull and beer 15,90. Torebka w marksie&spencerze - 29,90. Sukienka w arnotsie - 39,90. Perfumy w debenhamsie - 49. Nocna rozmowa telefoniczna z naprutym, acz bliskim mi wielce kolegą - bezcenna.

I ten jego wtręt w co 4 zdaniu: "Zauważyłaś, że w rozmowie z Tobą co chwilę mówię, o czym ja mówiłem?" ;)

Za wszystko inne zapłacisz kartą mastercard.

czwartek, 26 czerwca 2008

wybiła 4:29.

Nie mogę spać.

Czy można odzwyczaić się od snu? Tak normalnie, jak odzwyczaja się od kolejnych pór roku, jedzenia kaszy czy też już niepotrzebnych nam ludzi?
Wówczas mielibyśmy 24 godziny dla siebie, dla swoich myśli, dla swoich potrzeb.
Bo co głowa - to inne potrzeby. Taka moja na przykład... Ooo, ta to ma pragnień!


Słońca! Jeszcze kilka podobnych jak teraz dni z niebem płaczliwym, granatowym i kłębiastym, a ja zwariuję mentalnie!

Coś zaczyna piszczeć. Oj nie w trawie! Wszak nie jestem na łące! Tu, acz nie wiem, gdzie. Nie umiem znaleźć źródła. Nie wiem tylko, czy to w mojej laptopce czy też w mojej głowie.

"A w mojej głowie wojna myśli niespokojnych..."
"Mądrej głowie dość dwie słowie".
"Koń ma duży łeb - niech się martwi".

Jestem głodna.

śniadanie: płatki zbożowe z musli z zimnym mlekiem
II śniadanie: pół tostosowanego cynamonowego bejgla ze słonym masłem
obiad: kilka gryzów chicken panini, plasterek pomidora z mozarellą, reszta do kubła
kolacja: kanapka z żółtym serem i ogórkiem nieskonsumowana do końca.

A jeść? Można się odzwyczaić? Bo ja generalnie z tej czynności czerpię mało radości. Mogłabym śmiało przyjmować pokarmy dożylnie.
Celebrowałabym jedynie picie. Herbaty, kawy, czekolady na gorąco, soków, wina oraz wódki.

Ziewam.

Z proroctw na dzisiejszy poranek: obudzę się z opryszczką na górnej wardze.
Kto się ze mną założy, że tak?
O co?
O kamyk zielony.

wtorek, 24 czerwca 2008

co na to sennik? co na to wróżki? co Wy na to? ;]

Dziś koleżanka w pracy oznajmiła mi, że śniłam się jej minionej nocy - nie pamięta jednak kontekstu. "It łos najs drim" - rzekła.

Leelooo donosi mi na swoich włościach, że u niej również gościłam nocą - nie pamięta jednak kontekstu.

A mnie tymczasem śniła się wojna! Polsko-austriacka! W mojej rodzinnej mieścinie. Alarmy, syreny, niemieckie nawoływania z megafonów, wojsko, pociągi. Mnóstwo nadjeżdżających pociągów z Pragi. I kontrast: długie, współczesne, srebrne, lśniące maszyny pełne starych ludzi z szarymi, płóciennymi tobołkami. Strach, groza, panika! No i wyraźny kontekst! Sytuacyjny kontekst!

Kilka tygodni temu Oświęcim, teraz taki obrazek. Nie wiem, co o tym sądzić, Drogi Pamiętniczku. Czyżbym w poprzednim życiu była pociskiem? A może lufą?

Od czołgu! ;]

poniedziałek, 23 czerwca 2008

historyjka obrazkowa.

W weekend mogłam grzać się tak:
  ale grzałam się tak:


To przez tę samotną noc... Z miejsca dostałam temperatury, dreszczy no i grypy w ogóle. W tematyce duchowej (nie duchownej) zatem nie mam nic Państwu do powiedzenia, bowiem nie zweryfikowałam czy moje majaki to ingerencja sił nadprzyrodzonych czy też pospolita gorączka sobotniej nocy (SIC!) ;]

sobota, 21 czerwca 2008

"ciemno już, zgasły wszystkie światła, ciemno już, noc nadchodzi głucha".

Ja dziś całą noc sama. Sama jedna w obcym mieszkaniu, obcym mieście, obcym państwie. ROZUMICIE powagę sytuacji?

Musiałam ten fakt tutaj odnotować toteż.  

Co robić? Co robić? Natychmiast zagonić się siłą do snu. Wyłączyć komputer, bo jeszcze niedajboszzz wena przyjdzie i wtedy to już po mnie, po Was i po ptokach. 

No i co najważniejsze, nie parać się paranormalnymi zjawiskami natenczas!

Bo przecież duchów nie ma, prawda? Nie ma, prawda?

<zza kominka dało się słyszeć świst wiatru, chrząknięcie ni to człeka, ni to zwierza, grube story falowały w oknie niczym silikonowy biust Pameli Anderson podczas kręcenia "Słonecznego patrolu">

piątek, 20 czerwca 2008

jadło(?)spis(z).

Truskawek Kce! Mogą być niemyte i prosto z ziemi. Choć nie ukrywam, iż wolałabym ze śmietaną i cukrem, gniecione widelcem.

A kiedy owocują czereśnie? Bo też bym Kciała. Bordowe, słodkie, dojrzałe, niewykluczone, że z robakami. Znów zjadłabym całą torebkę i znów bolałby mnie brzuch. Zawsze boli. Rok w rok. Żadnych wniosków na następne lato. Żad-nych!

I zielonego groszku bym Kciała! Takiego prosto z krzaka. Bez białego robaka. Po nim też mnie boli brzuch. Jak przesadzę. Z jedzeniem przesadzę. Nie sam groszek dosłownie.

A kiedy wschodzi kalarepka? Reflektuję na krojoną w talarki, w soli maczaną.

Skulona w piątym kącie pokoju wymyślam menu...

na życie.  

czwartek, 19 czerwca 2008

Rosja - Szwecja.

JeszczeNieMąż zaaferowany meczem, ja z słuchawkami na uszach, ale słyszę jego komentarze. Uprzednio ustalone kto za kim - ja zawsze w opozycji ;]

J-N-M: Kur**, Rosja poprzeczka. Strzeliliby drugiego gola, ech poprzeczka, kurna no.

Ja (podchwyciwszy): Kurnaaaa nooo.

J-N-M: A Ty co? Przecież za Szwecją jesteś.

Ja: Acha, no tak.

poniedziałek, 16 czerwca 2008

euro 2008 - dykteryjka na otarcie łez.

Futbolem zaczęłam interesować się jakoś mocniej dwa lata temu. Wtedy też dowiedziałam się, co to korner, poznałam arkana karnych i spalonych, wdrażałam się w nazwiska. Oto retrospekcja:

Mecz Polska - nie pamiętam kto. Oglądam z JeszczeNieMężem. Nagle w tv słyszę: "A teraz w polskiej drużynie zmiana. Wejdzie DUDKA".

Ja (polonistka!): DUDKA, to jakaś rodzina tamtego DUDKA?

Kurtyna!  

piątek, 13 czerwca 2008

hipochondria?

O wczorajszej zagrywce sprawiedliwego sędziego angielskiego to ja się nawet nie wypowiem, bo musiałabym klnąć siarczyście, a nie chcę, bo mam bloga kulturalnego ;]

Za to o dzisiejszym mym samopoczuciu dla równowagi się wypowiem. Otóż czuję się źle.

Koleżanka przywiozła prosto z Bangladeszu świeżą anginę, więc ja chyba zanabyłam od niej. Oby anginę! Bo jeśli to malaria czy inny tyfus plamisty to po mnie. Ona zaszczepiona - przeżyje, a jaaa???

