O mnie

Moje zdjęcie
ja, baba z baby, czyli matrioszka. słucham jazzu. dla animuszu. wchłaniam literaturę. wziewnie. piszę. oraz fotografuję. subtelno-zachłannie. na przemian, albo przemiał. projekt FOTOszeptów dojrzewał w mojej głowie bardzo długo. powstał o czasie koloru turkusowego, kiedy zrozumiałam, że słowa piętrzące się we mnie są równie ważne jak obrazy wokół.

sobota, 20 stycznia 2007

"z powodu utrudnionych warunków..." !

Dworzec PKP Wrocław. Ruch jak w Rzymie. Z megafonu rozlega się co chwila komunikat o opóźnieniach pociągu takiego_a_takiego do stacji takiej_a_takiej. Podróżni wściekli w przeciwiństwie do miłego głosu pani z megafonu. Ja też nie do końca zadowolona, bo: a) wystałam się za biletem ok. 20 minut! b) intuicja mi mówi, że mój pociąg też wyruszy stąd z poślizgiem. Jak pomyślałam, tak się stało. "Z powodu utrudnionych warunków atmosferycznych pociąg relacji Wrocław - Łódź Kaliska przez miasto X będzie opóźniony o 20 minut od planowanego odjazdu. Opóźnienie pociągu może ulec zmianie". I rzeczywiście ulegało zmianom jakieś sześć razy, z czego wydłużyło swój odjazd o 90 (słownie dziewiećdziesiąt minut!) Wreszcie podstawiają, chcę się już pakować do pierwszego lepszego wagonu a tu słyszę: "Z powodu utrudnionych warunków atmosferycznych opóźniony pociąg z Wrocławia do Łodzi Kaliskiej w dniu dzisiejszym pojedzie trasą okrężną przez Rawicz, Leszno". Jak to kurna trasą o-kręż-ną? A co z miastem X?! Lecę do konduktora,ten macha bezradnie rękoma, mówi, że do miasta X nie da się dojechać, bo trakcje zerwane i w ogóle to "nie słyszała pani o wczorajszych wichurach?!" - patrzy na mnie jak na idiotkę, która nic nie wie o bożym świecie. "Nie nooo, słyszałam, nawet miałam okazję siedzieć cały wieczór po ciemku, bo światła nie było w związku z wichurą" i odchodzę.

Zła. Ze złości płaczę (zawsze tak mam!). Jest mi zimno, bo na peronie wiatr skutecznie przeleciał mnie wzdłuż i wszerz. Spazmuję do słuchawki, JeszczeNieMąż obmyśla na trzeźwo plan B, a plan B brzmi tak, że kupuję bilet do innego miasta, z którego on mnie odbiera i zawozi do siebie hen.

W holu kolejki jak stąd tam. Ustawiam się pokornie w którejś z nich, by zwrócić bilet, wyszarpać kasę i kupić kolejny do innej stacji. Po 20 minutach pani /starszy kasjer/ wbija mi pieczątkę na bilecie, odnotowuje, że z powodu utrudnionych warunków atmosferycznych... i bezceremonialnie odprawia do innej kasy, w której to wypłacą mi gotówkę. A inna kasa podobnej długości.

No ja pier***!!! Kulminacja!

Ja rozumiem. Huragan. Żywioł. Bunt natury. Ale nieprzewidywalności PKP to już nie pojmę! Bo skoro linie zerwane są od wczoraj, to kiego grzyba sprzedają bilet do stacji X, wiedząc, że tam pociąg nie dojedzie, bo fizycznie nie ma takiej możliwości?! Po kiego grzyba utrudniają sobie przy tym pracę?! Sprzedają bilety, które i tak wszyscy hurtowo za parę godzin będą zwracać! W dwóch od-dziel-nych kasach. Bo na stworzenie jednej nikt nie wpadł!

Mam jeszcze pół godziny. Wbijam się komercyjnie do dworcowego McDonalda, racząc się cappucino z komercyjnego kubeczka. Tam równie tłoczno jak na zewnątrz, więc powoli rozważam opcję usadowienia się w krzesełku dziecięcym.

Wsiadam do pociągu. Siedzenia typu czworaki obite bordowym skajem. Kaloryfery grzeją, wprawiając mnie w stan lekkiego uspokojenia. Do mojego czworaka dosiada się starsza pani z finezyjnie wyfiokowaną fryzurą (jak ona się uchowała z tym czymś na głowie przy takich huraganach? na dworcu się czesała czy jak?!) i zaczyna, że zimno, że takie klęski, że świat oszalał, że mój boże... Po paru zdaniach asekuracyjnie wyciągam swoje wydruki layautowe i udaję zapracowaną. Wiem. Niespołeczna jestem, ale jakoś trudno mi się zdobyć na kurtuazję po prawie 4 godzinach spędzonych na wietrznym peronie. Dosiada się pan. Po rozpłaszczeniu widnieje na nim żółta koszulka mejdinczajna i zielono-bure szelki. Całe fizys pozwala mi na szybkie zaszufladkowanie go do działu z naklejką   podróżni podejrzani. I się gapi! To na mnie, to na moją rękę, która wprawnie bazgroli na czerwono po kartkach. Nie powiem, krępuje mnie to, ale już lepiej niech się gapi, niż miałby względem mnie udzielać się towarzysko. Wreszcie nie wytrzymuje z ciekawości i zagaja - "Pani redaktor?" -"Nie!" - odburkuję zgodnie z prawdą i od tego czasu mam spokój. 

A potem to już tulił mnie On...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

dziękuję za chwile, jakie Wam kradnę.
za słowa, zadumę i niekontrolowane wybuchy śmiechu.
za wrażliwość.

ps. moderowanie komentarzy włączyłam nie po to, by je przesiewać, tylko dla własnej wygody. dzięki temu wiem, kto zostawia swój ślad w postach starszych niż 3 dni. reszta to żywioł ;>