O mnie

Moje zdjęcie
ja, baba z baby, czyli matrioszka. słucham jazzu. dla animuszu. wchłaniam literaturę. wziewnie. piszę. oraz fotografuję. subtelno-zachłannie. na przemian, albo przemiał. projekt FOTOszeptów dojrzewał w mojej głowie bardzo długo. powstał o czasie koloru turkusowego, kiedy zrozumiałam, że słowa piętrzące się we mnie są równie ważne jak obrazy wokół.

niedziela, 30 grudnia 2007

nierówny pojedynek.

Pan z radia zapytał mnie, czy mam już odprasowaną kreację?

Na co ja mu odpowiedziałam, że wełnianych skarpetek się nie prasuje, idioto!

A on w odpowiedzi puścił "żegnaj lato na rok" z rep. Sośnickiej.

Poddałam się ;]

piątek, 28 grudnia 2007

pusta była chora, poszła do doktora...

A ściślej do dwóch, gdyż w gabinecie zastała małżeństwo stomatologiczne (pani żona dentysta i pan mąż sadysta, protetyk znaczy). Pusta stanęła ze strachem w oczach, bo tuż przed wejściem JeszczeNieMąż roztoczył przed nią malowniczą wizję borowania, wiercenia, wyrywania... A główna poszkodowana nigdy wcześniej problemów z uzębieniem nie miała, przez co była rzadką bywalczynią tychże salonów, przez co zachowywała się nieco dziwnie. Dziwnie acz dumnie, wszak z niebelejakim problemem tu przyszła: ząb mądrości jej rośnie!

Na fotel zaprosił (nie wiedzieć czemu) pan protetyk i jął grzebać w dostojnej szczęce. Literatki, nie swojej! Po czym wydał z siebie głośne i przeciągłe "hmmmmmmm". Zawołał panią żonę, która też pozaglądała i rzeczowo stwierdziła, że dziwny z literatki przypadek.

Hmmmm - pomyślała zainteresowana. Do najnormalniejszych nie należę, ale co ma do tego szczęka? I tu pan protetyk objaśnił, że po pierwsze primo literatka ma zapalenie dziąseł, a po drugie primo, że owszem, wyrzyna jej się na końcu ząb, jeno to jest ząb z tak zwanego uzębienia stałego, który powinien być tam od jakiś osiemnastu lat!

Mówcie mi mutant.

___________________

Jest się z czego śmiać! ;]

czwartek, 27 grudnia 2007

i po świętach.

W te święta najadłam się dość sporo.

Ibupromów!

Gdyż ponieważ ząbkuję! A co za tym idzie całą dolną szczękę mam opuchniętą, obolałą i źle znoszącą wszelkie strawy. Oprócz strawy duchowej...

Toteż pod choinką znalazłam:

  1. Grażyna Plebanek "Przystupa"
  2. Grażyna Plebanek "Pudełko ze szpilkami"
  3. Andrzej Stasiuk "Jadąc do Babadag"
  4. Hanka Lemańska "Aneczka"
  5. Stefania Grodzieńska "Nie ma z czego się śmiać".

No właśnie, nie ma z czego się śmiać, proszę Państwa! Zęby jak goście, kiedyś wyjść muszą ;]

sobota, 22 grudnia 2007

finis coronat opus.

Miał kto z Was w domu (lub koło domu) mężczyznę piszącego pracę magisterską? Nikt nie ma gorzej od niego, cooo? ;]

Trzeba pocieszać, wspierać, głaskać, chodzić na palcach, mówić obniżonym głosem, przytakiwać, ustępować, parzyć kawę z mlekiem, herbatę z cytryną, podawać magnez i inne dopalacze. I co najważniejsze, pod żadnym pozorem nie inicjować rozmów o tematyce hedonistycznej (wycieczka na Karaiby, weekend w Koziej Wólce, sylwester na Bahamach, karnawał w Rio) - te czynności mają miejsce przy bezpośrednim obcowaniu z głównym poszkodowanym.

Trzeba wykazywać ciekawość względem tematu pracy, dzwonić i pytać o treść kolejnych dwóch zdań szóstego rozdziału, słać sms-y z zapytaniem o samopoczucie rano, wieczór i w południe, w międzyczasie pytać o treść podsumowania - te czynności mają miejsce na odległość 200 km, jaka dzieli pustą_literatkę od głównego poszkodowanego.

Ale to wszystko, mili Państwo odeszło z dniem 21 grudnia roku pańskiego 2007 o godz. 15 do annałów historii. W niebyt odeszło. Stało się przeszłością.

Oto bowiem wczoraj w gmachu pewnego abstrakcyjnego wydziału Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza JeszczeNieMąż stał się magistrem.

Kto wie, może teraz będzie dErektorem. Z zawodu na przykład ;]

A ja będę JeszczeNieŻoną dErektora. Przyjęcia, bankiety, pióropusze, boa wokół szyi, złoto na rękach, brElantyna we włosach...

czwartek, 20 grudnia 2007

ogłoszenia parafialne.



Dziś ok. południa przy kasie nr 3 w markecie eurocash zostało zgubione zdjęcie dowodowe pustej_literatki. Toż samo, do którego literatka tak bardzo się przygotowywała.

Szanowna
mamusia, której owo zdjęcie wymskło się zza szybki portfela prosi
uczciwego znalazcę o zwrot.
Czeka nagroda: puszka miazgi bakaliowej na kutię, rolowany, obracany kaledarz z panoramą naszej
mieściny na rok 2008 oraz importowany z Wybrzeża Kości Słoniowej opłatek biały ;]

To raz, a dwa to alem zła!!!


Toteż chciałam bardzo serdecznie z tego miejsca podziękować pewnemu wydawnictwu, które w terminach się zmieścić nie może, gdyż nie przewidziało "dużego zainteresowania i wyrównanego poziomu..."! I takimiż głodnymi kawałkami argumentuje swoją opieszałość. Dziękuję za kolejną dawką błękitnoróżowych złudzeń, którymi sobie pooddycham przez następne półtorej miesiąca, z ręcami związanymi, bo regulaminy, bo klauzule, bo tak!

Tym niemniej najadłam się nadziei. Dawka końska. Prosto z wiadra. Nie wiem, czy tak przepełniona w ogóle zdołam upchać w siebie 12 dań wigilijnych. A gdzie miejsce na wódkę?

A teraz w ramach protestu zamierzam się powiesić tuż nad progiem w charakterze jemioły.

P.S. Można się śmiało PODE mną całować! ;]

po_suplement.

Wziąwszy pod uwagę dociekliwość czytaczy " i co, i co?", odpowiadam, że stanęłam na wysokości zadania. Przeleciałam wraz z Kolegą dErektorem długą listę uczestników nazwisko po nazwisku.

Wzrokiem.

środa, 19 grudnia 2007

suplement.

Zapomniałam była dodać, że na minionej imprezie Kolega dErektor na godzinę przed przeglądem pastorałek podszedł do mnie i rzekł:

- Może na wszelki wypadek przelecimy wszystkich uczestników, co?

Hm. I co było odpowiedzieć na takie dictum?! Od kolegi, ale jakby nie patrzeć dErektora przełożonego ;]

P.S. A wszystkich uczestników ponad czterdziestu! ;]

wtorek, 18 grudnia 2007

sprawozdanie raz!

Całość odbyła się bez większych wpadek, zastrzeżen i poślizgów, (za wyjątkiem ślizgawki na górce obok) przy temperaturze -3 o godz. 19 . Dostałam w przydziale nieco zabudowany namiocik przy scenie, toteż wiało mi tylko od frontu. Oczywiście odziałam się odpowiednio grubo, co dostarczyło mi już na wstępie od pana technicznego komplementa niebanalnego, który to pan techniczy rzekł:

- (tu padło moje imię) powiedzmy, że pusta_literatko, wyglądasz dziś jak junkers. (błehehe)

Zamknęłam się w sobie, nie wiedząc, co począć: czy czekać na darmową dostawę gazu czy na przeczyszczenie mi dyszy?! ;]

Stan Borys. Hm. Liryczny i upoetyzowany. Unorwidzony zbyt mocno jak na takie masówki. I skakać nie było przy czym, nad czym ubolewałam, bowiem ja na koncertach należę do grupy pchającej się łokciami pod scenę i skaczącej radośnie i drącej ry... buzię znaczy na cały regulator (bez względu na znajomość tekstów czy nie). Na Annie można było co najwyżej zrobić falę ze wspomaganiem rąk. Nuuuuda. Jeśli zaś chodzi o moją wyczekiwaną Jaskółeczkę uwięzioną, to wersja Borysa sprzed lat 30. na CD jest lepsza niż wersja Borysa 65-letniego na żywo. Smutne, ale tempora mutantur...

Jakoże rum z Czech nie dotarł na czas, o imbirze Frosiowym przeczytałam post factum, zmuszona byłam raczyć się grzańcem marki... no właśnie nie wiem jakiej, tani sikacz a'la cherry ze szczyptą cynamonu, chyba Kopnięcie Bizona! I kopnęło... Aj, bo pić kazali, póki gorące, bo inaczej nie rozgrzeje od wewnątrz i na nic taka robota. Kolega dErektor był mi zakupił nawet jedną kolejkę we firmowym kubeczku specjalnie na to święto wyprodukowanym we fabryce ręcznie zdobionej porcelany w Koluszkach Środkowych. I ja  kubeczka pilnowałam jak oka w głowie własnej. Pilnowałam. Pilnowałam.

Po czym do domu wróciłam bez kubeczka, za to z trzema rolowanymi kalendarzami także drukowanymi na tę okoliczność we fabryce drukarskiej imienia Jana Gutenberga w Szalejowie Dolnym.

Pod pachą.

poniedziałek, 17 grudnia 2007

dzień lenistwa...

... dziś obchodzę. Skromnie, w ciszy, w odosobnieniu.

Tylko ja i on - mój leń. Leżymy obok siebie odprężeni niczym kochankowie po bardzo udanym zbliżeniu. Ja w pozycji horyzontalnej, on na lewym boku.

Prozaicznie i bez żadnej magii.

A już na pewno bez magii świąt.

niedziela, 16 grudnia 2007

relacja.

Z lenistwa posłużę się cytatem nieocenionego  Andrzeja Waligórskiego:

Wieczór autorski Dreptaka

to nie był - powiedzmy - szczyt szczytów:

nikt nie śmiał się, nikt nie płakał

i nikt nie umarł z zachwytu.

;)

____________

Ale dziś sprawa wygląda gorzej, bowiem resztę dnia, cały wieczór i kawałek nocy spędzę na mrozie pod gołym firmamentem. Nie, nie wygonili mnie z domu! Uczestniczyła będę w imprezie hucznej artystyczno-kreatywnej. Będę tam oceniała, pisała i dawała... Problem mam jednak z odzieniem, żeby nie z(a)marznąć wszak.

Na próbę ubrałam pięć swetrów, ale mnie się wówczas płaszczyk nie domyka. W biuście zwłaszcza ;P Mama radzi onuce. Spróbowałam. Jednak owinąwszy flanelową szmatą stopy z podwójnymi skarpetkami, nastąpiły trudności z ulokowaniem tychże w butach ;]

Co robić, Droga Gabi?!

No przecież jak ja całą nadzieję zainwestuję w rum, jaki sobie kazałam sprowadzić przez miedzę z Czech na tę okoliczność, to źle się dla mnie skończy! Wiem, co mówię, bowiem razu pewnego zatrułam się tym specyfikiem. Ojezuuuu, tak zatrułam, że do niedawna nie byłam w stanie nawet przełknąć czekoladki rumowej ;/

P.S. Na wieczorku Stan nie odśpiewał "Jaskółki", gdyż odśpiewa ją dziś na scenie. Omdlenie więc pustej_literatki jest wciąż prawdopodobne.

piątek, 14 grudnia 2007

wieczór autorski.

Sprawa jest poważna. Dzisiejszy wieczór spędzam w towarzystwie Stana Borysa, proszę Państwa. Zostałam oddelegowana bez znajomości szczegółów, gdyż jak zwykle szczegółów nie zna nikt. Nie wiem, jaką rolę będę tamże pełnić: dziennikarki? piosenkarki? statywu? czy może po prostu uśmiechniętej panienki od parzenia herbaty? (samowarki?)

A jak już nieco się z gwiazdorem spoufalę (przejdziemy na Ty, wymienimy się numerami komórek oraz e-mailami, Stachu wyciągnie z nesesera albumy rodzinne i opowie co pikantniejsze szczegóły z życia swojej prababki), to ja bezpardonowo poproszę o odśpiewanie "Jaskółki".

I wtedy najprawdopodobniej z wrażenia zemdleję albo, co gorsze, czarny sztylet wydarty z piersi wiatru przebije me serce na wskroś i skonam.

Optymistycznie się jednak z Wami nie żegnam ;]

czwartek, 13 grudnia 2007

świat kobiety. listopad 2007.

1. Żeby w ogóle poprawić sobie nastrój późną jesienią, należy zdecydowanie zmienić wystrój pokoju i zakupić choć parę drobiazgów w kolorze a-ma-ran-tu! Na przykład poduszki z weluru z kryształkami, dekorację na okno z plastykowych kamyków. Dla siebie zakupić broszkę w kształcie ważki lub szpilki lakierki z zaokrąglonym czubem. Oczywiście w kolorze a-ma-ran-to-wym!

Kolor amarantowy wygląda mniej więcej tak, więc ja może poszukam w dalszej części pisma innego poprawiacza humoru.

2. Futerko to najmodniejszy akcent tego sezonu!

3. Zdecydowanie nosi się też paski: cienkie ze skaju, szerokie plecione z miękkiego plastyku, w błyszczącą złotą krateczkę, z brokatowym wzorkiem.

4. Damski garnitur na różne okazje. (Ten artykuł jakby mało mnie dotyczy, bo ja w garniturach chodzić nie muszę i obym nie musiała, proszę Cię o to, o Boże!) Jakby mi tak przyszło pracować np. w banku i nosić dzień w dzień białe bluzki i garsonki to, oprócz tego, że narobiłabym manka, to wyrzuciliby mnie za niefrasobliwość stylową i ogólne niezdyscyplinowanie wyglądowo-poglądowe.

5. Są przepisy na maseczki: ziemniaczana do cery szarej,  z żółtek dodająca blasku, twarożkowa dla suchej, ogórkowa dla ziemistej. Hmm... A jak ja aktualnie mam cerę każdą po trochu, to wymieszać wszystkie składniki i nimi obrzucić oba lica na nieco dłużej?