Kocham Internet: "Choroby zakaźne w Bangladeszu. Stopień ryzyka - wysoki; choroby przenoszone drogą pokarmową: biegunka bakteryjna, zapalenie wątroby typu A i E, tyfus; choroby przenoszone przez owady: wysokie ryzyko dengi i malarii w niektórych okolicach; choroby przenoszone przez wodę: krętkowica; choroby przenoszone przez zwierzęta: wścieklizna; patogenna odmiana ptasiej grypy H5N1".

Łojesuuu ;]

środa, 11 czerwca 2008

przepis na zupę (chłit maketingowy) ;)

No tak! Człowiek chce się podzielić z bracią bloxową ostatnio obejrzanym filmem, to od razu, że Yntelektualnie ;) Ale fakt, wyższe tony pasują graciarni jak świni siodło, toteż w mig wracam do swego prawdziwego poziomu i napiszę Państwu o tym, jak to przedwczoraj wyszłam z pracy w jednym bucie pracowym, a drugim wyjściowym. Oba czarne, więc nie rzucałam się zanadto w oczy. Tylko szło się jakoś nierówno, bo jeden o powierzchni płaskiej, a drugi na minimalnym podwyższeniu. Tuż za winklem zareagowałam odpowiednio i wróciwszy (pod pozorem nie wzięcia jacketu), ozułam się poprawnie.

A dziś gotuję zupę. Składniki oto:

  • ziemniaki
  • marchewka
  • kostka rosołowa knorr
  • kostka wołowa knorr
  • koperek suszony kamis
  • pietruszka suszona kamis i kilka innych kamisów.

No co? Czy ja mówiłam, że to będzie wyszukana polewka syberyjska z soczewicą na maśle i tajskimi krewetkami? ;]

sobota, 7 czerwca 2008

"korowód" Stuhra, Grechuty, nasz.

Stając zapatrzeni w obłoki i niebo
Zapatrzeni w tańcu, zapatrzeni w siebie
Wciąż niepewni siebie, siebie niewiadomi
Pytać wciąż będziemy, pytać po kryjomu [...]

Obejrzałam "Korowód". Udane debiuty, absolutnie sugestywna rola Frycza, typowo Stuhrowska wnikliwość reżyserska.

Tak, podobał mi się. Tak, zadumanam.

Bo, zdaje się, że każdy z nas czasem pędzi w korowodzie tajemnic, kłamstw, strachu, ułudy, zdrady, miłości, pazerności...

Przodem. Tyłem. Bokiem. Podrygując. Poczłapując. Idąc pewnym krokiem.

piątek, 6 czerwca 2008

www.google.pl

Pragnę na łamach mojego bloga pochwalić nowy, pewnie krótkotrwały wizerunek google, który to jest ni mniej ni więcej, tylko wdzięcznym obrazkiem barokowego artysty, Velazqueza.
Bardzo mnie się to zestawienie widzi, bardzo.

To była literatka wrażliwa na sztukę.
A teraz literatka prozaiczno-nieudaczna.
Wychodząc z pokoju do łazienki, łupnęłam całą swą siłą w kanciastą futrynę, zobaczywszy na chwil kilka ciemność na przemian z gwiazdami. Lód prosto z zamrażarki oraz zimne sztućce prosto z suszarki może i ból złagodziły, jednak śliwka pozostaje śliwką. Zdaje się, że na dłużej.
Jutro praca. Wśród ludzi. Obciąć grzywkę do brwi czy opatrzyć czoło plasterkiem z zestawu turystycznego otrzymanego od mamusi na mą drogę cierniowo-obczyźnianą?
Natenczas pomacham sobie metaforycznie wachlarzem tematycznym przez Was sporządzonym ;]
Lepiej.

czwartek, 5 czerwca 2008

niedziela, 1 czerwca 2008

Polaki - buraki.

Ponieważ czasem dobrze jest pointegrować się pracowo, tak też uczynił JeszczeNieMąż, przyjmując (bez zupełnego przekonania) propozycję wspólnej wycieczki samochodowej po zakamarkach irlandzkich z dwoma kolegami z IBM-a. Plus ja.

Całą niedzielę biernie lansowałam się w krwiście czerwonej fieście po tuningu. Z szyberdachem, szerokimi oponami, alufelgami, że hoho, kwadrofonią, z której wypływały niepokojąco namolne łomoty techno. No zasadniczo to każdy się za nami oglądał. Każ-dy! W zakręty wchodziliśmy z 80 na liczniku, autkiem miotnęło, o dziwo, tylko raz, a tematyka rozmów skończyła nam się właściwie już na początku wycieczki.    

Bożesztymój!!!

Nieee, no może i oni są specami w swej dziedzinie, pewnie też znają dobrze angielski, ale jakem żywa, nie wiedziałam, że ludzie z poważnym dyplomem w ręku oraz niemałym stażem w creativach i innych dellach mogą mieć w głowie takie ubytki!

JeszczeNieMąż też nie wiedział. Teraz, kiedy już wie, nie wie, co z tą wiedzą zrobić ;]

Popelina, panie!  

A, widoczki piękne, jakby co. Góry strome, morze wzburzone, wiatr porywisty.

piątek, 30 maja 2008

najważniejsze, by nie patrzeć w dóóóóół.

Jeszcze dziś i jutro, jeszcze dziś i jutro, jeszcze dziś i jutro.

"Niebieski kwiat i kolce, niebieski kwiat i kolce, niebieski kwiat i kolce".

A co potem? Potem trzydniową labę bezpracową mieć będę!

Istotnie, na obczyźnie niewiele mi potrzeba do szczęścia. 

niedziela, 25 maja 2008

"szto z nimi zdjełał snieg i marozy" ;]

Wieczorek meksykański urządzony w naszym domostwie nieoczekiwanie przerodził się w wieczorek rosyjski, bowiem na stole obok tortilli z chili oraz tequilli, wylądował dostojny smirnoff i ruskij standart (pisownia nieoryginalna, niestety). Brakowało jedynie ruskich pierogów, no ale żadna z pań nie kwapiła się, by ich spontanicznie nalepić. O dwudziestej pierwszej zwłaszcza ;]

Najwymowniejszym akcentem imprezy był absolutny szlagier lat 90. (?) Pamiętacie???

http://pl.youtube.com/watch?v=tr1_-Aqq3Vs 

(linka podaję, bo nie sądzę, by udało mnie się wstawić wbudowany film, mimo iż wszyscy wokół udzielali sąsiedzkiej pomocy w tematyce youtubowej)

P.S. Moje tany zawierały zbliżoną dawkę ekspresji, co grupy baletowej pana wokalisty. Wiłam się niamal jak ta blondyna odziana w kusą czerń ;P Teraz tylko pozostaje mi dopracować skomplikowane ruchy kończynami górnymi. Żeby w symbiozie z dolnymi były. 

Pani w różowych leginsach żwa-wo, żwa-wo!

środa, 21 maja 2008

1 life. 1 body. 1 escape.

Ledwom co się otrząsnęła z traumatycznych przeżyć saunianych, a tu mi fitness club przesyła już drugą w tym tygodniu fir-mo-wą pocz-tów-kę, zwracając się do mnie nie inaczej, jak:

Dear Pusta_literatko (tam pada moje imię, ale jak wiemy, znamy się tu nie z imienia) ;) A dalej: Thank You for taking the time to visit us at 1 escape. I look forward to welcoming You as a new member soon! 

