O mnie

Moje zdjęcie
ja, baba z baby, czyli matrioszka. słucham jazzu. dla animuszu. wchłaniam literaturę. wziewnie. piszę. oraz fotografuję. subtelno-zachłannie. na przemian, albo przemiał. projekt FOTOszeptów dojrzewał w mojej głowie bardzo długo. powstał o czasie koloru turkusowego, kiedy zrozumiałam, że słowa piętrzące się we mnie są równie ważne jak obrazy wokół.

sobota, 3 lutego 2007

marazm, Panie.

Zaczął się weekend, tak? więc z pytań do świata to mam dwa:

1. dlaczego co weekend pada?

2. dlaczego nie mam parasolki?

2. parasolki nie mam, bo każdą nową gubię, zanim zdążę się przyzwyczaić do rączki.

1. nie wiem.

Pół soboty w stancjowej kuchni z brązowymi lamperiami na trzeszczących krzesłach. Ja i Aga. Gadamy, gotując pomidorową. Jakby nam mało rozmów było. Dzień w dzień po minimum 3 godziny babskich pogaduch! :) Licytujemy się przy tym, czy zupę się zabiela czy też nie (ostatecznie nie zabielamy) W tak zwanym międzyczasie domofony od sąsiadki spod 5, od gościa do sąsiadki spod 5, poczta, jajka, ziemniaki (ziem-nia-ki?!) Nie to, żebym była specem w dziedzinie upraw, ale wykopki w styczniu wydają mi się nieco odrealnioną czynnością rolników.

Mówiłam, że mieszkamy pod 1 w centrum miasta, przy ruchliwej ulicy, z oknem na tę ulicę? Nie. No to mówię ;) Dodam, że gdy leżę na łóżku to widzę głowy ludzi spacerujących po chodniku. I zaręczam, że widok ten daleki jest od zachodów i wschodów słońca!

 

Instytut Meteorologii zapowiada ponowne wichury na Dolnym Śląsku. Problem w tym, że ja akurat za godzinę chcę wyjść do sklepu. W lodówce mam bowiem 2 plasterki żółtego sera wątpliwej świeżości i 3 kromki chleba krojonego wraz z piętką. No i nie wiem, co robić? Do jutra raczyć się pomidorową czy może udać się na miasto, uprzednio upychając w kieszenie płaszcza po 2 cegówki dla równowagi. Bez odpowiedniego obciążenia nie wychodzę! Nie ma głupich! Za mało ważę.
Acha. Tu prośba. Gdyby wiatr okazał się bardziej porywisty niż zapowiadali i wywiał mnie na jakie Psie Pole, to proszę szukać. Znak szczególny: brak parasolki, nr buta 37. Bo mniemam, że zacumuję w pokaźnej zaspie, eksponując tylko swoją podeszwę.
A jutro znów niedziela, do której przygotuję się godnie na stoisku monopolowym. Niech leje, wieje i rzuca żabami - my będziem sączyć szlachetne trunki w kuchni z brązowymi lamperiami, rzecz jasna!
I w ogóle to na bal bym poszła! Taki prawdziwy. Z suknią. Etolą. Pantofelkami. Kotylionami. Białym walczykiem.
Z poważaniem.
Kopciuszek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

dziękuję za chwile, jakie Wam kradnę.
za słowa, zadumę i niekontrolowane wybuchy śmiechu.
za wrażliwość.

ps. moderowanie komentarzy włączyłam nie po to, by je przesiewać, tylko dla własnej wygody. dzięki temu wiem, kto zostawia swój ślad w postach starszych niż 3 dni. reszta to żywioł ;>