6. 107 porad jak zaoszczędzić. Do starej spódnicy należy doszyć aplikacje (kwiaty), które można kupić w pasmanterii. Jeśli chcemy, by ta sama spódnica, w której chodzimy w dni powszednie po bułki, a w dni odświętne do kościoła, stała się nagle wieczorowa, należy doszyć u dołu taśmę z ce-ki-na-mi. Innymi słowy, wszystko, co mamy stare, nie oddajemy do kontenerów z naklejką PCK, jeno ozdabiamy świecidełkami różnej maści i wyczarowujemy w oka mgnieniu sylwestrową kreację. Świetnie, tylko, że ja do pasmanterii nie wejdę, bowiem widok miliardów guzików w koszyczkach na całej szerokości lady, wywołuje u mnie odruch wymiotny. Tak mam i nie znalazłam jeszcze pomysłu na terapię własną ;]

7. Co jeszcze? Aaa, dowiedziałam się, że kształt mojej pupy jest marzeniem wielu kobiet (prawda tooo? ;]) Ale ale, niestety może się na niej pojawić cellulit. Ekspert od zdrowia i urody radzi mi jogę, jogging, wymachy nogami, nożyce, przysiady oraz wchodzenie i schodzenie po schodach. Wobec powyższych zaleceń, no i w obawie przed pomarańczową skórką, głęboko rozważam przeprowadzkę na ostatnie piętro Pałacu Kultury i Nauki - nim rano pokonam tysiące stopni w dół, będę musiała wracać na obiad, który spożyję bez cienia wyrzutów, że coś szpecącego mnie się odkłada na tyłach. (Bliżej mi było do wrocławskiego poltegoru, ale zburzyli gmaszysko).

8. I krzyżówkę rozwiązałam. W dziale takowym pracowałam, to umiem. Biegle poruszam się w środowisku haseł: krzyżowkowa papuga - ara (lub kakadu, rzadziej żako), cyganka z Chaty za wsią - Aza, kurtyzana Zoli - Nana, brat Kaina - Abel, biblijny bratobójca - Kain, obok mamy - tata, obok taty - mama, itympodobne...

Wyszło mi hasło: korale. I ja to hasło do nich wyślę! Wcześniej nie mogłam, gdyż byłam pracownikiem podobnego  wydawnictwa, a pracownicy nie mogą brać udziału w konkursach. I moja mama nie mogła, bo była mamą pracownika, i babcia też nie mogła, bo pracownik był jej wnuczką.

Zastanawiają mnie jednak nagrody: Produkty Roku 2007: vegeta, szampon elseve, lakier taft, domestos, pronto (kostka do wc), goplana gorzka marcepanowa, brait oraz impresja truflowa z zielonej budki i mrożonka zupy grzybowej z hortexu! Oni mi tę ewentualną paczkę przywiozą helikopterem, coby część nagrody nie uległa rozpuszczeniu? Czy przywiezie klasyczny kurier i nim paczuszka do mnie trafi, zwiedzi pół Polski? Nie wytrzymałam i do nich napisałam (z anonimowego maila przeznaczonego do takich głupot). Po niespełna dwudziestu minutach otrzymałam odpowiedź:

Droga czytelniczko, cieszymy się... (ble ble ble). Zamiast lodów Zielona Budka i mrożonek Hortex, zwycięzcy otrzymają pucharek i notesik Hortex.

Uspokoili mnie, nie powiem.

9. Absolutny hit numeru! Erotyczne gadżety dla dwojga! Wśród nich: wibrujące jajko (Twoje zadanie to włożyć je do pochwy. On nastawia tempo i steruje twoim podnieceniem, aż do szczytu. Cena 59 zł.), krążki z cukierków, maseczka i pejcz, pierścień erekcji, a także wibrator-pingwinek (Wygląda bardzo niewinnie, ale dzięki niemu poznasz, czym jest megaorgazm. Niech partner masuje nim okolice waginy. Cena 69 zł.)

Kto to, kur**, pisze?!

10. Gratis płyta: Pascal po prostu gotuj! A tam przepisy iście proste: tartiflette tudzież gnocchis dyniowe w niebieskim sosie, do przyrządzenia których musiałabym chyba zjechać pół Europy i pół Azji Mniejszej w poszukiwaniu produktów.

Tyle.

Drogi bloxie!

Czy ja zostanę wyróżniona przez Państwa portal jako autorka najdłuższej notatki w historii blogów? I będzie ze mną wywiad?

Droga pusta_literatko, jak to się zaczęło?

Więc (nie rozpoczyna się zdania od więc, ale że zestresowana będę, to zacznę). Więc zaczęłam pisać tę notkę 1 listopada 2007. Był ciepły, jesienny wieczór. Wróciłam właśnie z cmentarza, gdzie tysiące lamp oświecało miasteczko zmarłych. Utonęłam w wygodnych fotelu wyściełanym zszarzałą lamą, wzięłam do ręki bieżący numer kobiecego pisma, do drugiej pióro marki parker i jęłam pisać...

A teraz, Państwo pozwolą, udam się na fotel streszczać numer grudniowy. Może poradnik domowy? ;]

środa, 12 grudnia 2007

cytaty znanych i nieznanych ;]

*
... zwierzył się liptonowi Najsztub.
Wiele decyzji podejmuję pochopnie, potem tak gmatwam, że sama nie pamiętam wersji pierwotnej ;]
                     parafraza pustej_literatki, http://graciarnia.blox.pl/html
A Ty? Lub Ty?
_______________________
* wersja najładniejsza spośród czterech, choć klawisze Adama Sztaby też są mi bliskie...

poniedziałek, 10 grudnia 2007

nie wiem.

Nie wiem, dlaczego nie działa mi ikonka wstaw/edytuj link. Ta obok też nie działa ;(

Nie wiem, jak wstawić film z jutuba, a bardzo bym chciała. Flygymutrze-Szyszkowniku, pomóżcie ;)

Nie wiem, co śniło mi się tej nocy, ale zerwałam się na równe nogi, zapaliłam lampkę i zaczęłam machać kołdrą, jakbym chciała coś z niej wytrzepać. Podczas czynności tej niechcący zrzuciłam z ławy podręczny zeszyt w twardej oprawie, ołówek o symbolu B4, Władysława Stanisława Reymonta (nie dosłownie!), kojąco-nawilżający krem do rąk z alantoiną i prowitaminą B5 oraz okulary lecznicze o dioptriach: P  -1,25, L  -1,00.

Była 2:28.

Co robić, Droga Gabi?!

Tylko mi nie pisz, Droga Gabi, że powinnam posprzątać na ławie własnej!

                                                          Zro_spaczona ;]

sobota, 8 grudnia 2007

w pierwszych słowach mego listu... ;)

W pierwszych słowach mego listu dementuję plotki o oświeceniu całego mikołaja naszego miastowego.

Oświeconą to on ma tylko laskę ;]

W drugich słowach mego listu pragnę przytoczyć fragment SMS-owej relacji z dnia mikołaja, jaką dostałam od Kubka Jazzu:

"Mikołaj mnie olał aż chlupie,

niegrzecznych chłopczyków ma w dupie".*

Podmiot liryczny w tym dwuwersie przedstawił dość jasno stosunek mikołaja do siebie samego. Relacja jest zwięzła, rzeczowa, mocno zwizualizowana. Na pierwszy plan wysuwa się osobisty osąd podmiotu mówiącego, który w drugim wersie wyrażony w liczbie mnogiej, jest chyba celowym zabiegiem poetyckim. Pojawiający się dwa razy w utworze kolokwializm językowy nie razi aż nadto czytelnika, bowiem wypowiedź ratuje rym męski (aa: chlupie - dupie) z wyraźnie zaznaczonym akcentem oksytonicznym. Wartość tegoż dziewięciozgłoskowca wzmacnia wyszukana onomatopeja oraz okolicznik miejsca w puencie. trzeźwej_puencie! (sic!)

No co, tylko Herbert godzien analiz?

W trzecich słowach mego listu pragnę donieść, że po telefonicznym instruktażu maminym, z której szuflady wyciągnąć zamrożoną fasolkę po bretońsku na obiad, rozmroziłam flaki ;P

________________________

*Musiałam i już. Wiem, prawa autorskie ;]

piątek, 7 grudnia 2007

starość.

"Pierś moja coraz słabiej oddycha,

krew moja coraz wolniej płynie,

w sieci zmarszczek i pajęczynie

leżę spętana i cicha".

                                    Maria Pawlikowska-Jasnorzewska "Babka".

Wątłe ciała zawinięte w nietwarzowe koszuliny.

Zwiotczałe ręce, które nawet nie mają siły, by się unieść na wysokość nosa i odpędzić siedzącą na nim muchę.

Mętny wzrok wpatrzony w popękany sufit.

Miażdżyca. Cukrzyca. Demencja. Alzheimer.

Radość życia uchodząca z nich wraz z chronicznym kaszlem, częstym moczem, obumarłym naskórkiem. 

Obraz wołający o pomstę do nieba. A niebo ich nie chce. Jeszcze...

________________________________

Dlaczego ja o tym?

Bo mam taką babcię, która na szczęście leży w swoim domu rodzinnym. Po obejrzeniu wczorajszych reportaży z (o, ironio!) domu spokojnej starości w Radości wiem, że to słuszna decyzja.

tu  i  tu

Panie opiekunki z panią kierownik na czele wysłałabym z lubością w kosmos. Bez tlenu i kanapek.

czwartek, 6 grudnia 2007

o tempora, o mores.

7:20 budzi mnie telefon. Stacjonarny, więc raczej nie do mnie:

męski głos: dzień dobry. Ja w sprawie oświecenia mikołaja.

ja: yyyyy <zaspana, zła, nie bardzo wiedząca o co chodzi> słucham?

męski głos: ja w sprawie oświecenia mikołaja, rozmawiam z panią X?

ja: <zaspana, zła, nie bardzo wiedząca o co chodzi> nie, z córką.

_______________________

Dobre pięć minut siedziałam na dywanie, zastawiając się, po co oni chcą oświecać mikołaja i w ogóle jak? Złapią pierwszego lepszego i walną mu prosto w oczy: Słuchaj stary, pora Cię oświecić. Ty tak naprawdę nie istniejesz!?

Aż na moment wpadła do domu mama i oświeciła córuś:

Otóż, sprawa dotyczy podświetlenia wielkiego mikołaja, który stoi u nas w mieścinie ;]

______________________

Tak to jest jak człowiek światły <sic!> ;P bierze się o świcie za interpretacje rzeczy błahych ;P

 

 

wtorek, 4 grudnia 2007

epidemia.

Mama zarażona w stopniu najcięższym. Właściwie to pierwsze, najgroźniejsze stadium choroby.

Tato zarażony w stopniu średnim. Stan podgorączkowy.

Ja zarażona w stopniu lekkim. Faza przejściowa, końcowa. Pacjent prawie wyleczony.

wuwuwu.nasza-klasa.peel.

______________________

Historia choroby wraz z wnioskami pustej_literatki jutro.

Zdjęcie rentgenowskie też ;]

niedziela, 2 grudnia 2007

litania loretańska, czyli pusta_literatka jako gość niedzielny.

W kościele na wsi byłam. Bardziej z przyzwoitości i szczególnej intencji niż z przekonania. Tamże załapałam się na wystawianie świętego sakramentu i cały kompleks obrządków związanych z tym wystawianiem, co nie powinno mnie już w sumie dziwić, bowiem zawsze, za-wsze, zaw-sze  ilekroć zjawiam się w domu bożym, msza kończy się podniesieniem hostii, równoznacznym z podniesieniem mojego ciśnienia. Nie trudno się domyślić, że ten fragment mszy mierzi mnie najmocniej, toteż wynudziłam się jak mops, szarpiąc raz po raz kuzynkę za rękaw, pytając, ile jeszcze. Ta uświadomiła mi szeptem, że potem będzie różaniec, bo to pierwsza niedziela miesiąca. Nie zemdlałam chyba tylko dlatego, że zapach kadzidła wdarł się w moje nozdrza, co z kolei wywołało w organizmie salwę kaszlu z kichaniem na przemian.

Po czym nastapiły ogłoszenia duszpasterskie. Najpierw ksiądź powiedział, że 16 grudnia będzie spowiedź powszechna, więc parafianie mogą jeszcze spokojnie przez dwa tygodnie grzeszyć. Potem ksiądz powiedział, że za tydzień będzie, cytuję "zbiórka ofiar do puszek". I ja sobie to zwizualizowałam, niestety ;)

A co potem z tymi puszkami ofiar pełnych?

Eksport na Ukrainę? (bo to dla nich kwesta)

Czy od razy utylizacja?

Wieżo z kości słoniowej, módl się za nami ;]

sobota, 1 grudnia 2007

grudzień.

Wspomnień czas.

Zapachów czas.

Herbaty czas.

___________________________

W filiżance smak pomarańczowo-goździkowy z kroplą miodu.

We mnie spokój.

Za oknem biało.

czwartek, 29 listopada 2007

wieści rodzinne.

Babcia w żałobie, bowiem jej kanarek minionej niedzieli udał się do krainy wiecznych łowów. Zapakowany w torebkę po cukrze, uprzednio owinięty watą (wa-tą? hm.. no zawsze to lepiej niż podpaską na przykład), zakopany w babcinym ogródku w okolicach czerwonej porzeczki.

Tatko w szpitalu. Laryngologia. Toteż widoki następujące: co drugi pan z obandażowanym nosem, co trzeci z obandażowanym uchem, co ósmy bez oka. Tatuś na szczęście wszystko ma na miejscu. I miewa się całkiem dobrze. Dziś oznajmił nam, że jeśli go jutro nie wypuszczą do domu, to mamy mu przywieźć miskę i ze dwie gromnice, gdyż wraz z kolegą z łóżka obok będą sobie wróżyć. A, i jak mu się przypomną inne asortymenta andrzejkowe, to wyśle nam zamówienie sms-em. Może my im w ogóle jaką wróżkę Anastazję zatrudnimy, coby godnie spędzili andrzejki? ;]

środa, 28 listopada 2007

śnieżne zmagania.

Wróciłam ci ja z jesiennej Wielkopolski do zimowego Dolnego Śląska. Moja alpejska wioska zasypana. Obrazek malowniczy, nie powiem, niemniej tuż po wyjściu z autobusu ja wraz z moją dyżurną torbą zakopałyśmy się po kolana. Kółeczka bowiem na chodniku obtoczyły się śniegiem i ruszyć cholerstwo nie chciało! Psa, to choć pociągnie się za smycz i pójdzie, a tu nic. Ani krzyczeć, ani grozić. Zaparła się torba i już!