Na razie środę mamy. Do piątku wieczór (bo tylko wtedy chadzać mogę) może ogólna awersja ustąpi i z wypiętą do przodu piersią pognam, by sztachnąć się irlandzką parówką again. Póki co, na samą myśl blednę punktowo ;]

poniedziałek, 19 maja 2008

tytuł? yyy...

W owym fitness clubie z rzeczy ciekawych to nieopatrznie wlazłam do szatni męskiej, która od szatni żeńskiej (7 schodków niżej) nie różni się absolutnie niczym. Oprócz żywego inwentarza oczywiście. Spoczęłam na pufie, podparłam się na łokciu, bo to był moment tuż po opuszczeniu kąpieli parowych i nieco słabo mi było. Przeszło koło mnie dwóch panów owiniętych ręcznikami, ale jakoś nie zakonotowałam tego faktu. Dopiero przemarsz pana bez ręczniczka wokół bioderek zmusił mnie do refleksji, że chyba pomyliłam pięterka i czemprędzej opuściłam miejsce golizny męskiej, zbulwersowana, a juści ;P

A w nocy to śnił mi się obóz pracy. Układ bloków jak w Oświęcimiu. Zima. Ja - więźniarka. W tle siedziba główna. W oknie przemawiający Hitler. Jakem żywa!

    

sobota, 17 maja 2008

literatka po oparach, czyli uboczny efekt sauniany.

Otóż było to tak. Do sauny przygotowałam się godnie. Wpierw, zapoznałam się drogą internetową za pośrednictwem wuwuwu.google.peel z zasadami korzystania z tejże, co wolno, czego nie wolno, no żeby wiedzieć dokładnie, a nie polegać na intuicji lub leźć za tłumem. Potem zastosowałam peeling gruboziarnisty na całe ciało, potem enzymatyczny na twarz, potem szklanka wody do brzucha i poszła.

Sauna fińska - trzy sety przeplatane zimnym prysznicem, jaccuzzi, sauna rzymska (termy znaczy) - trzy sety przeplatane zimnym prysznicem.

Dopadło mnie nocą... Odwodnienie organizmu i towarzyszące temu prawie omdlenie w kuchni, zawroty głowy, bóle głowy, piszczenie w głowie, torsje i ogólny stan pod tytułem: omójboszzzzarazchybazejdęztegoświata!!!

Jak Państwo widzą, nie zeszłam i mam się coraz lepiej. Zważywszy, że cały dzień spędziłam w pracy niemalże podłączona do kranika z coca-colą, to można by mnie uznać za bohaterkę. Nie wiem, czy zregenerowałam już organizm i nie wiem, jak to sprawdzić, drogi pamiętniczku. No bo tak, pić to już mi się nie chce, mimo iż wszyscy na około każą pić, ciało wydaje mi się być odpowiednio nawilżone, nie odczuwam suchości w gardle.

Czy jest na sali lekarz? ;]

czwartek, 15 maja 2008

literatka w oparach. nie mylić w opałach ;]

A jutro piątek i ja znów pójdę do tego fitness clubu, gdzie równo temu tydzień zainaugurowałam wizyty i z wrażenia zapomniałam była Państwu opowiedzieć.

Otóż tamże postawiłam głównie na relaks, mocząc swe umęczone pracą ciało w jaccuzzi, które produkowało taką masę bąbelków, żem wyszła po godzinie wymasowana praktycznie wszędzie. Następnie udałam się do basenu, przekonana o swych umiejętnościah pływackich zanabytych minionych wakacji w Jeziorze Nyskim. W basenie niestety nastąpiło zdziwienie na skutek wyraźnego regresu pływackiego mego. Okazało się bowiem, że jednak pływać nie umiem, a żeby tego było mało, cofnęłam się do poziomu sprzed pamiętnych wakacji i pa-nicz-nie boję się wody. Postałam, podrżałam (trochę z zimna i trochę ze strachu), kilka razy próbowałam rzucić się w błękitną otchłań, ale chlorowana woda jakoś nieszczególnie mi posmakowała, na plecach też nijak mi szło, toteż poczłapałam do sauny. Najpierw fińskiej, a potem chyba chińskiej, bo w niej większość Chińczyków a jeden to nawet z miejscówką koło mnie. Komizm sytuacji i duszności nie pozwoliły mi na dłuższy pobyt w oparach, ponadto z megafonów rozległ się głos męski upraszający użytkowników o prędziutki wymarsz z miejsca rekreacji i wypoczynku, bo 9.30 Pi.eM dochodzi.

Tyle.

A nie! O klapkach zapomniałam. Z powodu nieposiadania w ogóle własnych występowałam w nie własnych, większych o 4 numery, bagatelka, co nieco utrudniało mi poruszanie się po powierzchniach płaskich. Rozważałam wzięcie kapci domowych (wersja wsuwana), ale mnie odwiedziono od pomysłu, bo niby nie wypada. A w pasiastych pidżamach ulicami chodzić to wypada?! A w japonkach wczesną wiosną? I to bynajmniej nie Japonki!

No w każdym razie mam już własne. Bo kupiłam. Na jutrzejszą okoliczność.

Tyle.

niedziela, 11 maja 2008

matury ciąg dalszy...

Przepraszam wszystkich za monotematyzm, ale muszę. Inaczej się uduszę ;) Otóż dziś będzie o poziomie rozszerzonym, gdyż tamże pojawił się tekst mojego mistrza, o którym pisałam już TU i może gdzieś jeszcze, ale nie pamiętam gdzie. Kto ciekaw, niechaj przetrząchnie archiwum.

Oto fragment "Kamienia na kamieniu" Wiesława Myśliwskiego. Ten gawędziarski styl, ta urzekająca prostota, boszzz!

Postanowiłem napisać list do Antka i Staśka w sprawie tego grobu. Poszedłem do spółdzielni, kupiłem papier, obsadkę, stalówkę, atrament. Bo kiedy ja do kogo list pisałem? Nie umiałbym sobie nawet przypomnieć. Ani do szkoły z domu nikt teraz nie chodził, to nie były potrzebne. Gdzieś się jeszcze pusty kałamarz walał z czasów, kiedy matka jeszcze żyła i do nich pisała. Bo ja ani do nich, choć bracia, nie pisałem, odkąd z domu wyszli. Ani oni do mnie. Tak się jakoś układało. Oni w mieście, ja na wsi. Oni swoje życie, ja swoje. To o czym tu pisać? Co we wsi, miałem im pisać, kiedy może nie bardzo chcieli już wsi pamiętać? A pchać się ze swoim życiem w czyjeś życie, choćby brat bratu, co to komu pomoże? Zresztą raz na dwa, trzy lata któryś wpadał, to się mniej więcej wiedziało, co u niego. Ten był za granicą, a ten kupił samochód. Ten dostał mieszkanie, ma trzy pokoje z kuchnią, a ten się z żoną rozszedł i drugi raz się ożenił. Ten ma córkę i syna, a ten tylko syna, ale nie chce się coś uczyć. A co u mnie, no, to kiedy umarła matka, wysłałem im telegram: „Matka umarła. Przyjeżdżajcie”. A za parę lat drugi: „Ojciec umarł. Przyjeżdżajcie.” I to wszystko, co u mnie. Zresztą, gdyby nawet więcej, czy chcieliby słuchać? […]

Ale grób to grób, raz na całe życie się buduje, to musiałem ich spytać, czy chcą razem ze wszystkimi leżeć, bo zaplanowałem osiem kwater, żeby dla nich też było. Czy może wolą tam, u siebie, to bym sobie kosztów darmo nie robił i mniejszy bym postawił. A choć życzę im, niech żyją jak najdłużej w szczęściu, zdrowiu, to przecież kiedyś wszyscy muszą umrzeć, bo wszyscy, co żyjemy, umrzemy. I niech mi zaraz odpiszą, bo mam miejsce wykupione, cement załatwiłem, i z Chmielem jestem ugadany. […]

