O mnie

Moje zdjęcie
ja, baba z baby, czyli matrioszka. słucham jazzu. dla animuszu. wchłaniam literaturę. wziewnie. piszę. oraz fotografuję. subtelno-zachłannie. na przemian, albo przemiał. projekt FOTOszeptów dojrzewał w mojej głowie bardzo długo. powstał o czasie koloru turkusowego, kiedy zrozumiałam, że słowa piętrzące się we mnie są równie ważne jak obrazy wokół.

środa, 1 sierpnia 2007

rewelacja na Bałtyku, lody, lody na patyku ;)

No to wróciłam.

Wypoczęta. Najodowana. Opalona niczym turystka z Dominikany. Nie, no z tą opalenizną mnie chyba jednak poniosło. Bo gdzie niby miałam się opalić, skoro pogoda była pod przysłowiowym psem. Kot to nas odwiedzał na pierwszej kwaterze. Mały, zwinny, elastyczny i zauroczony moim pareo, którym uparcie majtał celem zabawy. Chyba zabawy, bo nie sądzę, żeby się chciał na nim powiesić. Tak na amen. Za młody jest. Całe życie przed nim.

No ale ja nie o kocie tu chciałam, tylko o morzu. Pierwszego dnia zjechaliśmy wszystkie małe i jeszcze mniejsze dziury od Międzyzdrojów na wschód celem znalezienia noclegu. Bite cztery godziny od domku do domku, jak nie przymierzając biblijny Józef z Maryją. Tyle, że my bez dzieciątka.

Ni-gdzie nie było wolnych miejsc. I tu mała refleksja na temat zamożności naszego społeczeństwa. Nie chcę siać jakiejś socjologicznej propagandy, ale jeśli w większości tych pierońsko wypasionych willi dwu-osobowe pokoje będą wolne dopiero po 20 sierpnia a ich cena to nawet 80 zł. za osobę, to... wnioski niech każdy wyciągnie sam.

Zacumowaliśmy w Kołobrzegu. Dochodziła 22.

Tam trzy dni chodzenia w swetrach, kurtkach i półbutach po plaży i okolicach. Każde wychynięcie słonka zza chmur powodowało u mnie odruch publicznego rozbierania się do biustonosza. Choćby na kilka minut. JeszczeNieMąż patrzył pobłażliwym okiem na moje walki z pogodą, cierpliwie nosił swoje krzesełko plażowe, na którym zwykł siadać i czytać głównie "co tam panie w polityce".

Ponieważ miasto nie zapewniło nam ani dobrej pogody, ani należytej rozrywki (oprócz koncertu disco polo z gwiazdą wieczoru Bayer Full), postanowiliśmy udać się dalej.

Zacumowaliśmy w Ustroniu Morskim. Dochodziła 10.

Tam trzy dni chodzenia w lżejszej odzieży i w ogóle więcej słońca. I pokój z telewizorem (ku uciesze nie mojej) Tam też, o dziwo, więcej atrakcji. Załapaliśmy się bowiem na Festiwal Indii. Całe miasteczko Hindusów, joginów i innych maści. Tańce, przedstawienia, pokazy gotowania, wegetarianizm, reinkarnacja, joga, magia, religia, szczęście, śpiewy: "hari hari hari kriszna, rama rama, hari hari" - jakoś tak.

JeszczeNieMąż oszalał! Latał od namiotu do namiotu, łapczywie chłonąc wiedzę ichniej kultury i fotografując wielobarwne, uśmiechnięte od ucha do ucha Hinduski (jeszcze się cholera zakocha!). Miałam poważne obawy, że odzieje się w pensjonatowe prześcieradło i zaciągnie do jakiego taboru, rzewnie krzewiąc pokój i radość na świecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

dziękuję za chwile, jakie Wam kradnę.
za słowa, zadumę i niekontrolowane wybuchy śmiechu.
za wrażliwość.

ps. moderowanie komentarzy włączyłam nie po to, by je przesiewać, tylko dla własnej wygody. dzięki temu wiem, kto zostawia swój ślad w postach starszych niż 3 dni. reszta to żywioł ;>