Wzięłam ją sposobem, pchając 10 kg po ulicy, w nosie mając potrąbywania przejeżdżających aut. Należy zauważyć w opisie sprawozdawcy słowo pchać, nie ciągnąć. Bo istotnie ja ją pchałam, co oznacza, że torba była z przodu, a ja z tyłu. Tak mi było wygodniej do momentu aż rączka się nie zgięła. Wówczas zmuszona byłam zmienić pozycje: ona z tyłu - ja z przodu.

No, to tyle.

Bo mi tu fragmentarycznie kamasutra wyszła. Z torbą na kółkach w roli głównej.

poniedziałek, 26 listopada 2007

"kupić by Cię, Mądrości, za drogie pieniądze".

Mamy kolejny poniedziałek, tak? Toteż ja w związku z tym ustanawiam, co następuje:

Uczyć się co-dzien-nie po kil-ka go-dzin języka, którego przyswajać szczerze nienawidzę, ale muszę, bo inaczej czeka mnie marna przyszłość w kraju soczystej zieleni, urywających łby wiatrów oraz ryżych panów.

Jako że wczorajszego wieczora przeinstalowałam się ze starej laptopki na nową, reaktywując się tym samym jako słuchaczka ESKK, to ja panie nauczycielu mój osobisty obiecuję solennie odrabiać zadania domowe i wysyłać je panu i poprawiać i znów wysyłać i poprawiać. Bo ja w planie mam zostać najpilniejszą studentką wirtualną, co w nagrodę za niebywałe postępy w nauce otrzyma trzydniową wycieczkę do Londynu bez przewodnika, korespondencyjny kurs czeskiego dla średniozaawansowanych (etui na płyty gratis) oraz dowolnie wybrany kurs hobbystyczny: kaligrafia, bukieciarstwo, mów i pisz poprawnie, fryzjer stylista bądź tarot. 

p.s. Życzliwych uprasza się o wiarę we mnie! Znajomych o nieśmianie się gOOpio pod nosem, na głos tym bardziej! ;) 

czwartek, 22 listopada 2007

środa, 21 listopada 2007

światowy dzień życzliwości.

Dziś podobno jest Światowy Dzień Życzliwości. Nie wiem czy w związku z tym świętem czy też nie wodociągi miejskie (nie mojego miasta) zamknęły wodę! Nie ma ani zimnej, ani ciepłej, ani letniej, ani choć brudnej. Sa-ha-ra!

Żadnego świstka w gablocie blokowej, żadnych pętających się monterów. Nic!

Czy ja jestem zła? Ja jestem wku***! Bo co na przykład, gdybym miała bobo, które w ciągu nocy miałoby trzy razy rozwolnienie? Gdzie ja bym je umyła? W kropli Beskidu???

No nic, pozostaje mi z ręcznikiem plażowym, kostką mydła oraz szczoteczką do zębów udać się nad rzekę. W celu PO-RAN-NYCH ablucji.

_________________________

Buszmeni czy też masajowie, żeby mieć wodę, muszą po nią jechać tydzień na wielbłądach, potem cały dzień drążyć dziurkę w piaseczku i potem drugie dwa dni czekać aż z tej dziureczki wypłynie garść wody, którą się naczerpie do garnuszka. Wiem! Wiem, bo uczyłam się socjologii kultury, czytałam Pawlikowską i oglądałam Cejrowskiego!

Tylko, że ja mieszkam w Europie...

wtorek, 20 listopada 2007

interaktywny wykład otwarty.

JeszczeNieMąż finalizuje pracę, której tytułu nie podam, coby nie wypłoszyć shumanizowanego towarzystwa tu goszczącego.

Ja już nie mogę się doczekać, żeby tę pracę w całości przeczytać i nanieść korekty. Czyli przecinki zasadniczo, bo merytorycznie to ja tego ruszać nie będę z przyczyn wiadomych!

Ale żeby nie było, że ignorantką jestem, to ja się teraz popiszę swoją wiedzą z dziedziny interpunkcji ;)

Ze względu na charakter znaków przestankowych można je podzielić na:

  • oddzielające (kropka, przecinek, średnik)
  • prozodyczne (wielokropek, pytajnik, myślnik)
  • emotywne (wielokropek, wykrzyknik, pytajnik, myślnik)
  • wyodrębniające (dwukropek, cudzysłów, nawias (otwierający i zamykający), para myślników lub przecinków

Są też opuszczenia (wielokropek, myślnik), ale na nie opuszczę zasłonę milczenia.

niedziela, 18 listopada 2007

"quanta na mera, miasto żegna lidera".

Przejażdżka samochodem z czwórką zagorzałych fanów koszykówki po przegranym meczu do najprzyjemniejszych nie należy. JeszczeNieMąż (jako doraźny trener), tato JeszczeNieMęża (trener od motoryki), dwóch kibiców oraz ja. Nie było coprawda darcia szat, ale pewnie tylko dlatego, że w aucie panował niemały ścisk. Przy czym każdy podejmowany temat wydawał się niczym w obliczu klęski zespołu. Nawet uniwersalna na nudnych przyjęciach pogoda nie ujęła rozmówców.

Milczałam więc, oddychając cichutko i niezbyt często. Ot tyle, żeby się nie udusić ;]

 

czwartek, 15 listopada 2007

międzykontekstowe refleksje wrocławskie.

Stare buty mają tę przewagę nad nowymi, że są stare. Na zaokrąglonych przodach widać mapki, ukradkiem sporządzone przez zeszłoroczną sól. Zacieki o nierównomiernych kształtach obtaczają piaskowy zamsz, a ten gotów jest wchłonąć kolejną porcję ulicznego proszku. Nowego, świeżego, białego.

Ciekawe, gdzie dziś mnie zaprowadzą?

Majtając nogawkami ubłoconych spodni, próbuję usilnie wyrwać się z kontekstu.

poniedziałek, 12 listopada 2007

nie-pod-legła we Wrocławiu.

Wrocław przywitał mnie wichurą, deszczem, śniegiem i gradobiciem. Czarownie doprawdy! Aż dziw, że nie nastapiło nieoczekiwane trzęsienie ziemi, powódź i w ogóle tsunami.

Moje koleżanki cudne przywitały mnie białym winem oraz pokojem z balkonem wprost na dworzec z wielkim neonem. Na tymże oniemiałam. (Na balkonie, nie na dworcu. Na dworcu bowiem było nieprzyjaźnie zarówno dla oka, jak i dla nosa). Ale ten balkon. Jezuuu. Zresztą taki widok jest całkiem przydatny, kiedy na przykład rano, po obfitych ilościach spożytego alkoholu, człowiek się budzi i niebardzo wie, gdzie jest. Z odsieczą przychodzi wielki, czerwony napis: WROCŁAW GŁÓWNY.

Weekend upłynął nam pod znakiem castingu do drugiego, wciąż wolnego pokoju, z czego żadna z osób nie ujęła szacownego jury, czyli nas. Wszystkie kandydatki wykazały się albo zbyt dużą poufałością, albo zbyt dużym gadulstwem, albo ogólną nijakowatością personalną.

W niedzielę, w związku z obchodami Dnia Niepodległości, obeszłyśmy balkon (celem znalezienia bezprzewodowego Internetu).

Bezskutecznie.

piątek, 9 listopada 2007

cierpliwość wrodzoną cechą mężczyzn.

Na domiar tego JeszczeNieMąż nie ma kompletnie dla mnie czasu, gdyz azaliż pisze pracę naukową. Zresztą obwieścił ostatnio, że dopóki nie dojdę do ładu z samą sobą i nie minie mi chandra, to wolałby, abym do niego nie dzwoniła, bo humor mu psuję i w ogóle dekoncentruję w teoriach polimero-kwantowo-sumaryczno-strukturalnych. 

Więc ja mu na to, że nie wiem, czy w tym roku się uwinę.

Na co on uprzejmym był mi donieść, że ma czas. Cierpliwy jest.

Taaa, cierpliwy facet. Zna ktoś takiego?

A, przepraszam, było kilku. Wszyscy świętej pamięci:

Syzyf, Hiob oraz św. Franciszek z Asyżu.

 

czwartek, 8 listopada 2007

za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma dolinami żyła sobie pusta_literatka. baśni cz. 2.

W zasadzie u mnie bez zmian, ale mam B plan.

W ramach czynu społecznego dziś chyba zagrabię wszystkie liście wkoło bloku i może dostanę dyplom za tę pracę od samego prezesa wspólnoty mieszkaniowej "Pod - kurna - ściętym kasztanem".

Ewentualnie zatrudnię się jako wolontariuszka do PCK i będę przed świętami myć zbutwiałe okna niedołężnym staruszkom. One w zamian upieką mi szarlotkę, zaparzą w imbryku herbatę z sokiem z aronii i wyciągną opasłe albumy z fotografiami swoich nieżyjących mężów, komunijne własne oraz ślubne dzieci.

Póki co faktycznie kupię sobie Avanti. Dobrze Fro radzicie! ;]

P.S. Można podsyłać drogą komentatorską inne warianty spędzania czasu wolnego pustej_literatki. Rozpatrywane będą jednak li i tylko konstruktywne oferty ;]

wtorek, 6 listopada 2007

za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma dolinami żyła sobie pusta_literatka. baśni cz. 1.

Oprócz zwiedzania cmentarzy i skakania z małoletnimi chirliderkami w ramach zajęć w Miejskim Ośrodku Kultury (tak, tak, ja tam czasem z nimi skaczę w rytm niemożebnie głośnej techniawy i instruuję, drąc się na całe gardło: "biodra wyżej", "zakrywamy twarze pomponami", "na trzy obrót", "ale równo", to w moim życiu nic się nie dzieje. Poważnie.

Poootwornie mi się nudzi, doskwiera mi jesień i dość mam małomiasteczkowej aury. A w ogóle to czuję się odsunięta od świata mody i blichtru wszelakiego ;) Nie wiem, co jest trendi tej jesieni, więc noszę kolekcje z zeszłej. Nie wiem czy króluje sztruks, zamsz, denim czy jodełka? Nie wiem, czy modne są teraz balejaże, refleksy czy może pofarbowane całe głowy. A jeśli pofarbowane, to na jaki kolor? Beżowy blond? Suszony bakłażan? Odymiona cegła? Nieoheblowany mahoń?

Matko, póki ja się z tej wsi mojej nie wyrwę, to Wy mi mówcie co i jak!

Ale jak już się wyrwę, to jednej doby oblecę wszystkie galerie. Będę przechadzać się po pasażach i jeździć w tę i nazad ruchomymi schodami i odwiedzę wszystkie rossmany, daglasy, sefory i wypsikam im większość testerów i w jednej chwili stanę się jedną wielką (?) ekskluzywną perfumerią. Tak zrobię!

No! ;]

poniedziałek, 5 listopada 2007

wieczne odpoczywanie racz mu dać panie. a pani smacznego!

Z pogrzebu wujka wróciłam, bo zmarł. Nie nie nie, nie trzeba składać mi kondolencji, gdyż nie byłam z nim zżyta wcale i w ogóle mało go znałam. Jakoże wychowana jestem w duchu silnie rodzinnym, to poszłam.

Powiedzmy sobie szczerze, że temu wujkowi to się w życiu kompletnie nie poukładało. Nie miał dzieci, nie miał żony, w ogóle niewiele miał. I jedyne wspomnienie o wujku, jakie mam to takie, że on odwiedzał nas rzadko i właściwie tylko w jednym celu: pożyczyć pieniądzie, których rzecz jasna nigdy nie oddawał. I któregoś razu mojej mami znudziła się charytatywna działalność wobec wujka i odtąd, gdy dzwonił domofonem, to mama udawała, że ona to ja. "A ja nie mam wujek pieniędzy i nie wiem, kiedy wróci mama" ;) I któregoś dnia postanowił mimo to wejść na górę. Spędziłam z nim chyba ze trzy godziny w kuchni, aż w którymś momencie mama dostała takiego ataku kaszlu, że sprawa się rypła.

No, ale o pogrzebie miało być. Więc tuż obok kaplicy mieści się zakład pogrzebowy. Z tego zakładu wyszła pani, dzierżąc bułeczkę z szynką w dłoni, zapytując czy rodzina życzy sobie otwarcia trumny, i gdy rodzina sobie zażyczyła, to pani poszła na zaplecze po kluczyk, wróciła bez bułeczki, otworzyła trumnę i już po kilku minutach znów widziałam ją z bułeczką. Jezuuu, tak mnie ten widok zmulił, że pół mszy myślałam o wrażliwości tej pani.

Dopiero potem, w okolicach baranka bożego, to już przeszłam do myśli bardziej funeralnych. O życiu, jego sensie i o wujku. I chyba najbardziej wzruszył mnie fakt nie tyle samej jego śmierci, co fakt, że nikt za nim łzy nie uronił.

A teraz to już Państwo pozwolą, że się napiję. Ot taką małą stypę w domu sobie urządziliśmy.

sobota, 3 listopada 2007

mecz na żywo, czyli pusta_literatka w akcji.

Relacjonowaliśta kiedyś mecz przez telefon komórkowy?

Ja tak, przed paroma minutami skończyłam.

Matko, że ja się dałam w to wrobić! Wiemy, że JeszczeNieMąż to fan i trener koszykówki jest. No i mecz jego zaprzyjaźnionej drużyny (tej, z którą latał po Szczyrku) odbywał się na wyjeździe i relacjonowała go na żywo stacja polsat sport extra. Jakoże JeszczeNieMąż takowej stacji nie posiada w swoim pakiecie, a ja posiadam od dni kilku, to wspaniałomyślnie zgodziłam się mu pomóc.

Zgodziłam się, to miałam! Bite półtora godziny mówiłam do telefonu, co widzę, i co słyszę, posługując się językiem mało sportowym, bo skąd ja mam go niby znać? Najpierw to w ogóle słałam sms-y, ale metoda okazała się zbyt wolna i gdy ja posłałam 2;0, to już było 3;7. Czeski film normalnie!

Więc mówiłam, która drużyna ma piłkę, ile minut zostało, wynik też podawałam. Potem tak się wprawiłam, że potrafiłam określić, jaki numer za ile rzucił. A już u finiszu to nawet wiedziałam, co to rzuty osobiste.

Mówiłam ile jest czirliderek na boisku, jakiego koloru mają stroje, co piją koszykarze podczas przerwy, ale wówczas JeszczeNieMąż przerywał, mówiąc "to nie jest ważne, mała".