Chyba po miesiącu przyszedł list od nich, że przyjeżdżają w najbliższą niedzielę. Nie wiedziałem, wierzyć, czy nie wierzyć. Ale wysprzątałem izbę. Oblekłem pościel. Przyniosłem ze strychu pierzynę po matce, bo była największa. A choć w jednym łóżku mieli spać, to dwie poduszki im dałem, żeby głowy mieli osobno. I słomę w sienniku zmieniłem. Dwa snopki cepami wymłóciłem, żeby mieli nie zmierzwioną. Choć mi z trudem przyszło ustać na tych moich kulasach. Musiałem sobie sieczkarnię pod plecy przyciągnąć i się na niej oprzeć, bo nie dałbym rady. I nawet im suszonej macierzanki przeciw pchłom pod prześcieradło pokładłem, jak robiła to matka. […]

Przyjechali. Ale ledwo co w próg weszli, dzień dobry, dzień dobry i od razu zaczęli się ze mną kłócić. A to, że nie ma u mnie na czym usiąść, tylko wciąż ta sama stara ława i jedno krzesełko. Że stół ten sam od wojny jeszcze. Że podłogi czego sobie nie sprawię? Czego sadu nie założę? Czego się nie żenię? Gospodyni mi potrzebna! Na księżniczkę czekam? Czego to, czego tamto? Czego? Czego? A o śmierci ani słowa. Jakbym w ogóle do nich listu
nie napisał.

Tak mnie to ścięło, że mało co się odzywałem. I z tego wszystkiego zapomniałem ich się nawet spytać, co u nich? I te pół litra wódki, co kupiłem na ich przyjazd, nie przyznałem się, że mam. Bo i po co? Pić pod kłótnię? Może zdarzyć się kiedyś jakaś lepsza okazja. Wtedy się i napijemy, i pogadamy jak bracia. Bo gdy się bracia raz na tyle czasu z sobą spotykają, powinni mieć o czym pogadać.
O, niejeden dzień, niejedną noc można by przegadać. Gdyby nawet się nie chciało, to od czego są słowa? Słowa same poprowadzą. Słowa wszystko na wierzch wywleką. Słowa i z najgłębszej głębi wydrą, co gdzieś boli i skowycze. Słowa krwi upuszczą i od razu lżej się robi. I nie tylko obcych, ale i rodzonych braci słowa potrafią odnaleźć dla siebie, że się znów braćmi poczują. Choćby się roznieśli w różne i dalekie strony, słowa ich zawrócą z powrotem do tego jednego ich życia, z którego, jak ze źródła, się poczęli. Bo słowa to wielka łaska. Cóż ma tak naprawdę człowiek więcej prócz słów dane? I tak nas wszystkich czeka kiedyś wielkie milczenie, to się jeszcze namilczymy. Może przyjdzie nam ściany z bólu drapać za najmarniejszym słowem. I każdego słowa niewypowiedzianego na tym świecie do siebie będziemy jak grzechów żałować. Tylko że będzie za późno. A ileż takich słów niewypowiedzianych zostaje w każdym człowieku i umiera razem z nim, i gnije z nim, i ani mu potem w cierpieniu nie służy, ani w pamięci. To po co jeszcze sami sobie zadajemy milczenie?

Choć może to była moja wina. Bo kiedy ich zobaczyłem, nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć, i powiedziałem zwyczajnie:

 – O, przyjechaliście.
Jakby z pola przyjechali, z jarmarku w mieście, z drugiej wsi. A przecież ze świata przyjechali.

Temat maturalny brzmiał: Rola słów w relacjach międzyludzkich...

A w Waszym życiu jaką pełnią rolę?

Przystańcie... Pomyślcie... Powiedzcie... 

poniedziałek, 5 maja 2008

matura z języka polskiego 2008.

Od momentu zaliczenia własnej, rok w rok śledzę tematy. Poniekąd to zboczenie zawodowe. Te dzisiejsze zaskoczyły mnie wielce. Łatwością zwłaszcza. Poziom podstawowy zwłaszcza: Mickiewicz, Przerwa-Tetmajer oraz dobra na każdą okazję "Lalka". A jako tekst czytany ze zrozumieniem - Igor Janke. O blogach tekst. Publicystyczny tekst.

Bogu cześć i chwała, że MEN-owska komisja nie wykukała w googlach mej graciarni i nie włączyła w zagadnienia maturalne ad exemplum. Bo jedno z pytań to brzmiałoby:

Autorka bloga, przedstawiana w dalszej części jako pusta_literatka jest istotnie:

a. pustą literatką, której niespełnione marzenia na gruncie szerokopojętego pisarstwa skłoniły ją do założenia próżnego bloga,

b. kobietą o swobodnej inklinacji alkoholowej, w życiu której prym wiedzie wiecznie opróżniana przezeń szklanica wysokoprocentowego trunku,

c. nie do końca zrównoważoną emocjonalnie pacjentką z tendencjami ekstrawertycznymi prywatnej kliniki "Piękny umysł",

d. tworem wyobraźni samej autorki.

I pomyśleć, że kiedyś targnęłam się na temat: Taką jeszcze ankietę rozpisać by może, co bohater powieści sądzi o autorze... Nie, nie w ogólniaku . W podstawówce, żeby śmieszniej było.

Na maturze to ja pisałam o moralności, proszę PaPaPaństwa. My moralni - my niemoralni, ściślej.

Wyszło mi tego ze 9 stronic. In extreme. A moży i wincej...

czwartek, 1 maja 2008

witaj maaajowa jutrzenko ;)

Jako, że dziś święto pracy, to ja w niej spędziłam bite dziewięć i pół ha. Ta!

Toteż Państwo pozwolą, że lada chwila udam się na pochód. Do łazienki. A potem do łóżka ;)

A, i opowieści o dłuuugim weekendzie w górach czy nad morzem, to niechaj mi Państwo odpuszczą, dobrze? ;) W trosce o moją psychikę choćby.

sobota, 26 kwietnia 2008

tytułu nie będzie, bo nie mam koncepcji.

Cały tydzień przeleciał mi równie żwawo, co i jego początek, w związku z czym nie byłam twórczo dysponowana. Teraz zasadniczo też nie jestem, ale nie ma co czekać na metafory kwietyzmu pełne, co to je sobie wyhoduję w głowie. Pisać trzeba. Cokolwiek. Bo mi czytelnictwo spadnie ;]

Ponieważ zapracowanam wielce była, to całkowicie zapomniałam o Dniu Książki mianowicie, nad czym ubolewam. Dzień Ziemi też był podobno - to jakby obchodzi mnie mniej, choć dla jasności ekologię popieram. Jeszcze jakie święto uszło mojej uwadze?

A wczora z wieczora, kiedy to przygotowywałam sobie kąpiel relaksacyjną piany dove pełną, moja komórka też postanowiła się wykąpać. Prosto z kieszeni mych sztruksów dała nura w otchłań wanienną.

Nie działa do teraz!

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

wzięte z życia.

Dzień zaczęłam dość żwawo jak na mą flegmatyczną naturę, zrobiwszy obiad o 9. rano mianowicie. Po czym krokiem marszowym udałam się do pracy, w której to krokiem podobnym przemieszczałam się z jednego pięterka na drugie. Schodami, nie windą! Wróciwszy, troskliwie uprałam bieliznę, wywiesiłam gdzie się da, a nie wszędzie się daje, jak wiadomo, i teraz zasadniczo wolnam jak dzik w państwowym lesie.

