O mnie

Moje zdjęcie
ja, baba z baby, czyli matrioszka. słucham jazzu. dla animuszu. wchłaniam literaturę. wziewnie. piszę. oraz fotografuję. subtelno-zachłannie. na przemian, albo przemiał. projekt FOTOszeptów dojrzewał w mojej głowie bardzo długo. powstał o czasie koloru turkusowego, kiedy zrozumiałam, że słowa piętrzące się we mnie są równie ważne jak obrazy wokół.

środa, 13 czerwca 2007

drzwi otwarte.

Flygymutra vel dr Wilczur napisał:

"Na mojego bloga wchodzi dziennie około dwadzieścia osób... połowa z nich to ja, więc wchodzi około dziesięciu". Heh, rozbawiło mnie to zdanie swoją szczerością do łez, ale też kazało luknąć w moje osobiste statystyki. Sama bowiem zaglądam w nie naprawdę rzadko, pewnie z powodu wrodzonej antypatii do liczb wszelakich. I tak parafrazując Flygiego, Flygymutrę, Flygymutra (kurna, co za nazwa!) ;)

Na mojego bloga wchodzi dziennie około osiemdziesięciu osób... trzy do sześciu z nich to ja, więc wchodzi około siedemdziesięciu pięciu. Ale nie w tym rzecz, żeby się tu przechwalać cyframi. Dla mnie cyfry są fe, co dowiodłam podczas całej swojej edukacji, przypieczętowując na świadectwie maturalnym jedyną ocenę mierną z matematyki właśnie, która to poważnie zabruździła w wizerunku tegoż dokumentu!

Dalej Flygy pisze:

"Ktoś może powiedzieć, że w świecie blogowym to mało, ale jak pomyślę, że miałbym wydrukować któryś z moich wpisów i wejść z nim do pokoju, gdzie siedzi te osiem osób (bo właśnie sobie przypomniałem, że dwa razy jeszcze wchodziłem) i przeczytać to na głos, popatrzeć prosto w oczy i być może wytrzymać pełną troski i zdziwienia ciszę, to dochodzę do wniosku, że raczej nagrałbym to na magnetofon i poprosił o odsłuchanie tego podczas mojej nieobecnośći" (i tu mnie dziwi skromność, bo facet ma łeb na karku i pisze naprawdę dobrze)

Piszę o tym, ponieważ parę dni temu poczęstowałam adresem mojego bloga kilka znanych mi prywatnie osób. Dosłownie dziewięć (wcześniej wiedziały tylko dwie) Przy czym wybór był przemyślany. Nie kierowała mną żądza pochwał i zachwytów nad moim wrodzonym grafomaństwem. Raczej szczerość i sprawiedliwość. Bo skoro szastam (bardzo wybiórczo) moimi myślami i przygodami wśród nieznanych mi kompletnie ludzi, to w czym problem, aby wiedzieli o tym ci, którzy mnie znają osobiście. To oni, czytając, mogą zweryfikować moją powierzchownie ułożoną postać z infantylną blogowiczką, którą trudno posądzić o przyhajcowanie włosów na gazem, przyhajcowanie tyłka w solarium, nocne zgagi, poranne mdłości i inne przypadłości, o próżności!

Mam nadzieję, że otwierając lekko skrzypiące, nienaoliwione, za to bogato zdobione modernistycznym szlaczkiem wrota graciarni, nie stracę kawałka siebie. Że nie ograniczę się w swoich dywagacjach kurtuazją i taktownością.

Na razie jest dobrze. Jest jak przed, więc nie róbmy dziejowego przełomu.

A jak podskórnie poczuję, że moje wpisy stają się nudnymi popłuczynami po Modrzejewskiej, Mniszkównie czy innej Rodziewiczównie to zamknę interes.

I zacznę publikować w "Gościu niedzielnym".

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

dziękuję za chwile, jakie Wam kradnę.
za słowa, zadumę i niekontrolowane wybuchy śmiechu.
za wrażliwość.

ps. moderowanie komentarzy włączyłam nie po to, by je przesiewać, tylko dla własnej wygody. dzięki temu wiem, kto zostawia swój ślad w postach starszych niż 3 dni. reszta to żywioł ;>