Matko, jaka to ciężko praca! Ja panu, panie Szaranowicz szczerze współczuję i już się wcale nie dziwię, że pan czasem takie głupoty gada podczas meczu. Toż to trzeba mieć oczy naokoło głowy!

JeszczeNieMąż był zachwycony, gdyż mecz wygrali i to dwudziestoma. Jeśli natomiast chodzi o moją relację, to podobno druga połowa poszła mi znacznie lepiej, ale i tak "za mało emocji było w twoim głosie, kochanie"!

Za mało, tak??? To ja się kurna na przyszłość nie polecam!

A teraz to idę poszukać jakiego temblaka, bo mi ręka od trzymania telefonu ścierpła i muszę sobie ją na czymś zawiesić.

piątek, 2 listopada 2007

poszła baba do zdjęcia.

Do fotografa postanowiłam się udać, bowiem dowód muszę sobie wyrobić. Nowy dowód, stary przecież mam od ohohoho, a może i dłużej. Mam i wstydzę się używać, bo dzieci z kolonii letniej zalały mi stronę ze zdjęciem i adresem coca-colą i odtąd to ten dowód wygląda jakbym go dostała w schedzie po prababci.

Więc ja do tego fotografa postanowiłam się gruntownie przygotować pod kątem twarzy: oko dość równo obrysowane brązową kredeczką (nie, nie eyelinerem, bo nie umiem i szczerze zazdroszę paniom, co to takim cienkim pędzelkiem potrafią nieskazitelnie umalować się np. w aucie na czerwonym świetle). No ale wracając do mojego makijażu, to oko potraktowałam podwójnie maskarą, odrobiną cienia w kolorach jesiennych, na twarz krem odżywczy i na to antystresowy podkład rozświetlająco-rozjaśniająco-rozpogadzający z drobinkami i w ogóle sheer radiance likwidujące oznaki zmęczenia (bo ja umęczona jestem wielce tym nic nierobieniem, prawda?). Potem jeszcze omiotłam lica pędzlem umaczanym w brązujących kuleczkach i pojechałam.

Wchodzę ci ja radosna i promienna do pana. A tam posępna pani do mnie w te słowa:

- pani się za bardzo błyszczy. trzeba to zmyć, bo wyjdzie na zdjęciu.

W jednej chwili czar prysł! Pokornie wzięłam się do ścierania mojego mejkapu, od tego tarcia poczerwieniały mi poliki i wyglądałam jak ofiara problemów z naczynkami krwionośnymi.

Siadłam i obrażona na tego babola, postanowiłam się nie uśmiechnąć! Na szczęście wtedy pojawił się pan, który obfotografował moje lica kilkukrotnie, a potem w takim małym telebimie wspólnie sobie oglądaliśmy te moje lica i pan pozwolił wybrać najlepsze ujęcie.

Gdy po piętnastu minutach ja nadal nie mogłam się zdecydować, czy lepiej z uniesionym podbródkiem, czy z uniesioną brwią, pan zrobił to za mnie.

Teraz tylko wniosek wypełnię czarnym długopisem drukowanymi literami, podpis strzelę, nie wyjeżdżając poza linie oczywiście i poniosę do urzędu miasta i gminy i tam to już się wepcham bez kolejki, bo po pierwsze w dowodach pracuje moja kuzynka, a po drugie w urzędzie wszyscy mi się kłaniają, bo ja jestem córka mojej mamy. o!

środa, 31 października 2007

1 listopada tuż tuż.

W związku z jutrzejszym wielokrotnym przeparadowaniem wzdłuż niejednego cmentarza z kwieciem i lampką pod pachą, to my z szanowną mamusią kupiłyśmy sobie po płaszczyku. Moje dwuletnie palto już mi się nieco opatrzyło i przysięgłam, że albo zdążę kupić coś innego, albo 1 listopada wystąpię w kusej, letnio-jesiennej kurteczce i niech mnie na złość całemu światu owieje! (Na szczęście nie owieje, bowiem nowy płaszczyk zakrywa mi i nerki, i pupę, i nawet kawałek podudzia.)

Jeśli zaś chodzi o szanowną mamusię, to ta zaszalała i to już drugi płaszczyk na jej koncie w tym tygodniu (jest środa!). Pierwszy był o tyle trefnym zakupem, że wychodziły z niego pióra. No normalnie jak z powojennej pierzyny. Toteż będąc wczoraj w gościach, pół wizyty skubałam mamę w przedpokoju, bo jej się cały czarny golf obrał i wełniane spodnie też. A mama wyglądała, jakby przed paroma minutami stoczyła nierówny pojedynek z kurnikowym ptactwem domowym.

A jutro to ja raczej nic nie napiszę, bo mi smutno będzie.

Od siedmiu lat to nawet bardzo smutno...

wtorek, 30 października 2007

"Katyń".

Moją rodzinę raczej omijały drastycznie dziejowe burze. Nikt nie zginął w Oświęcimiu, ani w Majdanku, nikt nie był zesłany na Sybir, nikt nie dostał strzału w potylicę w brzozowym lasku kozielskim. Ale dziadek za zbyt jawne głoszenie prawdy o Katyniu swoje pół roku odsiedział w więzieniu. Wyszedł i potem jeszcze długo, aż do śmierci, miał spaczenie zarówno do Niemców, jak i Sowietów. Na tyle silne spaczenie, że w ich domu był zakaz oglądania produkcji naszych sąsiadów i oprawców zarazem.

_________________________

Tuż po premierze "Katynia" pewien krytyk powiedział, że to "nie jest dzieło wybitne, ale na pewno przejmujące".

Gdy skończył się film, na sali panowała tak dojmująca cisza, że moje nieeleganckie siorbnięcie nosem, zabrzmiało jak świętokradztwo.

A potem to już musiałam się znieczulić.

Ginem z tonikiem.

 

niedziela, 28 października 2007

"rambo 2". i już!

Tak sobie wczora z wieczora przekalkulowałam, że skoro dobrotliwy Czas oddaje mi w swej szczodrości godzinę skradzioną wiosną, to ja tę godzinę bezproduktywnie stracę i wyjdzie na 0.

W związku z tym obejrzałam sobie Rambo 2, gdyż akurat leciał na jednym z kanałów tvp! Wyjaśnijmy sobie na początku, że fanką Stallone'a o smutnych oczach spaniela nigdy nie byłam. Nawet w podstawówce kochałam się w bardziej (w moim mniemaniu oczywiście) przystojnych gwiazdorach, pośród których absolutny prym wiódł pan o białych, niemniej ciut końskich zębach - Tom Cruise. Na drugim miejscu stali egzekwo bracia.

Oj nie Kaczyńscy!!!

Bracia Bros - tacy dwaj krótko przystrzyżeni blondyni z kolczykiem w uchu, chustką na głowie i rozdartych na kolanach portkach dżinsowych. I ich imidż ujął mnie chyba najmocniej, bowiem sama eksperymentalnie pocięłam swoje wszystkie de-ka-ty-zo-wa-ne spodnie na wysokości jabłka Adama i w takich zwykłam chadzać.

Potem było jeszcze wielu innych przystojniaków, do których wzdychałam i których sylwetki ozdabiały moją meblościankę, ale o nich może kiedy indziej, bo to temat rzeka.

Wracając do Rambo, to ten zawsze imponował mi li i tylko siłą, życiowym sprytem i oczami zamontowanymi wokół głowy. Jeden przeciwko całemu Wietnamowi. Przez pół filmu tylko z harcerską finką w ręku, dopiero później wyposażony w karabin z niekończącym się magazynkiem. No bohater jak boga kocham!

I żeby nie było, że ten film to arealna i przewidywalna amerykańska produkcja, pozbawiona duszy i mądrości wszelakich, to ja pozwolę sobie zacytować tytułowego bohatera, który to całkiem poważnie odparł po kolejnej rzezi:

"Największą bronią człowieka jest rozum".

I wtedy mnie oświeciło, dlaczego ja czasem taka irytująco bezbronna bywam ;)

piątek, 26 października 2007

"dzieci z Bullerbyn" - skutki lektury.

A wczora z wieczora zapodałam sobie "Dzieci z Bullerbyn" na dividi. Bo nie widziałam.
Któż nie zna przygód szóstki szwedzkich dzieciątek z malowniczej szwedzkiej wioski? Któż z nas w dzieciństwie nie śledził kartka za kartką ich dość prozaicznych losów? Któż z nas nie pamięta pierwszego zdania z owej biblii niemal każdego siedmio (?) ośmiolatka:
"Nazywam się Lisa. Jestem dziewczynką, co chyba od razu widać z imienia".

Dzieci jak to dzieci są wesołe, naturalne, spontaniczne, miłe. Kochają przyrodę i prawdomówność,  za pośrednictwem pamiętnika jednej z dziewczynek wprowadzają nas w świat ich niegroźnych psot i figli.
Film jednak (widać, nieuważnie czytałam książkę) pokazał mi absolutnie nowy walor wychowawczy powieści i przyznam, że nie do końca pojmuję intencje pani Lindgren. Otóż tytułowe dzieci w ramach czynu społecznego pomagają starszym, a także w ramach szczerych (zapewne) intencji czytają dziadkowi gazety, jakoże on słabo widział.
Tylko dlaczego oni mu czytali ne-kro-lo-gi? :)
I gdy tak sięgam pamięcią wstecz, dociera do mnie, że ja z moją kuzynką też karmiłyśmy naszą prababcię i babcię, chodzącą o kulach, więc nieco odciętą od świata, podobną tematyką.
My przynosiłyśmy ze wsi plotki kogo zabrało pogotowie na sygnale, kto zemdlał w kościele i kto umarł.
Po takiej czarnej serii życie moich przodkiń od razu nabierało innego tempa.
Nie wiedzieć czemu, zwalniało.

czwartek, 25 października 2007

dzieci sieci.

Internet przybył. Bo nie mielim jakiś tydzień. Tragedię pogłębił fakt, iż w tym czasie tatusiowi szanownemu komputer odmówił współpracy, przez co uziemiony był na amen, bo na nawet swoich piosenek z cyklu heimat melodie nie mógł odsłuchiwać.

Teraz znów w domu nastała radość, szczęście i ogólna harmonia. Tato weselszy, bo nie dość, że na zwolnieniu lekarskim do końca października to jeszcze kontakt ze światem sieciowym odzyskany. I Bogu chwała, że odzyskany, bo już się o niego martwić zaczęłam: uciągnięta mina, stawianie pasjansów, mętny wzrok w kierunku bliżej nieokreślonej dali.

Ja nie lepiej: obgryzione paznokcie, "pytanie na śniadanie", "m jak miłość", "pierwsza miłość", "miłość szmaragd i krokodyl" kurna ;]

Tylko mama wciąż normalna.

wtorek, 23 października 2007

czy jest na sali laryngolog?

JeszczeNieMężowi ucho przytkało. Tak skutecznie, że na nie nie słyszy. Oto rozmowa komórkowa:

on: cześć mała (bo widzi na wyświetlaczu)

ja: cześć głuchoto.

on: halo, słucham?

 

Tośmy se pogadali ;P

piątek, 19 października 2007

orędzie pustej_literatki.

Polityką zainteresowałam się w czasach, kiedy zaczęłam co nieco pojmować, o co w niej chodzi. I choć od tamtej chwili wiele czasu upłynęło, ja niewiele posunęłam się ze swoją wiedzą do przodu, a politycy nie ułatwiają mi zadania.

Przedwyborczą szopką interesuję się szczególnie i chyba będzie mi jej szczerze brakować po 21 października. A może nie. A może jednak tragifarsa będzie trwała nadal, z paroma antraktami i zmianami obsady. Dowiemy się, kiedy i za co Ziobro wsadzi Leppera, czym zaskoczy pan Rokita, gdzie przeniesie się pani Rokita, co zrobi Miller w Samoobronie, a Giertych w UpeeRze (?)

Ja mam tylko szczerą nadzieję, że specjaliści od "niezłomnej woli walki z układem" będą w mniejszości. Bo, że w ogóle będą, jest pewne jak dwa razy dwa to cztery, i na nic wzdychania i żale. W przeciwnym razie, oby nie spotkała nas sytuacja iście z Bangladeszu, gdzie ślepa walka z korupcją skończyła się delegalizacją wszystkich stronnictw politycznych i wojskową dyktaturą.

No!

A na deser, korzystając ze swobody (?) słowa (?) i z ostatnich godzin przed ciszą wyborczą, popełniłam sobie niewinny teścik, do której partii mi najbliżej i na kogo powinnam głosować.

Wyszła mi Polska Partia Pracy, której programu nie znam nawet w zarysie!

To to pryszcz, bo mojej lewicowej mamie - Liga Polskich Rodzin!

I weź tu człowieku ufaj testom ;P

czwartek, 18 października 2007

grzybobranie.

Na grzybach byłam, jak w tytule. Z mamą. Mama jako zbieracz rasowy, ja jako statystka raczej, bowiem na grzybach się ani nie znam, ani ich w lesie nie dostrzegam. Mimo okularów na nosie i pozycji, w której nie widzi się nic oprócz czubka własnych butów wraz z runem leśnym.

Nie, żebym wcale nie znalazła. Nie. Mała reklamóweczka marki empik została skrupulatnie wypełniona. Do połowy. Co na tle wiklinowego koszyka maminego mocno zagrzybionego, nie wyglądało imponująco, niemniej mama chwaliła mnie jak pani przedszkolanka starszaka za poprawnie zasznurowane trampki. 

"O, ślicznie", "No widzisz, jaki PIENKNY kapelusz", "Jeszcze się poprzypatruj tej kępce", O, tej tej", "No zobacz, jak przyjemnie nam się zbiera".

Czy ona aby nie minęła się z powołaniem?

I jeszcze jedno. Co robi się z kurek?

Tylko mi nie piszcie, że rosołek ;)

poniedziałek, 15 października 2007

śniło mi się, że

muszę koniecznie wyjść z moim świętej pamięci psem (nieżyjącym już od siedmiu lat!), gdyż strasznie piszczał. Za oknem noc bliższa świtowi.

Ocknęłam się w pozycji stojącej, mając już na sobie dżinsy.