Jako, że dziś od nie pamiętam kiedy nad Dublinem pojawiło się słońce i ja się tego słońca nachapałam przez szyby okienne, a potem nawet bezpośrednio, a potem znów przez szyby okienne, tyle, że większe, to nastrój mam pogodny i w takimże zamierzam dotrwać sędziwej starości ;)  

niedziela, 20 kwietnia 2008

o pracy ma być, więc będzie.

1. No mam.

2. Entuzjazm jej posiadania zelżał, gdy poznałam arkana.

3. Najgorsze są czwartki i soboty, najlepsze piątki - bo po wypłacie.

4. Ubolewam nad brakiem zegara ściennego w miejscu mojej pracy, bowiem nigdy nie wiem, która jest godzina, a nietaktem jest lukanie w czasomierz komórkowy.

5. Jako kobieta od trzech dni pracująca pragnę donieść, iż w pełni doceniam dobrodziejstwo wolnej niedzieli.

Toteż leżę.

Z nogami w górze.

Z laptopką na brzuchu ;]

wtorek, 15 kwietnia 2008

wuwuwu.naszaklasa.peel 3

Komentarz pod jednym z moich zdjęć popełniony przez 14-letnią kuzynkę, której na oczy nie widziałam nigdy, niemniej łączy nas wspólne nazwisko i bezsprzeczne więzi rodzinne zarazem:

EloO kuzynQoO SuperoOwe ZdjąTka!!! PoZDroOOoo BuZziii=***

Yyy.

wtorek, 8 kwietnia 2008

wieści bieżące.

JeszczeNieMąż dostał angaż. Niebelejaki angaż, bo w IBM-ie, w którym to będzie testował nie wiem co, on zresztą też nie wie, niemniej się cieszy na samą myśl tegoż testowania za całkiem przyzwoitą stawkę godzinową. Zważywszy na fakt, że w jego życiu to zaledwie drugie interviu ze skutkiem pozytywnym i to w języku niepolskim, muszę przyznać, że ma chłop charakter ;)

Jeśli natomiast rozchodzi się o mnie, to ja odtąd będę pełniła rolę JeszczeNieŻony techniczego pracownika IBM-u i chciałabym po prawdzie, by mnie tak tytułowano na wszelkich firmowych spotkaniach integracyjnych wiadomo gdzie ;P Co robi JeszczeNieŻona techniczego pracownika IBM-u?

Dobre wrażenie!

I ciut gorszy bigos...

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

Nelly Rokitowa powiedziała:

"Chciałabym być mądrzejsza i ładniejsza. Mam już trochę lat i szczerze mówiąc, mam wrażenie, że jestem coraz głupsza. Jak miałam 20 lat, uważałam siebie za taką mądrą, myślałam, że wszystko mogę, nawet góry przenosić. A teraz myślę sobie, że dużo nie umiem, jeszcze tyle muszę przeczytać, tyle rzeczy się dowiedzieć. Stąd pewnie wynika poczucie, że mogłabym zrobić więcej i lepiej".

                                      (nieco przeterminowana, bo z 23 marca Angora)

Jezuuuu, do takich wniosków dochodzą ludzie zasiadający w Sejmie???

Mnie wystarczyła Irlandia ;]

sobota, 5 kwietnia 2008

ładne buty!

Nad Dublinem świeci słonko (nie nie nie, nie metaforyczne!), gradusów około 15, a ja, by wyjść na dwór mam do wyboru zimowe siermiężne kozaki lub uniwersalne kapcie domowe (model wsuwany, bez pięty znaczy). Zważywszy na ichniejszy luuuz, to ja bym się nawet zdecydowała na bramkę nr 2, ale na tak zwaną krótką metę. Do sparu i z powrotem. Przyjdzie mi więc ozuć się w obuwie po kolana celem wyprawy obuwniczej. Uuu - jeszcze większe schody, bowiem TU królują ba-le-ri-nki. Suto przyozdobione ce-ki-na-mi.

Czemu nie przywiozłam sobie z Polski wiosennych cichobiegów? Oj to proste. Wylatywałam w styczniu, tak? Zima była, tak? Ograniczony kilogramowo bagaż, tak? No właśnie! Jak jest zima to pusta myśli li i tylko po zimowemu: skarpety z baraniej wełny, szaliki, czapki, rękawiczki, swetry i inne pulowery. Zresztą i tak przekroczyłam limit lotniskowy i kisiele (kiśle?) "słodka chwila" zmuszona byłam poupychać sobie do bocznych kieszonek na wysokości biustu, co niewątpliwie dodało mi splendoru w obliczu wrocławskich panów celników ;P

Tyle w kwestii obuwia czy tam kisieli (kiślów? kisielów?) Matko, uwsteczniam się! ;) Czas wracać i przysiąść nad gramatyką opisową języka polskiego, która nudna jest coprawda jak martwa natura pędzla Czapskiego Józefa, ale jakże przydatna.

środa, 2 kwietnia 2008

wpis kontrolny

mający na celu uspokojenie czytelników, którzy to wysunęli pochopne wnioski jakoby literatka zeszła z tego świata z powodu konsumpcji nieświeżych mrożonek nabytych w polskim sklepie o wdzięcznej rodzimej nazwie "Polonez" ;)

Otóż żyję, mili Państwo, w hazardowej grze zajęłam brązowy medal (na czworo graczy), więc jest to wynik średnio miażdżący. Zarządzałam Beneluxem, zaś co rundę gościłam w Anglii, w której to zostawiłam wszystkie swoje zielone dolary, plajtując tym samym.

Co poza tym? Kwiecień przyszedł. Do Was też? ;)

sobota, 29 marca 2008

sobota.

Otóż sobota w Dublinie wygląda tak, że idzie się do polskiego sklepu celem zakupu polskiego chleba tudzież mrożonek typu: pyzy ziemniaczane, pyzy ziemniaczane z mięsem, pierogi ruskie produkcji rodzimej oczywiście. W drodze do sklepu moknie się, gdyż wychodząc kilka minut temu nic nie wskazywało na obfitą ulewę. Wraca się do domu zlanym i wkur*** zarazem. Bo jedno jakby idzie w parze z drugim. W moim przypadku w każdym razie idzie.

Po czym wychodzi słońce. Jego promienie pukają nam subtelnie w szybę, wołają: chodź pusta_literatko na dwór, nie siedź tak w domu! Więc wychodzimy na patio, na rozmowę ze słoneczkiem. Radośnie siadamy na ławeczce, absorbując deszczyk z ławeczki w nasze cztery litery oraz resztki promyków z nieba. Bowiem za moment wiucha jak trzeba!

Nerki owiane, nerwy zszargane.

Ale, ale, ale. Z odsieczą przychodzi ciepła myśl wieczorna. W sobotę w Dublinie będziem uprawiać hazard przy winie! Mamy tu bowiem grę planszową pod tytułem EŁROBIZNES, proszę PaPaństwa i nie zawahamy się jej użyć.

Najbardziej chciałabym mieć Szwecję i RFN, drogi pamiętniczku. Albo Austrię, bo jest taka karteczka: WRACASZ DO WIEDNIA. NIE PRZECHODZISZ PRZEZ START. NIE OTRZYMUJESZ 400$.