Taaa ;]

_________

P.S. Słówko o blogfrogu. Odpuściłam sobie, gdyż albowiem ponieważ spowalniał mi ruchy wszelakie w mojej graciarni, a strony przeładowywał ni mniej ni więcej, tylko pińć minut! Jakoże anielska cierpliwość nie jest moją cechą przewodnią, skończyły mi się pomysły na bluzgi w stronę laptopa (laptopki) i w ogóle nie dopatrzyłam się większej logiki punktacji w tej blogosferycznej akcji, podziękowałam za współpracę. Wszyscy, co się stresowali tymi ikonkami luźnogłosodawczymi, mogą śmiało wchodzić, czytać, komentować, ale już nie oceniać. 

piątek, 12 października 2007

środa, 10 października 2007

boso, ale w ostrogach, czyli subiektywny przegląd przemysłu obuwniczego.

Dwa dni latania po sklepach w poszukiwaniu kozaków i płaszcza (kurtki?, palta?), no okrycia wierzchniego w każdym razie na zimę, zaobfitowało w kolejny dziwaczny pulowerek (dla odmiany z kimono), na widok którego JeszczeNieMąż zapytał głupio "coś Ty założyła, kochanie?".

Dwa dni latania po sklepach w poszukiwaniu kozaków i płaszcza (kurtki?, palta?), no okrycia wierzchniego w każdym razie na zimę, zaobfitowało w daleko idące wnioski pt. Ja a moda.

Wniosek jest krótki: nie na-dą-żam!

W sklepach zapanował wyjątkowo urodzajny wysyp trendi kozaków. A trendi kozaki to:

  • w przyzwoitych, ekologicznych kolorach, za to obficie wyposażone w futerka. Bynajmniej nie tylko wewnątrz obuwia. Z nutri, z tchórzofretki, z samego tchórza, z samej fretki, z królika, z zająca. Co bogatsze damy mogą sobie fundnąć kozaczki obrzucone gronostajem lub łasiczką (w zależności od interpretacji dzieła Leonarda)
  • w nieprzyzwoitych kolorach z futerkiem lub bez futerka, ale wówczas z cekinami, dżetami, sztucznymi kamyczkami. Wersja dla dam - cyrkonie.
  • botki lub nieco dłuższe botki, co to już nie nazywają się botki, jeno saszki. Każda para, każ-da z obowiązkową kokardką uplasowaną tuż przy kostce. (kokardka z tego samego materiału, co cały wyrób, niemniej z racji gabarytów, bijąca po oczach)
  • w panterkę (miłe w dotyku) lub z imitacji skóry węża, zaskrońca, krokodyla, jaszczurki (niemiłe w dotyku) pociągnięte bezbarwnym lakierem w celu wyeksponowania połysku. Ten rodzaj najczęściej wyposażony jest w obcas. Tam w obcas! W szpilkę im dłuższą, tym chudszą, z flekiem żelaznym chyba, bo takie to ciężkie. Wnioskuję, aby do tych butów dorzucać choć jedną kulę ortopedyczną gratis.
  • stylizowane na wzór oficerek rosyjskich. I te gotowam była kupić. Serio! Ciemny brąz, płaska podeszwa, żadnej liniejącej zwierzyny wokół, prostota i asceza. No ale czemuż one takie długie, że po przymierzeniu sięgały mi prawie do ... pachwin?! Szanowni projektanci,  taaakiej zimy to ja raczej nie przewiduję. Chyba że o czymś nie wiem? Chyba że w tym roku szukuje sie globalne oziębienie? To mówcie! Nabędę! I zupełnie nie szkodzi, że te oficerki w ogóle nie zginają mi się w kolanach. Nauczę się w nich chodzić. Skoro rycerze spod Grunwaldu dawali radę w zbroi, to ja też dam...

Dam te 299 zł. i mówcie mi Joanna d'Arc.

Że co? Że ona dziewicą była?

Oj bez czepialstwa, mili Państwo.

poniedziałek, 8 października 2007

nike 2007.

Na wieść o tym, że laureatem został mój faworyt, moje bożyszcze i jeden z najważniejszych dla mnie współczesnych pisarzy, odparłam tonem zarozumiałej znawczyni: "a nie mówiłam?"

http://www.gazetawyborcza.pl/1,81826,4555755.html

"Traktat o łuskaniu fasoli" dostałam w prezencie od JeszczeNieMęża. Miał listę książek, które sobie życzę i wybrał właśnie tę.

Nie, ja jej nie przeczytałam. Ja się nią delektowałam. Przez ponad dwa miesiące.

Smakowałam ją niczym kiper dobrze zleżałe wino podane w grawerowanej w krysztale lampce. Zczytywałam z niej mądrość i wiedzę prostego starca. Co wieczór przenosiłam się mentalnie do letniskowego domku nad rzeką Rutką, siadałam na progu i podparta na dwóch wątłych łokciach, słuchałam opowieści o życiu. Słuchałam szeroko otwartymi oczyma, a moje plecy smagał wiatr historii. Starzec gawędził szkatułkowo o sobie, o innych, o nich, o nas, ludziach.

Gdybym miała jednym zdaniem opisać to wybitnie dzieło, to nazwałabym je długim, wielobarwnym różańcem swojsko rzeźbionych słów.

Piękniej nie umiem, choć tak bym chciała, cholera!

 

niedziela, 7 października 2007

partia kobiet. a po co?

Jestem przeciw, bo:
Nie lubię, gdy osoby świetne w pewnej materii, pchają się tam, gdzie nie powinny. Panią Manuelę cenię jako pisarkę, choć nie jestem jej fanką. "Namiętnik" i "Polkę" połknęłam, przy czym treść tej ostatniej póki co wyleczyła mnie z macierzyństwa. Reszty nie czytałam, z własnego wyboru. I nie chodzi tu o mą tkliwą, subtelną naturę w zderzeniu z brutalnym pisarstwem Gretkowskiej. Ordynarność lubię, ale bardziej w wydaniu choćby mistrza Zoli czy mniej znanej Nepomuckiej.
Nie ufam środowiskom, którym wydaje się, że są samowystarczalne, a już tym bardziej nie ufam skomasowanemu środowisku kobiet.
Nie pojmuję idei feminizmu. Dla mnie to równie niebezpieczne jak idee PiS-u.
Świat sterowany przez kobiety podobał mi się tylko w "Seksmisji". Podobał, bawił, rozśmieszał. Ale to była fikcja, realnie tego nie widzę.
Wcale nie uważam, że kobietę zrozumie tylko kobieta. Mam wrażenie, że czasem bywa zupełnie odwrotnie. Odkąd pamiętam, bardziej ochoczo garnęłam do chłopców. Z nimi wolałam się bawić, kraść jabłka z nie swoich sadów, chodzić po cmentarzach. Byli tacy normalni, niepretensjonalni i swojscy. Dziewczynki były zwykle głupiutkie, wymuskane, egzaltowane, rozhisteryzowane, zazdrosne i trajkoczące. W tym ja, niestety. Szybko to w sobie dostrzegłam, co nieco wyeliminowałam, jednak do tej pory trzymam się mężczyzn. Nie, nie kurczowo, ślepo i konserwatywnie. Raczej zdroworozsądkowo i utylitarnie, acz z potrzeby duszy i ciała. I dla bezpieczeństwa własnego. Pewnie dlatego, iż żaden z nich (przynajmniej dotychczas) nie wywiózł mnie na przysłowiowe manowce.
I sprawa ostatnia: skoro te panie są odważne i nie mają nic do ukrycia, to dlaczego na plakacie wszystkie mają skrzętnie zamaskowane te części ciała, których z założenia wstydzić się nie powinny?

A na koniec pozwolę sobie przytoczyć słowa prof. Senyszyn, "państwo to wspólnota poglądów, a nie waginy".
Teraz można pluć na mnie jadem ;]

piątek, 5 października 2007

Blogfrog blogową familiadą, czyli mów mi wuju.

Jako istota mało rozgarnięta w dziedzinach informatycznych, 2 (słownie dwa) dni usiłowałam swoim umysłem ogarnąć nowość bloxową, którą normalny blogowicz opanował w lot i już dawno u siebie ma. 

Jako istota mało rozgarnięta, ale uparta jak wół, wreszcie dotarłam do sedna, o czym świadczą te kraśne ikonki na mojej stronie.

I teraz zastanawia mnie idea całej tej akcji. Rzecz w tym, żeby eksponować blogi interesujące. Czyli jakie? Przekornie zapytuję. Bo to już kwestia wielce subiektywna. 

I dla mnie na przykład większość blogów objętych syndykatem, czyli w domyśle ciekawych, to jakaś nieczytelna papka techniczno-informatyczno-naukowa, w którą staram się nie wchodzić dla dobra swoich szarych komórek (z całym szacunkiem dla ich autorów). Podobnie odnoszę się do blogów większości agorowskich dziennikarzy, których notki trącą nazbyt wydumaną grafomanią pisaną w dodatku pod publikę (no to się naraziłam).

Ja tam wolę sprawnie napisane prozaiczne gnioty o tym, co kto ostatnio czytał, co widział, gdzie był, czy małżonek nie szwankuje, czy żona gotuje, czy pies nie choruje, czy kury się niosą. Pewnie dlatego wolę, bo sama szczodrze prezentuję ów poziom. Swój do swojego ciągnie ;] 

A, i jeszcze słowo o tych głosowaniach pod każdym popisem grafomańskim autora, które z miarodajnością notek mają tyle wspólnego, co ja z hip-hopem. Ale niech tam. Oceny mi niestraszne. Od dziecka byłam poddawana opiniom, osiągając zwykle wysokie noty. Czar prysł, gdy w wieku przedszkolnym podprowadziłam na spółkę z kolegą drabinę spod apteki. Potem już było coraz gorzej...

I tym optymistycznym akcentem się odmeldowuję. Za chwilę mam korepetycje u JeszczeNieMęża z obsługi mojej Japonki i windowsa visty.

Znów dwa dni wyjęte z życiorysu. Ech, trudne jest życie humanistki w dzisiejszym świecie.

czwartek, 4 października 2007

rozstrzygnięcie konkursu.

Zwycięzcą okazała się osoba o nicku 1momencik, prawidłowo stawiając na laptop toshibę. Fanfary!

Jako że uczestnicy konkursu celowo zostali wprowadzeni w błąd, organizator postanawia wyróżnić wszystkich biorących udział, przesyłając im rozmyte lico pustej_literatki. Kto chce, palec pod budkę ;]

P.S. Oswajanie się z prezentem w toku. Na razie boję się JEJ dotknąć ;) Prezentacja jutro.

środa, 3 października 2007

konkurs.

Zakochałam się. Od pierwszego wejrzenia. Tym razem w niej.

To spóźniony prezent urodzinowy, który ma przyjść dziś.

Dostarczą. Nie dostarczą. Dostarczą. Nie dostarczą. Dostarczą (?)

Tymczasem wymyślam dla niej dwa (koniecznie dwa!) imiona, powoli żegnam się z jej poprzedniczką, w oczach mam radość pomieszaną ze smutkiem, ale cóż, umarł król, niech żyje król.

Co dostanie pusta_literatka?

Zwycięzca konkursu otrzyma drogą elektroniczną zdjęcie dowolnie wybranego profilu autorki bloga oraz drogą pocztową pukiel loków tejże. Z uwagi na zawiłe paragrafy Urzędu Skarbowego, nie ma możliwości zamiany nagrody na kwotę pieniężną ;]

_____________________________

Sprostowanie, bo namieszałam z rodzajem gramatycznym. Ona to jest stricte on. Tak jak: ford fiesta, telefon nokia itp.

wtorek, 2 października 2007

lenistwo - wersja activ.

Pragnę donieść, że stan z poprzedniej notki nie opuszcza mnie na krok. Z tą różnicą, że teraz marnuję czas w sposób aktywny.

W ciągu połowy doby pokonuję setki kilometrów, kreśląc trójkąt bermudzki (Dolny Śląsk, Wielkopolska oraz zachodniopomorskie). W Słubicach miejscowe handlary biorą mnie za Niemkę i każda, ale to każ-da mówi do mnie: biteszyn. No ja enszuldigenzibite! Jako że niemieckie kobiety nie grzeszą ani urodą, ani figurą, nie traktuję tych zachowań jako komplementa, lecz jako nie-wy-ba-czal-ne gafy na arenie stosunków międzynarodowych ;]

Oglądam polityczne debaty, chichram się w kułak, gram w scrabble, czytam trzy książki na raz, a wszystko to w pozycji siedząco-leżącej.

______________________

A, i pytanie mam. Ktoś uprzejmy zgłosił moją graciarnię do blogfroga a ja nie wiem, z czym to się je. I w ogóle osochozi?

czwartek, 27 września 2007

imienne zaproszenie.

Napisał do mnie Tomasz Stockinger! (tak, tak, ten z Klanu). W skrzynce pocztowej (takiej na drzwich umocowanej) znalazłam list zaadresowany do mnie. Pan aktor wraz z firmą X zapraszają mnie na dwudniową wycieczkę do Lichenia.

dzień 1:

  • przejazd w obie autokarem turystycznym
  • przyjazd do Lichenia i zakwaterowanie w Domu Turysty
  • zwiedzanie bazyliki
  • kolacja (do zamówienia na miejscu za 6 zł.)
  • czas wolny
  • nocleg

dzień 2:

  • śniadanie (do zamówienia na miejscu za 6 zł.)
  • msza św. w kościele św. Doroty
  • możliwość wejścia na Licheńską Golgotę
  • wizyta w Kaplicy Cudownego Źródełka - miejscu licznych uzdrowień
  • spacer po lasku Grąbińskim - miejscu objawień
  • planowany wyjazd z Lichenia - godz. 15.

Ta cała masa atrakcji za jedyne 39,80! Opatrzność boska, jak rozumiem gratis?

I tak sobie myślę, że tym firmom to się nad wyraz nudzi, że już nie wspomnę o aktorach, co to zupełnie stracili rachubę na czym pasuje robić pieniądze a na czym nie. 

I tak sobie rozwijam myśli:

tajemnica: skoro zaproszenie jest skierowane do mnie, to znaczy, że ja ewidentnie się na tę wycieczkę kwalifikuję. Skąd oni o tym wiedzieli?

trop tajemnicy: nie tak dawno pobieżnie zwiedziłam Licheń, TU relacja.

objawienie tajemnicy: Tomasz Stockinger wraz z firmą X czytają mojego bloga, stąd wiedział, że na golgocie nie byłam a najwyraźniej być powinnam.

Mam też w głowie chytry plan i plus wycieczki: za te cztery dychy przejadę się na pielgrzymkę, a w drodze powrotnej, w okolicach lasku antonińskiego pod pozorem siku, prysnę na przełaj do JeszczeNieMęża, uprzednio zostawiając list upchany w siedzenie autobusowe:

Żyję. Wrócę na koszt własny. Nie czekajcie z modlitwą.

;]

wtorek, 25 września 2007

ognista czerwień na głowie drogą do gwiazd.

I gdy tak na tym leżaku leżałam i już zamierzałam rozmyślać wielce, to przyszła sąsiadka z michą prania i jęła to pranie wywieszać, czyniąc mi widoki na śpioszki, podkoszulki, rajtuzki z piętami, rajtuzki bez piętek. Potem zerwał się lekki wietrzyk, który tymiż utensyliami majtał na prawo i lewo, dzięki czemu dolatywała do mnie aromatyczna mżawka dosi z cocolino.

A potem przyszły dzieci tej pani. Dużo dzieci. Ale nie wszystkie, bo wszystkich to jest dziewięcioro! I się zaczął wrzask, pisk, berek, ciuciubabka i w tej przemiłej familijnej atmosferze, to ja nie miałam mocy intelektualnej, by dumać nad znaczeniami baśni wg Bettelheima, ani rolą snów wg Freuda, ani metafizyką Kanta.

Toteż, nie dopatrując się żadnych psychologicznych podteksów moich zakupów, wymyśliłam, że do tych czerwonych butów, to ja nie wymienię teraz extra całej szafy, jeno włosy sobie zafarbuję a'la Ania Wiśniewska.

I wtedy to już mówcie mi gwiazda ;]

___________________________

Kasjo vel entropia uprzejmą była dokonać analizy za mnie, za co dziękuję wielce. Oto:

czerwone buciki - to symbol zmysłowych przyjemnosci (nie tylko seks, dobre jedzenie i taniec, zabawa - też)
Andersen jako protestant bał się, ze przyjemności mogą się wymknąć spod kontroli i zapanować nad człowiekiem
(i będzie tańczyć do wycieńczenia i śmierci).

Kobieta w czerwonych butach jest wyzwolona i prowokująca - może wielu denerwować, ale jeśli umie panować nad hormonami - moze być wolna i szczęśliwa.

Panować nad hormonami. Tylko jak? ;)

poniedziałek, 24 września 2007

anomalia.

Ciekawam, czy mój kolega i zarazem nie mój dyrektor czyta tego bloga, skoro zadzwonił z ofertą. Wiadomym jest, że kilka dni temu szukałam pracy, tak? Wystraszona rychłym zgonem, tak?

Mija kilka dni a tu telefon od samej góry z propozycją prestiżowej posadki za mniej prestiżowe pieniądze.

Nojezuno, a tak się spokojnie żyło! ;)

W związku z tym, że jesień przyszła to ja się teraz odzieję w bikini i udam na działeczkę, by tam uplasować swe ciało prosto w słonko. Będę rdzawo-brązowa stosownie do pory roku. 

A przy okazji oddam się szerokopojętej refleksji na temat przyjęcia ewentualnej pracy, filozofii Kanta, wpływu księżyca na fazy snu. Jak mi czasu starczy, to przeanalizuję krok po kroku osobistą decyzję zakupu czerwonych butów. Według Bettelheima.

niedziela, 23 września 2007

kobieca decyzja jesienna.

W związku z tym, że jesień przyszła, pojechałam do cukierni po sernik i wróciłam z nowymi butami.

Czer-wo-nymi.

Dla jasności, a raczej niejasności sytuacji dodam, że czerwonego nie cierpię i nie mam ani pół rzeczy w tym kolorze. Za wyjątkiem czerwonych, zabytkowych fig jeszcze ze studniówki mej, czyli bardzo starych, w których już nie chadzam, jeno sentymentalnie przechowuję na tyłach szuflady. 

Ponieważ za moich czasów minister MEN nie wpadł na pomysł amnestii maturalnej, to trzeba było ślepo wierzyć przesądom, co też uczyniłam. I zamiast się uczyć, wciągnęłam krwisto czerwone galoty na le-wą stro-nę i dzięki temu mam egzamin dojrzałości. Polecam!

A wracając do butów, to postawiłam je na dywanie i się im badawczo przyglądam. Kurka, jakie one czerwone!

piątek, 21 września 2007

taka odmiana.

W domu mamy wiadra gruszek, a nad nimi chmary muszek, bo tato przytargał z jakiegoś sadu, gruszki - nie muszki! Gotuję więc kompot. Z nudów. Tato podczas "drelowania" owoców do mnie w te słowa:

- nie drąż w nich za mocno. one są takie brązowe w środku, bo taka odmiana.

Hm. Ok, pomyślałam. Mniej roboty. Nie drążąc ani gruszek, ani tematu, poćwiartowałam, ogonki pourywałam i do gara wrzuciłam.

I teraz w 10 litrowym saganie mamy kompot gruszkowy.

Z robakami.

Taka odmiana.

__________________________

P.S. Zapytuję pierwszą koleżankę wrabiającą oraz drugą koleżankę wrabiającą, czy na łańcuszkowe pytanie dlaczego piszę bloga, mogę odpowiedzieć krótko, acz szczerze, BO MUSZĘ ewentualnie BO JESTEM UZALEŻNIONA? Czy raczej respektowany jest esej z mocno uwypuklonym rysem psychologicznym blogerki, czyli mnie? Jeśli to drugie, to uprasza się o cierpliwość, bowiem wypowiedź muszę skonsultować ze swoim lekarzem-farmaceutą ;)

czwartek, 20 września 2007

"komornik"

i jak ten bezduszny Chyra chciał skonfiskować tej biednej chorej na astmę dziewczynce akordeon, i jak ta dziewczynka stanęła w obronie tego akordeonu, i jak dzielnie ciągnęła za miech, i jak wbiegła jej mama i spotkały się ich oczy,

to ja się rozpłakałam i taka spłakana siedziałam już do końca filmu.

I potem jeszcze z piętnaście minut siedziałam. I tępym wzrokiem prześledziłam całego toto-lotka, expres-lotka, multi-lotka i szczęśliwego numerka.

I dopiero pani Nelly Rokitowa w "Autografach" mnie rozśmieszyła. I swą fizys, i swymi poglądami. Bo co jak co, ale tak tolerancyjnego małżeństwa to ja w życiu nie widziałam. W którym to mąż absolutnie nie ma za złe żonie, że ta ostentacyjnie stanęła po drugiej stronie barykady, i że ten mąż dumny jest ze swej żony, i że wspiera, i że podbudowuje, i daje żonie całkowicie wolną rękę. Ot dyplomacja.

No to ja zapytuję, czy są może na tym świecie młodsze wersje takich liberalnych mężczyzn? Bo mnie jakoś nie dane było spotkać dotychczas. Nie, żebym miała w domu tyrana, ale JeszczeNieMąż jakoś dziwnie lubi wiedzieć o moich planach i jakos dziwnie chce, żebym je z nim konsultowała i jakoś dziwnie stawia mi czasem opór ;)

Pani Rokitowej szczerze zazdroszczę męża. A mężowi spokoju ducha w krakowskich pieleszach życzę.

__________________

P.S. O łańcuszku pamiętam, ale dziś poszłam innym tropem.

wtorek, 18 września 2007

szukam pracy!

Najpopularniejsza w Polsce kobieta pracująca skończyła dziwindziesiontpińć lat! Co jubilatka Kwiatkowska tłumaczy, że ona ten wiek to zawdzięcza pracy i temu na górze (dla unaocznienia wskazała palcem na niebo).

I to mnie trochę zmarwiło, przyznaję. Bowiem jeśli babeczka ma prawie setkę, gdyż ciągle pracowała, a ja siedzę w domu i jakoś mi nie spieszno w obecnym stadium mojego życia do roboty, to z lenistwa zemrę nazbyt szybko. Za młodu znaczy. Bom młoda wciąż, tak?

Zatem w obawie przed rychłym zejściem - szukam pracy! Oto moje sivi (odpis skrócony):

Jestem młoda (sic!), atrakcyjna, elokwentna, ynteligentna i utalentowana. Umiem pisać podania i petycje, odbierać telefony i nadawać faksy, robić odbitki ksero oraz odbierać e-maile. Umiem też prowadzić rozmowy na wysokim poziomie, w których to używam słów zaczerpniętych ze Słownika pod red. Władysława Kopalińskiego. Oto przykłady: koreluje, kompiluje, dywaguje, predyspozycja, adekwatność. Mogę też wtrącać makaronizmy, zwłaszcza łacińskie, które nadadzą dyskusjom humanistycznego poloru. Z rękawa sypię sentencjami, mottami i innymi cytatami z Terencjusza, Wergiliusza, Celsjusza i Norwida.

Dodatkowe atuty:

  • nie jestem Fcale asertywna, toteż mój przyszły pracodawca będzie mógł mną orać jak pługiem skibowym
  • mam kręcone włosy oraz wrodzony artyzm

Z wad to:

  • nie umiem chodzić w szpilkach
  • mało komfortowo czuję się w spódniczkach szerokości paska, podobnież w kostiumach.

Z próśb do mojego przyszłego pracodawcy to mam trzy:

  • chciałabym mieć służbowy telefon komórkowy z nielimitowaną ilością połączeń wychodzących
  • chciałabym mieć ze dwie godziny wyjęte z pracy na czytanie blogów i chodzenie po stronach, które mam w zakładkach: u-lu-bio-ne.
  • pragnęłabym mieć też lunch. Bo jak pracowałam za granicOM, to miałam. W ramach tegoż lunchu dostawałam obiad i w ogóle mogłam sobie wyjść na świeże powietrze lub na kawę wypitą po pańsku przy stoliku na chodniku O'Connelstreet na przykład. To takie europejskie jest. Ten lunch.

P.S. Zdjęcia wyślę tylko zainteresowanym mojOM kandydaturOM.

poniedziałek, 17 września 2007

dywagacje staropanieńskie. nie inaczej.

Zapomniałam żem dodać, że tegoż łikendu spotkałam się też z zaprzyjaźnionym narzeczeństwem, które to stan ów opuści w sposób przemyślany w lipcu 2008. I znów będzie piękny ślub i wierność po grób i ja się popłaczę, bom wrażliwa.

I tak sobie myślę, że czasem fajnie byłoby posiadać męża. Nie tyle dla samego posiadania, ale dla pewnych form towarzyskich:

- pan pozwoli i pani, że przedstawię mojego męża.

- skonsultuję tę decyzję z mężem przy kolacji.

- nie, męża nie ma w domu, jest w delegacji.

w de-le-ga-cji?! a czy w delegacji to się ustawowo zdradza żony?!

Eee, nieważne.

Zatem suknia biała czy ekri?

Halo, cześć kochanie, bo wiesz, musimy poważnie porozmawiać... ;]

niedziela, 16 września 2007

faceci.

Zapomniałam żem dodać, że na tym spotkaniu wypiłam kawę zbyt późno jak na mój skromny system nerwowy, przez co spać w nocy nie mogłam. Z odsieczą przyszła telewizja polska, której to z tego miejsca chciałabym serdecznie podziękować za urozmaiconą ramówkę dla nocnych marków.

Na jedynce "Straszny film". To co z tego, że parodia? Mnie bardziej straszyło niż śmieszyło!

Na dwójce "Miasteczko Twean Peaks" odcinek któryś tam z kolei, co zbytnio mi nie przeszkadza, bowiem jako zagorzała fanka tej psychodelicznej układanki, mogę oglądać to nawet od tyłu. Mogę, ale nie sama! Bo wtedy się boję. Oglądając z kimś też się zresztą boję, co opisałam dość wnikliwie tu.

Grubo po pierwszej szukam mentalnego wsparcia sms-owego u  JeszczeNieMęża:

Kochanie, naoglądałam się Tłinpiksu i teraz drżę.

Cisza! Cisza! Cisza!

Godz. 10 ra-no otrzymuję odpowiedź:

Nadal się boisz, kochanie?

Nie, no ja go chyba rzucę ;]

sobota, 15 września 2007

"my, Cyganie, co pędzimy z wiatrem".

Wczorajszy babski wieczorek dobrze mi zrobił. Dwie trzydziestki. Jedna to świetnie radząca sobie w pracy kobieta sukcesu, żona oraz szefowa ekipy budowlanej remontującej ich mieszkanie. Druga jest kompletnie w lesie. Ta druga to ja, żeby nie było złudzeń ;)

Takie spotkania uzmysłowiają mi, że chyba najwyższa pora dorosnąć. Tkwię w tych postanowieniach przez dobrych kilka dni niczym peerelowski goździk w celofanie, aż wreszcie mi przechodzi.

Wtedy to znów pakuję swoją dyżurną torbę na kółkach: laptop, 5 kilo ciuchów, 2 kilo kosmetyków, 3 kilo książek i jest bujnie i kraśnie i jadą wozy taborami i "u nas błękit, u nas fiolet, u nas dole i niedole, ale zawsze kolorowo jest wśród nas".

Tylko ile jeszcze?

czwartek, 13 września 2007

constans.

U mnie wszystko po staremu.

Nie przybyło mi zmarszczek, nie zdewociałam, nie chodzę w beżowych garsonkach, nie czytam Danielle Steel.

Cały czas stoję tam, gdzie stałam i na razie nie przewiduję zmian.

Tylko wódka wciąż drożeje ;)

____________________________

Za życzenia blogowej braci dziękuję jak nie wiem co, częstując wszystkich wirtualną lampką szampana ;)

poniedziałek, 10 września 2007

10 września 1977.

No dobra, skończyłam.

Nie, czytać książkę.

Nie, robić sweter na drutach.

Nie, oglądać film.

Jeno trzydzieści lat skończyłam definitywnie i bezpowrotnie takabrutalnaprawda!

W związku ze związku dotkliwie odczuwam eskalację konfliktu z kalendarzem, drogi pamiętniczku.

 

piątek, 7 września 2007

historia z kotem w tle.

Wygrzebana z pawlacza farelka, co ma za zadanie ocieplać, bardziej charczy i śmierdzi niż ogrzewa.

Nic dziwnego, starsza jest chyba od Krzyżej Wieży w Ząbkowicach.

Dobrze, że nie mam kota. Niegdyś pani od chemii opowiadała nam, że nastawiła sobie takie słoneczko podczas srogiej zimy na full i nim zdążyła wygodnie ułożyć stópki przy ujściu ciepła, uplasował się tam jej pers. Po kilku szturchańcach skapitulowała, udając się w poszukiwanie drugiego piecyka.

W tym czasie pławiący się w gorącu kot nawet nie poczuł, jak mu się plecki przypalają. Dopiero swąd okopconej sierści, pchnął pańcię ratować kota.