CZYmajcie kciuki, co? ;]

 

czwartek, 27 marca 2008

wuwuwu.naszaklasa.peel 4

Cytat, który to wyszperalim na forum najlepszych tekstów belfrów pewnego liceum ogólnokształcącego. Tym śmieszniejszy, bo z ust samego tatusia-wuefisty JeszczeNieMęża ;P

"Dziś na lekcji podzielimy się na trzy sekcje. 1. Piłka nożna 2. Ping-pong 3. Koszykówka. Z czego piłki nożnej nie będzie, bo jest za zimno... acha no i pin-ponga też nie, bo nie ma piłeczek".

 

piątek, 21 marca 2008

wuwuwu.naszaklasa.peel 5

Ja to tylko tyle chciałam napisać, że jak otrzymam jeszcze jedne życzonka o treści:

Wiosenny ranek i świąt** słoneczny,
koszyk pisanek i stół świąteczny,
zając z paczkami cicho się skrada
i dyngusowy deszczyk już pada
Świat cały śpiewa na Zmartwychwstanie
"Niech radość w sercach długo zostanie".

lub inne śniegi po pachy, smaczne kiełbachy, do nieba choinki, opłatki, szynki. Tfu, to nie te święta!

to ja w ramach zajączka puszczę pawia.

______________

** świąt? bo po mojemu świat. spamowo dostaję wersję świąt słoneczny. A może tak ma być.  E, pewnie się nie znam, a jak zwykle czepiam.

A gdybyśmy się tak nie widzieli do niedzieli, to ja Wam życzę, mili moi VIDE poezja wyżej heh.

czwartek, 20 marca 2008

aneks do saint Patrick.

Gdyż na uwagę zasługuje też pan saksofonista, który znalazł się w kadrze mojego obiektywu pstryk za pstrykiem.


Ten mętny wzrok, ten język zwieszony na brodzie, ta pochylona ku ziemi postura. No ale dajcież spokój, kto to widział tyle dmuchać! ;P

poniedziałek, 17 marca 2008

świętego Patryka.

Retrospekcja nr 1 z obchodów tegoż święta 2006 roku:
I co z tego, że dziś Irlandia postawiona na baczność oddaje hołd swojemu patronowi, że stolica kraju pęka w szwach od gości tak zwanych napływowych, że na O'Connell street parada goni paradę: klauny na szczudłach, żonglerzy z piłeczkami, wojska z doboszami, Szkoci w kiltach, kibice rugby z Islandii i w ogóle Rio De Janeiro w Dublinie, że wszędzie pełno "kolorowych jarmarków, blaszanych zegarków, pierzastych kogucików, baloników na druciku"...... jak ja cały boży dzień będę ślęczeć w pracy?!
I co z tego, że w związku z powyższym jest Bank of Holiday i że w związku z tym za podwójną stawkę?!
Retrospekcja nr 2 z obchodów tegoż święta 2007 roku:
Weekend przebiegł pod patronatem św. Patryka. Czysty przypadek, lecz tym niemniej z powodów osobistych uczciłam go należycie. Pub, zielone piwo i pokaz tańców irlandzkich. Wrocławski klub wizualizacją mocno odbiegał od ichniego, piwo smakowało inaczej (stawiam, że to zwykły piast sprytnie zabarwiony płynem do naczyń marki Ludwik), ale ojtam!Wyskakałam się, powydzierałam, kac był, więc wszystko poszło zgodnie z planem.
Ku zdziwieniu własnemu w chaosie nut celtycko-polskich zatęskniłam za Irlandią. Pobieżnie, acz szczerze.
Relacja z dziś:
Wciśnięta w tłum pomalowanych na zielono twarzy, zielonych kapeluszy, dyndajacych koniczynek, usiłowałam cokolwiek zobaczyć, stając na palcach i zadzierając wysoko łepetynę. W efekcie widziałam jeno większych gabarytów kurioza, którymi to majtało na wyjątkowo przejrzystym dziś irlandzkim niebie. Resztę zobaczyłam w domu. Na filmikach i zdjęciach ;) Oto kilka:





Reasumując, tyleż samo w tym dniu kiczu, ileż entuzjazmu.
I to mi się w Irlandii, mimo wszystko, podoba!

niedziela, 16 marca 2008

eurowizja 2008.

Dziś będzie jak w tytule, bo mi się artykuł nawinął.

Hiszpanię reprezentuje koleś, który wymyślił parodystyczny kawałek jako ripostę na żenujący w ostatnich latach poziom eurowizji.

Irlandię bekająca kukła, która cieszy się większą popularnością niż sam patron kraju.  

Polskę Isis Gee. Kim jest, kurna, ta pani i w ogóle skąd się wzięła?! Wie kto?!

Tak, tak zdaję sobie sprawę, że ów festiwal już dawno zszedł na przysłowiowe psy i żaden światły, inteligentny, ceniący sobie wysoką kulturę osobistą człowiek nie śledzi tego badziewia.

Ja śledzę.

Wnioski na mój temat niemile widziane! No! ;]

piątek, 14 marca 2008

matko!

alem rada! W chwili, kiedy już zupełnie spisałam siebie na straty moralno-egzystencjalne w kraju św. Patryka (ależ literatko, czemuż to ach czemuż? :P), przypomniałam sobie o istnieniu programu pierwszego i trzeciego polskiego radia!

Se siedzę i se słucham onlajn. Non stop! Na przemian. To jazz, to blues, to jakieś kurna perełki starsze od moich rodziców razem podliczonych rocznikowo, to słuchowisko dla dzieci, to czytanie dla dorosłych, to konkurs, to z kraju, to ze świata, to zapraszamy do reklamy, to żegnamy reklamy.

Dziękuję Ci estidżonson, dziękuję Ci omo! ;]

środa, 12 marca 2008

powiem Wam w tajemnicy, że

kiedyś pojadę na Ukrainę.
Pojem blinów i gałuszków, popiję ichniejszego samogonu, poczerpię wodę ze studni, spiszę mądrości starych ludzi, pobiegam boso po trawie, wydoję krowę, a potem stanę oko w oko z Krymem. Krzyknę wówczas z całych sił: "uparcie i skrycie kocham Cię życie"! Okoliczne sroki okrążą moje loki.
A Wy? Gdzie pojedziecie? Kiedyś...

niedziela, 9 marca 2008

kobiece myśli nietrzeźwe,

czyli co pęta się po głowie podpitej pustej_literatki (SIC!) w dniu kobiet. Cytata z wczoraj:

Rzeczywistość czasem skłanie mnie do konstatacji, że ludzie to jednak łebscy są. Zabawni, interesujący, natchnieni, nieomylni, nieprzewidywalni, wkurwiający - często. Ale że łebscy, co to prostolinijnie i skutecznie potrafią rozwiązywać osobiste zagadki - to rzadkość.

Jaka jest więc nierzeczywistość? No musi być inna, nie może być taka sama!

Wydłubuję z czasu sprężynki i prostuję. Podobnie bawię się własnymi lokami. Zanurzam w nich dłoń, przejeżdżam po głowie, zawsze między palcami pozostaje kilka włosów. Oplatają rękę niczym trujący bluszcz frontową ścianę zapuszczonego domu. Tworzą urojone linie papilarne, z których nawet wprawiony chiromanta nic nie wyczyta. Nie wiem, tylko czy tam po prostu nic nie jest napisane czy napisane po starofrygijsku?

No i znów, panie Mickiewicz, muszę się z panem zgodzić: kobieta to puch marny.

Figlarny acz elementarny.