Takahistoriapszpaństwa.

Tym niemniej zimno.

czwartek, 6 września 2007

VAT blogowy.

A jakby kto pytał, czy jestem za czy przeciw, to mówię, OCZYWIŚCIE, że przeciw.

No bo jeśli mam płacić podatek za kawałek miejsca w sieci, to spokojnie wrócę do czasów głębokiego L.O, kiedy to swoją twórczość radosną publikowałam w szarym zeszyciku w kratkę.

Odnotować, odfajkować i wysłać na Wiejską. Albo najlepiej prosto do Strasburga!

A jakby kto chciał mnie zamknąć, to poproszę o nasłonecznioną celę z dostępem do książek. A po godzinnym spacerniaku, choć chwil parę w cafe internet, cobym mogła sms-a wysłać z darmowej bramki orange do rodziców o treści:

opieka dobra. jedzenie też.

Co poza tym?

Niebo przecieka.

A ja czytam "Bezgrzeszne lata" Kornela Makuszyńskiego:

Czytałem gdzieś o takim jednym, co życie miał tak ciężkie, że wolał umrzeć zaraz po urodzeniu. Nie miałem nigdy zdolności widzenia rzeczy przyszłych, bo urodziwszy się, zamyśliłem się głęboko, wreszcie, machnąwszy ręką, postanowiłem żyć dalej. Teraz dopiero widzę, że był to z mojej strony pomysł dość niefortunny. Tego samego zdania muszą być nieszczęśliwi czytelnicy moich książek.

Gadanie!

środa, 5 września 2007

"frida".

Mam słabość do filmów biograficznych. Im bardziej maczany w skandalu, tym szerzej otwieram oczy.

Wczoraj "kocham kino" zafundowało mi wycieczkę do Meksyku. Śladami "słonia i gołębicy".

Malowniczo.

Boleśnie.

Z mocno uwypuklonym przez pędzel rysem psychologicznym.

Warto.

wtorek, 4 września 2007

XIII Wielką Fetę Agroturystyczną uważam za zamkniętą.

Z grubsza rzecz biorąc impreza się udała. Bite trzy dni muzyki różnej jakości, z obecnością trzech gwiazd. Rynkowski, Flinta, Big Cyc, z czego ci ostatni dali naprawdę czadu. Zresztą to, że Skiba jest posiadaczem ciętego języka i wie, co zrobić na scenie, przekonałam się już nie raz.

Czarne chmury wisiały w powietrzu, deszcz wkradał się małymi falami, zwłaszcza gdy ja wyłoniłam się przed publiką. Trema puściła, gdy podczas pierwszej piosenki nie miałam prawie wcale odsłuchu. W efekcie weszłam takt później i tylko wtajemniczeni połapali się o co chodzi piosenkarce, znaczy mnie. Chyba się podobało, o czym świadczą następujące przesłanki ;]

  • gdy zaczęłam śpiewać, część ludzi stojących z dala od sceny, wzięła plastiki piwa pełne i podeszła do płota
  • "kawiarenki" w nieco zmodyfikowanej wersji porwały co odważniejsze (albo bardziej pijane?) pary do tańca
  • kilku podchmielonych, e-me-ry-to-wa-nych fanów klaskało właściwie bez przerwy, drąc się na całe gardło: "dawaj lalunia"
  • był bis. sztuk jeden.

Podsumowanie mogłabym śmiało wkleić z poprzedniego roku - widocznych różnic bowiem nie dostrzegłam. Największym aplauzem cieszyły się utwory szybkie, skoczne, melodyjne, w brzmieniu przypominające muzykę chodnikową. Najmniej kawałki ambitne, co dało się wyczuć podczas wykonywania "małych tęsknot" z rep. Krystyny Prońko. Gdy towarzystwo już subtelnie przechodzilo w stan letargu z odsieczą przyszła "szparka sekretarka" z rep. Maryli Rodowicz.

Na tejże imprezie byłam też odpowiedzialna za festiwal przyśpiewek ludowych i co za tym idzie cała przeprawa z leciwymi, upstrzonymi w barwne zapaski kobitkami. Bite dwie godziny "oj dana dana", "głebokich studzienek" i "zosiek, co izby zamiatają". Był też "zielony mosteczek", co uginasie. Potem już tylko dyplomy, uściski, dłoni, pamiątkowe zdjęcia.

Na charytatywną loterię przyszłam za późno. Może to i lepiej, gdyż w zeszłym roku wygrałam  płytę o wdzięcznym tytule: "ćwicz i chudnij - wersja dla pulchnych".

Ja. Ważąca tyle, co średniej wielkości kura ;]

poniedziałek, 3 września 2007

m jak miłość i inne, czyli reaktywacja tivi.

I dobrze, że już koniec wakacji.

Przynajmniej zaczną się nowe odcinki seriali.

Ciekawam, czy dobudzą Marka z "M jak miłość".

Jakoś w kwietniu zapadł w śpiączkę ;]

niedziela, 2 września 2007

śpiewająco.

A już za parę godzin stanę na wielkiej scenie i śpiewać będę.

Ja i mikrofon. Duet subtelności i mocy.

Dalej publiczność. Setki głów może zasłuchanych, może rozkołysanych, może podśpiewujących.

A ja nie krzyknę "kocham was wszystkich!".

Bo nie potrafię.

A my tak łatwopalni, tak śmiesznie mali, dosłowni zbyt.

piątek, 31 sierpnia 2007

dzień bloga. Olaboga!

Spośród wielu świąt w roku obchodzę urodziny, dzień kobiet, dzień dziecka oraz dzień strażaka, gdyż wtedy mam imieniny. A, i jeszcze tłusty czwartek, bo bez większych wyrzutów można się najeść ;) Boże Narodzenie tak. Wielkanoc tak. Z przyczyn subiektywnych. Do reszty podchodzę z dużym dystansem, i albo je ignoruję, albo z nich kpię.

A dziś Blog Day. O jej!

Sceptycznie podchodzę do tego typu świąt, bo niby jak mam go uczcić? Torta kupić? Szampana polać? Posadzić w rządku misie i ponazywać je adekwatnie do blogowych znajomych? Adekwatnie, czyli jak? Miś z czerwoną kokardą to Flygy, a misiowa z zalotnymi oczkami to Sugar? W jaką sukienkę przystroić Lepszą? Czy Te Dwie oraz Międzymiastowe muszą być ubrane jednakowo, bo inaczej będą płakać? A co z resztą towarzystwa? Drugi sektor? Czy w kółku, bez wyróżnień?

Był czas, że blogi omijałam szerokim łukiem. Bez większej przyczyny. Później przekonałam się, że niektóre z nich niewiele odbiegają od naprawdę dobrej literatury. Wreszcie założyłam sama. Bo posiadanie bloga stało się trendi. Można nie mieć męża, można nie mieć dzieci, ale bloga trzeba mieć!

To mam. Dla równowagi nieposiadania tych wyżej ;)

A oto moje wytyczne:

1. szata graficzna. Jeśli porazi mnie na wstępie jakiś róż czy seledyn, pulsujące serduszka, migoczące gwiazdki i inne pszczółki latające za kursorem, wychodzę. Choćby autorką była sama Szymborska.

2. treść. Nię muszę czytać filozoficznych wynurzeń o jaskini platońskiej, ani roli metatez w poezji Watta, ani o kroku w kierunku cywilizacji Papuasów z Nowej Gwinei, ale wychodzę, gdy ktoś zaczyna o swoim nieszczęściu, porzuceniu, samotności, cierpieniu, tęsknocie, smutku i innych z cyklu: "ja - upadły anioł". Gdy chcę pocierpieć z innymi, załączam "Na dobre i na złe". I to mi wystarczy.

3. styl. To mój największy fioł i jeśli ktoś o swoich przyziemnych sprawach napisze lekko, zgrabnie i z humorem, zostaję na dłużej. Może to być opis pieczenia murzynka, schodzenia tyłem do piwnicy, mierzenia stanika, łykania aspiryny, pielenia ogródka, sadzenia maciejki, tapetowania przedpokoju, pchania wartburga przez centrum miasta...

aaa i obszerność tekstu: wolę krótsze niż dłuższe. Dla jasności, ciągle mówimy o blogach! ;)

Okazuje się, że tych wartościowych jest trochę. Trzeba tylko dobrze poszperać. Niekoniecznie w top1000.

Nie umniejsza to faktu, że blogi to chyba największy na świecie fenomen towarzyski i największe targowisko próżności zarazem:

Ten chce się okazać interesującym przez swe sądy, ów przez swe sympatie i antypatie, trzeci przez znajomości, czwarty przez swe osamotnienie - i przeliczają się wszyscy. Bowiem ten, przed kim dają widowisko, sądzi iż on jedynie jest widowiskiem godnym uwagi.
                                                                                                Nietzsche.

Powiedziane tyle lat temu, a jakie trafne!

                                  Z 11 miejsca wymądrzała się dziś  pusta_literatka.

czwartek, 30 sierpnia 2007

tutaj było rykowisko, ale będzie San Francisco.

Dziś na jednym z portali muzycznych trafiłam na ogłoszenie następującej treści:

Jeśli chcesz poryczeć do mikrofonu, wal jak w dym.

Hm. Ja rozumiem slangi w kręgach pseudo-artystycznych, ale takie kwiatki lingwistyczne jakoś do mnie nie trafiają. Nie wytrzymałam i napisałam do nich w te słowa:

Droga Kapelo,

Niestety ja nie ryczę do mikrofonu, ale sugerowałabym Wam skontaktować się z jakąś ubojnią lub skupem żywca. Ryków obdzieranej ze skóry trzody tam pod dostatkiem. Inna opcja, to wybrać się na rykowisko, gdzie być może odbywa się okres godowy jeleni. Przed eskapadą radziłabym jednak postarać się o pisemne zezwolenie Związku Łowiectwa Polskiego.

Sukcesów życzę.

Owczarnia

 Ciekawam odpowiedzi.

 

środa, 29 sierpnia 2007

2 w 1, czyli małomiasteczkowy mix marketingowy.

Z kafejki nadaję, bowiem w domu nie mam Internetu, a potrzebny jest mi dziś jak nieukowi ściąga! Nie mam, gdyż pan admin poinformował mnie przez telefon, że była burza, a gdy jest burza to są wyładowania i net dziękuje za współpracę. No ale ta burza była tydzień temu, więc nie bardzo rozumiem związku?

Tak samo, jak nie rozumiem, dlaczego najbliżej usytuowana kafejka w mojej mieścinie jest połączona z salonem fryzjerskim?! Tam z salonem! Z klaustrofobiczną klitką, gdzie rezyduje pani fryzjerka w białym fartuchu. Co za tym idzie w całym pomieszczeniu kawiarnianym intensywnie roztacza się woń płynu do ondulacji rozbełtanym z płynem do tlenienia. I te pogwarki zza dykty, kto z kim, gdzie i jak.

Reasumując, za jedyne 5,00 (bo dwie h) załatwiłam dość ważne sprawy przez Internet oraz całkiem za free nawdychałam się szczypiącej w oczy dawki chemii marki joanna (bo nie sądzę, żeby to był l'oreal).

Wracam do domu.

Po omacku.

wtorek, 28 sierpnia 2007

dwa światy?

Na nagrania się spóźniłam, gdyż pomyliłam ulicę Orzechową z Agrestową. Z wrażeń przeszła mi chrypa, z nosa też ciekło mniej obficie, toteż całość przebiegła poprawnie.

A potem, jak to we Wrocławiu na występach gościnnych bywa, było wieczorne pętanie się po mieście w celu znalezienia jednego malutkiego stoliczka, na którym można by postawić dwa malutkie kufelki z piwem. Osiadłyśmy w ulubionej Mleczarni, gdzie było głośno jak w ulu oraz urokliwie jak zwykle. I Empik był. I widoki z Elżbietki, gdzie weszłyśmy na wspólną legitymację studencką, a z której zeszłyśmy z zakwasami w łydkach.

Trzy dni słodkiego nieróbstwa, zakrapiane chmielem i zagryzane kebabem. Niekontrolowane głupawki, niekontrolowane zakupy, nawet fryzury niekontrolowane, bo ja z poskręcaną szopą, a O. z lekką luką w grzywce ;)

Wróciłam.

A tu klatka schodowa świeżo pomalowana. Na be-żo-wo. Z ka-ka-Ło-wy-mi lamperiami!

Jak na dermatologii w Kłodzku.

I jak na Nożycach ;)

sobota, 25 sierpnia 2007

letnie wyprzedaże.

Teraz, dla odmiany to mnie pieką stopy, bowiem cały dzień latałam po sklepach. Można śmiało powiedzieć, że zakupy letnie nam się udały: O. kupiła palto na późną jesień, a ja sweter na wczesną zimę. Dodam, że O. mierzyła ów płaszczyk w japonkach i w rybaczkach ;P

Czy ja mówiłam, że lubię Wrocław? Pewnie tak. A czy mówiłam, że we Wrocławiu zwykle mam jednodniowy kryzys grypowy? Otóż, w takim stanie aktualnie się znajduję!

Nie byłoby w tym jakiejś większej tragedii, gdyby nie fakt, że za półtorej godziny mam się pojawić w studio, celem nagrania demo na użytek bardziej osobisty niż komercyjny, Dodą bowiem nie jestem. Mandaryną też nie.

Póki co mam małą chrypkę i spory katar.

Oj, będzie mastering.

A wcześniej żenada.

Może choć ładnie się ubiorę? ;)

środa, 22 sierpnia 2007

młode piersi a zdrowie.

W domu dramat, bowiem JeszczeNieMąż ma kontuzję śródstopia (tak to się chyba nazywa?). Problem jest o tyle trapiący, że jutro wyjeżdża z kadrą koszykarzy latać po górach w okolicach Szczyrku. Jako trener musi emanować siłą, krzepą i ekwilibrystyczną sprawnością, a póki co kuśtyka z zabandażowaną nogą. Leczenie przebiega intensywnie i jest urozmaicone w środkach: lioton, venoruten, lód, kapusta. Tak, tak, terapię warzywną wymyśliła moja mama, twierdząc, że jej pomogło, gdy miała wodę w kolanie. Jak to się ma do kontuzji śródstopia, nie wiem, ale niech jej będzie. A nuż pomoże. Ja, jak miałam kaszel, to brałam neoangin. Taki widzę związek ;)

JeszczeNieMąż jawnie i otwarcie domaga się okładu z młodych piersi, dając do zrozumienia, że moje jakby nie do końca spełniają jego wymogi. Bezczelny! Młode piersi to ja mu mogę kupić w mięsnym. Kurzęce.

Jeśli do wieczora nie nastąpi poprawa, pozostaje tylko się modlić.

Albo dać na mszę. Niech inni się pomodlą ;)

wtorek, 21 sierpnia 2007

pusta_literatka instant?

Olejek do kąpieli o szalenie apetycznej nazwie: kawa ze śmietanką wydziela taki aromat, że nie wychodzę z wanny. Nalewam na gąbkę, myję się, wdycham z buteleczki (dla większego efektu pulsacyjnie naciskając ową buteleczkę) i tak w kółko.

Czy istnieje ryzyko, że się rozpuszczę? 

poniedziałek, 20 sierpnia 2007

błękitna krew się we mnie burzy!

U mnie brak akcji. Jak w czeskim kinie.

Wypoczywam na płaskiej ziemi wielkopolskiej. Po czym wypoczywam? Oj bez ironii, dobrze? ;)

Głównie odpisuję na nieaktualne e-maile w sprawie pracy w Zakopanem i prycham pod nosem, że mogliśta odzywać się wcześniej, drodzy utalentowani muzycy, a nie tera, gdy jest po ptokach! A do nich piszę kulturalnie i poprawnie. Data w prawym, górnym rogu, nagłówek na środku, akapity, witam, dziękuję, przepraszam, powodzenia, niczego nie wykluczam i tym podobne farmazony. Bo oczywistym jest, że pan z Olsztyna, co gra na trąbce, a nie na klawiszach (tak, taki też się odezwał) nie stworzy ze mną duetu z przyczyn czysto technicznych, prawda? Ale temu panu też napisałam, że jak coś, to się odezwę.

Ot, taki mam dzień serdeczny i nie chcę nikogo pozbawiać złudzeń ;)

I co ważne w mym zachowaniu, to fakt, iż w ogóle odpisuję. Bo większość nie odpisuje. Takie firmy wielkie na przykład. Biedny bezrobotny śle w pocie czoła setki cefałek, listów motywacyjnych , opinii, referencji i innych glejtów, a oni nawet nie napiszą, że very fenkju, ale my są bizi.

Ja nie wysyłam. Nie szukam pracy. Szukam za to skutecznej metody na pyknięcie szóstki w totka. Bo mam marzenia!

Wolno mi. Skoro minister Gosiewski utrzymuje, że jest pociotkiem Kmicica... to ja idę pogrzebać w swoim drzewie genealogicznym. Przekonana bowiem jestem, że mam coś z Czartoryskiej.

Ten sam skręt loka.

I te maniery.

Że już o nosie nie wspomnę ;)

niedziela, 19 sierpnia 2007

czwartek, 16 sierpnia 2007

dziurawe krocze męskie, czyli defekt.

JeszczeNieMężowi spodnie poszły w kroku. Oj, bo lata w nich po stadionie i demonstruje przyszłym Bońkom przysiady. Teściowej nie ma, sam zszyć nie umie, a innych nie chce założyć, bo się do tych przywiązał.

Owszem, ja mam dwie ręce, sęk w tym, że obie lewe. 

Lojalnie informując zainteresowanego o skutkach mojej pracy ręcznej, wzięłam się do pracy. Fastrygowałam, wyszywałam, haftowałam, tylko mi czasu zabrakło na eleganckie rieszerie. Efekt był tragiczny, niemniej widoczny tylko z bliska, a wiadomym jest, że nikt mu tam wnikliwie zaglądać nie będzie. Chyba!

Poszedł.

Jak wróci z nienaruszonym, że się tak wyrażę, kroczem, to otwieram biznes. Taką budkę o wymiarach dwa na dwa z bijącym po oczach neonem: "Praktyczna pani".

środa, 15 sierpnia 2007

świątecz-nie.

Pętam się w białej koszulce XXL z logo orange.

Herbatę zapijam kawą.

Czekoladę zagryzam ciastem.

Plany na najbliższe dni jeszcze mnie się nie sprecyzowały. Ale ich nie ponaglam. Cierpliwa jestem. Wszak cierpliwość to cecha filozofów.

A pewnie większość z Was o tej godzinie siedzi w kościele.

poniedziałek, 13 sierpnia 2007

Roman Giertych odwołany, czyli nie matura, lecz chęć szczera...

No co za zbieg okoliczności!

Dziś dostaję sms-a od mojego ucznia, którego w efekcie nie podjęłam się edukować, gdyż nie jestem desperatką. Uczeń ów - maturzysta był wyjątkowo bezpośredni i wyjątkowo oporny na wiedzę, o czym świadczy fakt, że dwa miesiące przed egzaminem dojrzałości myliły mu sie epoki wraz z pisarzami. Że już o bohaterach lektur nie wspomnę.

No i ten właśnie uczeń pisze dziś do mnie wiadomość: Hejka, matury nie zdałem. Jadę do Irlandii albo Szkocji, tylko jeszcze czeka mnie udobRUCHANIE mojej dziewczyny. Możesz mi napisać jak jest?

Ale co jak jest? Z udobRUCHANIEM dziewczyny czy w Irlandii? Bo prośby o poradę, jak widać, nie sprecyzował.

A co z dobrotliwym gestem pana ministra w postaci ułaskawienia maturzystów, którym się noga powinie, sobie pomyślałam i oto, ciach, wychowawca IV RP odwołany. Mowa pożegnalna, parę oskarżeń, niekończąca się lista zasług i pochlebstw resortu. Brawa, oklaski, uściski dłoni.

Minister Giertych wymyślił amnestię, gdyż wystraszył się, że mu połowa tępej latorośli wyemigruje z kraju. Mimo to wyjeżdżają, nad czym, rzecz prosta, nie ubolewam! Ja im nawet kanapki na drogę zrobię i każdego w mapę Europy wyposażę. Na Irlandię to nawet uczniowi memu namiary podam, bo już tam miałam okazję mieszkać. Mam maturę (starą, uczciwie zdobytą, z szóstką z pisemnego), ale jakoś nikt z MEN-u za mną łezki nie uronił, gdy z plecakiem większym niż ja sama wsiadałam do samolotu relacji Wrocław - Dublin!

Zatem gutlak!

niedziela, 12 sierpnia 2007

góralu, czy ci nie żal?

Jeżeli ktoś kogo właściwie nie znacie, telefonicznie zapewnia was, że wszystko jest załatwione, że dopięte, że tylko przyjeżdżać i grać, to zignorujcie postać w trybie natychmiastowym.
Ja nie zignorowałam i się przejechałam. Dosłownie i w przenośni. Przejechałam się 740km.

Bo w tę i nazad!

czwartek, 9 sierpnia 2007

bieg górski.

- pomożesz przy imprezie w MOK-u?

- pomogę.

2 dni przed imprezą:

- będziesz konferansjerem. To znaczy konferansjerką.

- yyy, ale ja nigdy nie byłam!!!

Dostałam godzinny wykład, co z czym się je i w sobotę będę pełniła zaszczytną rolę komentatorki na ogólnopolskich biegach górskich. Tak, ja heh.

Nic nie szkodzi, że ze sportem mam tyle wspólnego, co kura z przewozem parowym. Z konferansjerką niewiele więcej.

poniedziałek, 6 sierpnia 2007

praca w Zakopanem.

Zespół (perkusja + wokal) szuka muzyka grającego na klawiszach.

Jeśli w ciągu kilku dni znajdę bezrobotnego, doświadczonego, dyspozycyjnego, dobrego* klawiszowca chętnego na wyjazd, to pojadę na dwa miesiące chałturzyć w Zakopanem za całkiem przyzwoite pieniądze.

* charakterystyka dobrego klawiszowca:

ma fundamentalne pojęcie teoretyczne o muzyce (wie, co to trójdźwięk, septyma mniejsza, tonika, tonacja, dur, moll), umie grać obiema rękoma, a nie tylko lewą cztery akordy o pospolitym układzie: C-dur, G-dur, D-dur, a-moll, prawą ręką potrafi grać choć mało skomplikowane solówki).

Dobry klawiczowiec nie musi być przystojny, nawet lepiej żeby nie był, bo i JeszczeNieMąż będzie miał spokojniejszy sen ;]

_______________________

KubkuJazzu - nie możesz wziąć udziału w castingu ;] TY jesteś za dobry na taką chodnikową galę.

piątek, 3 sierpnia 2007

szlakiem piastowskim

Biskupin - warto zajrzeć, choć to największa pożywka dla archeologów i historyków. Niestety, JeszczeNieMąż nie kupił na miejscu młotu Tora, który kiedyś tam nabył, ale zgubił, chodził w żałobie i teraz pojawiła się szansa odzyskania prototypu. Twierdzi bezczelnie, że odkąd ów talizman go nie chroni, przysparzam mu znacznie więcej problemów.

Czy młoty Tora chronią przed napastliwymi narzeczonymi? Bo nie doczytałam przeznaczenia amuletu ;)

Gniezno - pokłony ogromnemu Chrobremu, co wita zwiedzających tuż przed katedrą. Wewnątrz msza była, więc nie chcieliśmy się zbytnio plątać między wiernymi ;) 

Licheń - coby nie mówić o tym dziwnie świętym miejscu, cały kompleks sakralno-sanktuaryjny robi wrażenie. Na mnie oczywiście bardziej architektoniczne niż religijne. Monumentalna bazylika, bałwochwalcze tabliczki, rozciągliwe ogrody. Po oczach bije krezusowski przepych, odpustowy kicz i złota (?) ornamentyka. Wszystko zadbane i wymuskane.

Nie mnie oceniać kultowość tego miejsca domniemanego cudu. Za sceptyczna jestem na apoteozę, z kolei zaś za dobrze wychowana, by kpić ;)

Na Golgocie nie byłam. Wystraszyła mnie wskazówka, że prawdziwy katolik powinien pokonać tę trasę na klęcząco. Poczekam aż uzbiera mi się więcej grzechów i wrócę :)

Faktem jednak pozostaje, że pchnięta jakąś wewnętrzną siłą, wrzuciłam do takiego urządzonka z lampkami 2 złote w oczekiwaniu aż ów lampionik do mnie zamruga. Zamrugał, jak nim prostacko potrząsnęłam, poprawiając pięścią od góry.

Misja spełniona. 

____________________________

Nurtuje mnie tylko nazwa tego automatu, który za pieniądze modli się w dowolnie wybranej przez nas intencji.

Modlomat?

W myśl tworzenia nazw z postfiksem: parkomat, alkomat ;P

środa, 1 sierpnia 2007

rewelacja na Bałtyku, lody, lody na patyku ;)

No to wróciłam.

Wypoczęta. Najodowana. Opalona niczym turystka z Dominikany. Nie, no z tą opalenizną mnie chyba jednak poniosło. Bo gdzie niby miałam się opalić, skoro pogoda była pod przysłowiowym psem. Kot to nas odwiedzał na pierwszej kwaterze. Mały, zwinny, elastyczny i zauroczony moim pareo, którym uparcie majtał celem zabawy. Chyba zabawy, bo nie sądzę, żeby się chciał na nim powiesić. Tak na amen. Za młody jest. Całe życie przed nim.

No ale ja nie o kocie tu chciałam, tylko o morzu. Pierwszego dnia zjechaliśmy wszystkie małe i jeszcze mniejsze dziury od Międzyzdrojów na wschód celem znalezienia noclegu. Bite cztery godziny od domku do domku, jak nie przymierzając biblijny Józef z Maryją. Tyle, że my bez dzieciątka.

Ni-gdzie nie było wolnych miejsc. I tu mała refleksja na temat zamożności naszego społeczeństwa. Nie chcę siać jakiejś socjologicznej propagandy, ale jeśli w większości tych pierońsko wypasionych willi dwu-osobowe pokoje będą wolne dopiero po 20 sierpnia a ich cena to nawet 80 zł. za osobę, to... wnioski niech każdy wyciągnie sam.

Zacumowaliśmy w Kołobrzegu. Dochodziła 22.

Tam trzy dni chodzenia w swetrach, kurtkach i półbutach po plaży i okolicach. Każde wychynięcie słonka zza chmur powodowało u mnie odruch publicznego rozbierania się do biustonosza. Choćby na kilka minut. JeszczeNieMąż patrzył pobłażliwym okiem na moje walki z pogodą, cierpliwie nosił swoje krzesełko plażowe, na którym zwykł siadać i czytać głównie "co tam panie w polityce".

Ponieważ miasto nie zapewniło nam ani dobrej pogody, ani należytej rozrywki (oprócz koncertu disco polo z gwiazdą wieczoru Bayer Full), postanowiliśmy udać się dalej.

Zacumowaliśmy w Ustroniu Morskim. Dochodziła 10.

Tam trzy dni chodzenia w lżejszej odzieży i w ogóle więcej słońca. I pokój z telewizorem (ku uciesze nie mojej) Tam też, o dziwo, więcej atrakcji. Załapaliśmy się bowiem na Festiwal Indii. Całe miasteczko Hindusów, joginów i innych maści. Tańce, przedstawienia, pokazy gotowania, wegetarianizm, reinkarnacja, joga, magia, religia, szczęście, śpiewy: "hari hari hari kriszna, rama rama, hari hari" - jakoś tak.

JeszczeNieMąż oszalał! Latał od namiotu do namiotu, łapczywie chłonąc wiedzę ichniej kultury i fotografując wielobarwne, uśmiechnięte od ucha do ucha Hinduski (jeszcze się cholera zakocha!). Miałam poważne obawy, że odzieje się w pensjonatowe prześcieradło i zaciągnie do jakiego taboru, rzewnie krzewiąc pokój i radość na świecie.

niedziela, 29 lipca 2007

wieści portowe.

Mówiłam, że chcę nad morze, tak? No to jestem! ;) <juhhuuu> :)

Start w Międzyzdrojach, potem Dziwnów, Rewal, Kołobrzeg, aktualnie Ustronie Morskie.

Biegam za słonkiem, stawiając opór wiatrom. Bo wieje tu nieprzeciętnie! Żywię nadzieję, że podczas apogeum w skali Buforta nie wyrwie mi co istotniejszych części ciała.

W Bałtyku nie odmroziłam sobie jeszcze nóg.

Pewnie tylko dlatego, iż brodzę w podkolanówkach ;)

Acha i pytanie mam: czy gdy na plaży wyjątkowo niemiło pachnie rybami, to oznacza zbliżający się sztorm czy po prostu wyjątkowo urodzajny wysyp halibutów?