________________________________________

Jakieś pomysły na terapię? ;]

piątek, 7 marca 2008

strzelają na bloxie, więc podnoszę pokornie ręce do góry :)

Znowu jakieś, kurna, łańcuszki szaleją wśród braci bloxowej. Mam już dwa w plecy i nie wiem doprawdy jak nadrobię zaległości ;)

Tym razem należy zabłysnąć 6 śmiesznymi, nieważnymi rzeczami na swój temat. Innymi słowy, po raz enty udowodnić czytaczom, że wchodzenie na naszą stronę jest kompletną pomyłką z ich strony, bowiem nic ciekawego tu nie znajdą oprócz paru idiotycznych odautorskich wynurzeń może i ładnie napisanych, ale jakże głupich ;)

Należy też podać linki osób, które w nas strzeliły oraz linki osób, w które my celujemy. Wspaniałomyślnych złośliwców wymienię ochoczo: uzdolniona sowikoj oraz uroczo pyskaty burzochron (ktoś jeszcze?) Dziękuję kobietki! :P Sama zaś nikogo nie wkopię, bo mniemam, że większość wkopana. Akcja przecież trwa od dwóch tygodni :) 

Zatem proszę bardzo:

1. Znam na pamięć całą "Redutę Ordona" oraz wiele innych krótszych wierszyków, które potrafię w łóżku przed snem recytować jeden za drugim. Nie ma szans, by mi przerwać.

2. Niezależnie czy obok kogoś idę, czy siedzę, czy leżę, muszę być po jego prawej stronie. Mu-szę!

3. Przez cały proces gotowania makaronu patrzę w garnek.

4. Jem pomidora z cukrem.

5. Myję zęby, chodząc.

6. Sikam zawsze na ostatnią chwilę.

_______________________________

Ktoś się uśmiał - to dobrze. Ktoś zniesmaczył - też dobrze :P

 

środa, 5 marca 2008

"to nie jest kraj dla starych ludzi".

Usiadłam przed monitorem.

Enter był pierwszym klockiem, jaki pchnęłam palcem wskazującym.

Potem już nastąpił nieoczekiwany efekt domina. Film, kadr po kadrze strącał moje wcześniejsze emocje, popychając w kolejne. W zwolnionym tempie, w westernowej, niemal księżycowej scenerii, gdzie popis biegłości reżyserskiej to zmuszał mnie do otwierania szeroko oczu, to do mocnego ich mrużenia.

A w całość powtykana humanistyczna refleksja i czarny humor:

- Jeśli nie wrócę, powiedz mojej matce, że ją kochałem.

- Przecież Twoja matka nie żyje.

- Słusznie. Sam jej więc powiem.

Posiłkując się tytułem: To nie jest film dla wrażliwych ludzi.

niedziela, 2 marca 2008

dziś Heleny, czyli u babci na imieninach, czyli retrospekcja pióra wnuczki.

Mojej drugiej babci Helena na imię. Toteż ma imieniny. Dziś.

Nieobecnam, więc choć przytoczę relację sprzed roku.

Oto relacja sprzed roku:

Skład: nasza rodzina o chińskim schemacie 2+1, babcia-solenizantka i pan babci-solenizantki.

Babcia podczas całej ceremonii odzywała się sporadycznie  jednym monotematycznym zdaniem "jedzcie dzieci", zaś wodzirejem był pan babci.  

Pan babci jest miłym, mądrym starszym człowiekiem z jedną MALUTKĄ wadą - pierońsko dużo gada! Tematyka urodzinowych opowieści kręciła się tym razem wokół historii naszego miasteczka (tam gdzie szewc był kowal, dawny budynek 32 to obecna 16, prezes GS-u to stary komunista, stąd jest honorowym obywatelem miasta, sąsiad spod 5 był obrzezany, acz nie jest to informacja sprawdzona itd.itd.) 

Po godzinie poddałam się. Reszta tuż po mnie. Jedynym wolnym słuchaczem ostał się, o dziwo! tato. O dziwo, bo generalnie nie jest sympatykiem owego pana. Po pięciu głębszych nawet nie tylko słuchał jak świnia grzmotów, ale i wnikliwie pytał.  

Reasumując: pytaniom i ziewaniom nie było końca...

Mnie tylko zastanawiają relacje: babcia - pan babci. Bo jeśli związek ten polega na tym, że pan gada a babcia słucha, to czy nie ekonomiczniej byłoby kupić sobie radio?  

Bo mniej zobowiązująco na pewno.

___________________________________

Ciekawam, jak przebiega dzisiejszy wieczorek... ;)

sobota, 1 marca 2008

dotyk

intelektualnej niemocy odczuwam organoleptycznie. Wzdłuż linii kręgosłupa. Więc Państwo wyb (P) aczą natenczas...

Może jak zjem bigos, to mi się polepszy.

Bo robię. Dosłownie i w przenośni ;]

środa, 27 lutego 2008

problematycznie.

Rano mam koszmarnie pomierzwione włosy. Pewnie przez sen się strasznie wiercę.

To problem nr jeden.

Problem nr dwa jest całkiem innego kalibru. Dotyczy bowiem JeszczeNieMęża, który to wczora z wieczora w odpowiedzi na moje utyskiwania nad życiem obczyźnianym i na wyraźną de-pre-sję moją (niepodpartą alkoholizmem) rzekł:

- Najważniejsze kochanie, żeby euro nie spadło.

Rzucić, uprzedzając czy wyjechać bez słowa? ;]

poniedziałek, 25 lutego 2008

jednak nie "Katyń".

Mimo iż wszyscy stawiali na Wajdę, ja przekornie nie.

Dzięki temu bez cienia żalu mogłam dziś cały boży dzień przebimbać, gdyż taki był warunek mojego bimbania. Zaskakująca klęska "Katynia" - poniedziałkowym nieróbstwem pustej! ;)

Że szafuję zbyt ważnymi wydarzeniami kulturalnymi? Być może, być może, ale jak mawiał Albert Camus:

Zawsze znajdzie się odpowiednia filozofia do braku odwagi.

sobota, 23 lutego 2008

23 lutego - dzień walki z depresją.

To bardzo modna ostatnio przypadłość. Ta depresja. Psychologowie biją na alarm! Można nie mieć w dzieciństwie ospy czy różyczki, można nie przeczytać "Alchemika" czy "Spóźnionych kochanków", można nie słuchać Agi Zaryan czy Bacha, można nie wiedzieć, kim jest Barack Obama czy Bin Laden Osama. Można.

Ale nie można choć sporadycznie nie potaplać się w depresji. Bo depresja świadczy o naszej niebanalności, o naszym skomplikowanym życiu wewnętrznym, o naszych poplątanych zwojach mózgowych. Dobrze w każdym razie świadczy o nas. No!

I w związku ze związkiem pytanie mam: czy jak ja w sytuacjach mocno kryzysowych mu-szę się napić piwa, wina lub wódki to to jest jeszcze depresja czy już alkoholizm? ;] 

środa, 20 lutego 2008

luz, panie!

A wczoraj na dublińskim bruku przy 3 stopniach Celsjusza śmignęły mi przed oczyma osobniki w kurtkach i japonkach wsuniętych w go-łe stopy. Sztuk cztery. W różnych odstępach czasowych, więc nie dopatruję się zmowy ni sekty.

A przedwczoraj, porą poranną, przy podobnej temperaturze oczom moim ukazała się Azjatka w błę-kit-nym szlafroku i w ró-żo-wych bamboszach, dzierżąca w dłoni mleko, które sobie nabyła w sparze, który to znajduje się po przeciwnej stronie ulicy.

To się kur** nazywa wyluzowanie!

A nie rzucenie na blogu paroma bluzgami ;)

wtorek, 19 lutego 2008

pusta rzekła!

Koniec. Od dziś czas się wreszcie wziąć w garść lub przynajmniej złapać kilka wróbli.

Rzekłam!

;)

p.s. A jak ja też jestem tak fajna, jak Ci ludzie z gazetowego bebo, to powinnam do nich dołączyć? Bo zupełnie nie wiem, co robić :P

sobota, 16 lutego 2008

eschato_logicznie.

Właśnie wróciłam z pogrzebu Babci.
Z pogrzebu mentalnego, gdyż w prawdziwym nie mogłam uczestniczyć.
O godz. 14. irlandzkiego czasu, gdy kościelne dzwony zabiły dwa razy - wygenerowałam w sobie obraz znajomej kaplicy, słodko-gorzki zaduch pomieszany z zapachem gromnic i żywych lilii, monotonny różaniec odmawiany przez wiejskie baby opatulone chustami w kolorze kiru. Kapliczny ruch wahadłowy, jedni wchodzą z ciekawości, inni, by po raz ostatni dotknąć zimnej dłoni...
Najbliżsi tkwią w bezruchu. Rzędem. Wzdłuż trumny. W każdej parze oczu zeszklenie, każda para rąk skrzyżowana, każda głowa pochylona w stronę tej jednej, jedynej głowy. Symetrycznie osadzonej na białej poduszce.
Ostatnie sekundy z mamą, babcią, prababcią, teściową, ciocią, sąsiadką, koleżanką, znajomą, nieznajomą.
Wchodzi ekipa ubranych w czarne peleryny wąsatych panów, którzy z niewzruszoną powagą chwytają trumienne wieko... Z zawodową rutyną nakładają tę dębową kapsułę czasu na swe silne bary i marszowym krokiem opuszczają miejsce głośnego szlochu, rozpaczy, protestu...
_________________________________
Wierzę, że Babcia jest już gdzie indziej. Gdzie? Tego nie wiem, ale tam na pewno jest jej lepiej. Tam nie jest przykuta do łóżka, tam ma obie nogi, tam sama je, sama wstaje, sama się czesze, sama przyobleka się w korale, które tak bardzo lubiła, tam lepi pierogi dla całej czeredy i okrasza je wysokokalorycznym świńskim smalcem. Tam się uśmiecha...
Bo tu, od dobrych czterech lat nie miała powodu do radości...

środa, 13 lutego 2008

nasza-klasa.pl

  • nie mam męża z muskułami, po solarium i koniecznie na tle czerwonej mazdy
  • nie mam ząbkującego dziecka w wanience, obok wanienki, pod wanienką 
  • nie mam psa z kokardką, kotka na smyczy ani szynszyla w muszce
  • nie mam zdjęć z wakacji na Bora Bora, Wyspach Wielkanocnych czy też Bożego Narodzenia
  • nie mam pińciu fakultetów
  • nie studiowałam tego samego kierunku w pińciu różnych miastach uniwersyteckich i to w tym samym czasie
  • nie pracuję w międzynarodowej korporacji parającej się zwalczaniem zła na świecie, lub innymi słowy, metodycznym wdrażaniem dobra
  • nie badam kosmosu, ani intymnego życia pantofelków 
  • nie interesuje mnie też skomplikowany proces rozmnażania ameby
  • nie władam siedmioma językami, w tym ugrofińskim i tybeto-birmańskim

A inni władają!

A inni mają!

Ech ;]

poniedziałek, 11 lutego 2008

kontekstu nie będzie, ale...

Wpisu z wczoraj nie skasuję, gdyż nie po to go wstawiłam, a ponadto zbyt duże ma znaczenie. To była kwestia długiej chwili, niemniej kwestia nierozważna w stosunku do Was, zaglądających tu. Wystrzeliłam z osobistego karabinu kilka zdań ubranych po samą szyję w metaforę, nic więc dziwnego, że niezrozumiałych.

Cała ja: o rzeczach przyziemnych piszę banalnie w stylu zawiadacko-ironicznym, sprawy istotne albo pomijam szerokim łukiem, albo wyszywam nieczytelnym haftem. Nie uznaję natomiast złotego środka lingwistycznego. Ani u siebie, ani u innych. Gdyż takowy mnie nudzi. Ot.

Tym, którzy się zmartwili, dziękuję, i im należy się słowo przepraszam. Bo mimo iż to świat wirtualny, wchodzą tu ludzie realni. Pełni emocji, daleko idącej empatii i intencjonalnej szczerości.

A na przyszłość: Wy się nie kłopotać - pusta zamknąć dziób ;]

piątek, 8 lutego 2008

pidżama porno, vol. 1.

Ubolewam nad faktem, iż moją ukochaną koszulinę nocną w czeskie, przestrzelone księżniczki musiałam zostawić na pastwę losu (lub na los pastwy, jak to kiedyś napisałam w wypracowaniu o pozytywistycznych dziecinach). Nie mogła ta koszulina pojechać ze mną do Dublina, gdyż kategorycznie zabroniła tego mamina. W trosce o moje pożycie narzeczeńskie.

Że niby nie wypada w takim gieźle paradować przed JeszczeNieMężem, bo nie najlepiej się w nim prezentuję. Że jak uboga krewna niby. Że niepociągająca.

To ja na okoliczność wspólnych nocy miałam nabyć w tryjumfie jedwabie, tiule i inne szyfony, w których może i ocieka się seksem, ale i z zimna zgrzyta zębami?!

A Wy w czym śpicie? Tylko mi nie piszcie, że w zwiewnych, kurna, woalkach!

__________________________________________

Zresztą tak między Bogiem a prawdą, inicjację, zwaną przez seksuologów - seksualną mamy już dawno za sobą, więc tym bardziej nie ma co siać paniki alkowianej ;]

środa, 6 lutego 2008

live in Dublin - temat swa_wolny.

Matko, tyle się u mnie dzieje, że nie wiem od czego zacząć, doprawdy ;]

No dobra, poniosło mnie. Dzieje się dużo na świecie, bo i prawybory w Stanach, i telekamery w Polsce, i wybuchy w Somalii, i naloty na Strefę Gazy (dłuuugo sądziłam, że to Strefa Gazu), i jak rodzić, to nie w Londynie. A co w Dublinie?

Zimno, cimno i do domu daleko.

Zasadniczo to możnaby rzec, żem na wakacjach połączonych z intensywnym kursem językowym. Są wszak takie dla wyjątkowo zdolnych dzieci lub z wyjątkowymi ambicjami rodziców tychże.

Na przykład są też wakacje w siodle. Nigdy nie byłam, aż tak prozwierzęca nie jestem. Choć za jednym, to nawet kiedyś płakałam - Łysek mu było, pamiętacie? Konie, owszem na widokówkach, w bliższych relacjach wzbudzają we mnie respekt i co tu dużo ukrywać, armanim to one nie pachną!

Jak to na takich wakacjach bywa dużo się uczę, mam też czas wolny (oj nie w świetlicy!), w którym to czasie reaktywuję moje życie na płaszczyźnie realno-cybernetycznej. Dzwonię też do rodziców - to rytuał każdego dziecka kolonijnego. Dzwonię i opowiadam, co dziś robiłam, co jadłam, co piłam, jakam zachwycona, kończy się mamona ;]

A wczoraj na mój bardzo nowy nr dwa razy późną porą telefonował pijany Irlandczyk, pytając: who is it?! No ja przepraszam very much (tak, tu jest mucz nie macz!), panie Irlandczyk, ale jak się drunkuje (tak, tu jest drunk nie drink!), to się potem źle wystukuje! I pustą stresuje, bo sobie pomyślałam, że to może zaproszenie na jakie interviu.

Nie, ja jeszcze nie szukałam pracy, gdyż albowiem nie czuję się gotowa. No pewnie, że długa ta akomodacja.

Co zrobić, taki organizm ;]